http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Raporty >  Artykuły

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS Wyborcza.pl

Cztery rozmowy i pogrzeb

Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski
2007-09-11, ostatnia aktualizacja 2007-09-10 16:00

Fot. Albert Zawada / AG

Siedzący na stoliku poseł PiS, wznosząc toast, plami winem perłową koszulę. - My swoje przystawki już zjedliśmy, wy zjecie swoje i będzie jak w Ameryce!

SERWISY
- Za Amerykę! - chór lekko już zachrypniętych głosów płynie przez otwarte okno hotelu poselskiego razem ze smugami tytoniowego dymu. Za oknem cieplutka noc, w pokoju wręcz gorąco: prawie 10 mężczyzn na 15 metrach kwadratowych: dwóch z Platformy, reszta to PiS.

- Trochę jak w akademiku, co? - PiS-owski poseł z Wybrzeża, już bez krawata i jednego buta, częstuje dietetycznymi wafelkami. - Trzeba odreagować i alleluja! Tu popatrzcie, redaktorzy drodzy - starając się nie rozlać otwartych piw, pochylamy się nad poselską komórką. Życzliwy dziennikarz przysłał właśnie informację, że według najnowszego sondażu więcej Polaków chce premiera Kaczyńskiego niż premiera Tuska.

- I co? - twarz posła, mocno już zaczerwienioną, rozjaśnia szczery uśmiech. - Za wcześnie żeście niektórzy odtańczyli kankana nad naszym grobem PiS-owskim. Platforma wygra, my wygramy, potem znowu oni. Jeszcze będą polscy Republikanie i polscy Demokraci. I tak zostanie na sto lat!

- Sto lat! Sto lat! - podchwytują trzej koledzy posła próbujący gwałtownie dźwignąć się z tapczanu do kolejnego toastu.

Rozpoczętą pieśń przerywa brzęk butelek.

- No i się wylało, nie mówiłem?! - najszybszy z parlamentarzystów próbuje pochwycić zielone flaszki, z których wypływa spienione piwo.

Jest sobota 8 września. Niespełna cztery godziny temu rozwiązał się Sejm.

Antek z nami, Kryże z wami!

Do polskich Republikanów i Demokratów droga jeszcze daleka, ale to, że w Polsce dominują dwie partie, widać było przez cały piątkowy wieczór.

Wychodzący na trybunę mówcy z PiS, ignorując niedawnych koalicjantów, zwracali się wprost do ław PO, które odpowiadały mniej lub bardziej kąśliwymi uwagami. Posłowie Platformy perorowali, patrząc twardo a to na Jacka Kurskiego, a to na Tadeusza Cymańskiego, ten zresztą - obficie gestykulując - nie pozostawał dłużny.

Reszta wybrańców narodu ograniczała się do słuchania. Przemowy posłów LiD-u, LPR i Samoobrony już od południa były dla dziennikarzy nieodmiennym sygnałem, że można iść zapalić albo gdzieś zadzwonić. Na uwagę reporterów - i wzmiankę w serwisach - nie zasłużyły nawet takie złote myśli jak tekst niezrzeszonego Alfreda Budnera: "Naród polski ma długie ręce i mocny uścisk, a po wyborach tymi rękami będą nadal sterowali bracia Kaczyńscy". Co dopiero mówić o lakonicznym bon mocie Gabrieli Masłowskiej z Ruchu Ludowo-Narodowego: "Wysoka izbo! Spór nam spuchł". Albo o błyskotliwej odzywce posła PSL, który dokończył wypowiedź marszałka.

Ludwik Dorn: - Jeśli chodzi o czas wystąpień, to na klub przypada 12,5 minuty, a na koło przypada... hm...

Genialny Anonim: - Cztery śruby!

Tak więc podczas przemówień spoza politycznego duopolu PO-PiS dziennikarze grzebali w laptopach, a parlamentarzyści z tylnych ław skracali sobie czas wzajemnym fotografowaniem się na tle co bardziej charakterystycznych elementów sejmowego wystroju. Część nie ukrywała nawet, że to już zdjęcia pożegnalne.