http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dzień świra (internetowego)

Dariusz Ćwiklak
2010-02-16, ostatnia aktualizacja 2010-02-18 11:25

fot. AG

Kiedy w domu pada mi łącze internetowe, czuję się, jakby wyłączyli mi prąd w gniazdku. Przez internet sprawdzam wyniki sportowe choćby w teatrze, planuję wakacje w Rzymie i urządzam z żoną dom. Nie uwierzycie: żonę też poznałem przez internet

SERWISY


Jak internet zmienił Twoje życie? Co zyskałeś? Co straciłeś? Czekamy na Wasze listy: listydogazety@gazeta.pl



Godz. 8

Dzień, jak większość ludzi, zaczynam od co najmniej dwukrotnego uciszania budzika. Po trzecim dzwonku staram się trafić do kuchni i wcelować we włącznik ekspresu do kawy. Nie da się go, niestety, włączyć zdalnie z łóżka przez internet.

A przy kawie już mogę zacząć poranną prasówkę. Nadal czasem wychodzę rano do kiosku po gazetę, ale już nie dla newsów, lecz dla reportaży, wywiadów, komentarzy i analiz. Bo newsy najszybciej znajduję w internecie.

Tak było podczas słynnego wodowania samolotu na rzece Hudson - pierwsze zdjęcie z tego wydarzenia znalazło się w serwisie Twitter.com, wrzucił je tam przez telefon komórkowy jeden ze świadków. Podobnie było w poniedziałek ze zdjęciami z katastrofy pociągów w Belgii. Przez mniej więcej godzinę TVN 24 posługiwała się zdjęciem zrobionym przez jednego z użytkowników Twittera, a potem filmikiem z YouTube.com.

Informacje w internecie mogę sobie selekcjonować, i to ja decyduję, czy chcę czytać o polityce, czy raczej o technologiach albo kulturze. Co więcej, informacje przychodzą do mnie same - nie muszę nawet wchodzić na strony WWW. Wystarczy zaprenumerować odpowiednie kanały RSS, czyli coś w rodzaju stale aktualizowanego spisu treści internetowego serwisu. Przeglądam taki spis i jeśli coś mnie zainteresuje, klikam dalej.

Jednak poranna prasówka to także, a może przede wszystkim, kontakty z ludźmi - sprawdzam e-maile, wpisy w blogach, wiadomości na Facebook.com, Twitterze. Bo w internecie najważniejsi są ludzie i to, co mają do powiedzenia.

Godz. 9

Czas zaplanować letni wyjazd do Rzymu. Od sześciu lat niemal wszystkie wyjazdy organizuję za pomocą internetu. W ten sposób sprawdzam, czy warto gdzieś pojechać, kupuję bilety lotnicze, rezerwuję hotele. Nie zawiodłem się ani razu.

Na stronie Momondo.com sprawdzam ceny biletów niemal wszystkich linii lotniczych. Zaznaczam cel, dzień wylotu, dzień przylotu i od razu dostaję wykresy z cenami biletów na poszczególne dni. Opłaca się czasem przesunąć termin wyjazdu o dzień czy dwa, by zapłacić mniej nawet o jedną trzecią. Najtaniej wypadł WizzAir, ale jeszcze nie rezerwuję biletów - trzeba najpierw znaleźć hotel.

Tu od sześciu lat pomaga mi serwis Hotels.com. Rzym, data przyjazdu i wyjazdu oraz kategorie cenowe. Szukam czegoś nie na peryferiach, z dobrym dostępem do metra. Każdy hotel jest precyzyjnie opisany, pokazany na mapie, obfotografowany. Najważniejsze są jednak komentarze innych turystów - po powrocie do domu większość z nich spisuje krótką recenzję: czy w pokoju było czysto, czy obsługa była miła, czy śniadania smaczne. Jeśli hotel ma kilkanaście pozytywnych recenzji, można jechać w ciemno. Wybieram mały dwugwiazdkowy hotelik w rozsądnej odległości od stacji metra.

Ale nadal nie mam pojęcia, w jakiej okolicy tak naprawdę ten hotel się znajduje. Wtedy z pomocą przychodzi serwis Google Maps (maps.google.com). Wpisuję adres i korzystam z funkcji StreetView, czyli panoramicznych zdjęć wykonanych z samochodu. Hotelik wygląda przyzwoicie, przechadzam się jeszcze wirtualnie po okolicznych uliczkach i też jestem zadowolony. Klikam przycisk „rezerwacja”, płacę kartą kredytową i po chwili dostaję potwierdzenie SMS-em i e-mailem. Teraz płacę za bilety lotnicze i już mam weekend w Rzymie. W wyszukiwarce Google'a (google.com) sprawdzam jeszcze szybko, jak i za ile dojechać z lotniska do centrum. Całość trwa niespełna godzinę.

Godz. 10.30

Jadę do pracy, co nie znaczy, że jestem wtedy poza zasięgiem sieci. Zwykle dojazd do pracy zajmuje mi 10-15 minut, ale bywają i takie dni jak dzień pierwszego większego śniegu w Warszawie, kiedy jazda tą samą trasą trwała blisko 2 godz. Co robić w korku? Można używać internetu. Dzięki smartfonom - czyli inteligentnym komórkom - wygodny dostęp do sieci mamy w każdej chwili. iPhone zamontowany w uchwycie na przedniej szybie może stać się w korku prawdziwym centrum łączności i informacji. Oczywiście TYLKO w korku lub na długim czerwonym świetle, NIGDY w czasie jazdy.

Godz. 11-19

W pracy internet jest tak oczywistym narzędziem, że nie sposób się bez niego odejść. Bez niego nie moglibyśmy wygodnie sprawdzać i wyszukiwać informacji, kontaktować się ze współpracownikami i z dziennikarzami, obserwować tego, co robi konkurencja.

Ale nawet w pracy nie samą pracą człowiek żyje. Kiedy wchodziłem do budynku, dostałem na komórkę e-maila z wiadomością, że za godzinę kończy się na Allegro.pl aukcja na telewizor, który sobie upatrzyłem. Ostra licytacja kończy się w trakcie zebrania, na którym siedzę. Biorę w niej udział z telefonu, ale nie mam szczęścia - w ostatniej minucie ktoś sprząta mi telewizor sprzed nosa.

Internetowe zakupy robię od 13 lat. Na pierwszą paczkę z USA z pamięcią do laptopa, której nie można było wtedy kupić w Polsce, czekałem z dużą niepewnością. Ale po dwóch tygodniach dotarła, a ja pokochałem zakupy przez internet. Możliwości są dziś naprawdę nieograniczone: serwisy aukcyjne, sklepy internetowe, porównywarki cen - wszystkie to w rękach sprawnego internauty staje się potężnym narzędziem, dzięki któremu nie musi przepłacać. Książki i płyty najczęściej kupuję na Merlin.pl. W Empik.com świetna jest możliwość zamówienia książek zagranicznych i odbioru ich w salonach Empiku - bez kosztów wysyłki (które potrafią zabić przyjemność zakupów na Amazon.com). Elektronikę i rozmaite drobiazgi znajduję na Allegro lub przez jedną z porównywarek - Ceneo.pl, Nokaut.pl czy Skapiec.pl. Trzeba jednak uważać, bo superniska cena w takich porównywarkach bywa złudna. Bo nie uwzględnia kosztów transportu. A czasami po wejściu na stronę sklepu nagle rośnie.

Kiedy dwa lata temu urządzaliśmy z żoną (nie uwierzycie - również poznaną przez internet!) mieszkanie, w internetowych porównywarkach sprawdzałem ceny praktycznie wszystkiego - od armatury i ceramiki łazienkowej po sprzęt AGD. I choć tak naprawdę z budowlanych rzeczy przez internet kupiłem tylko jeden syfon do umywalki, to siedząc przed komputerem, porządnie przeanalizowaliśmy, co warto kupić i za ile. Do sklepu szliśmy już właściwie tylko negocjować ceny.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':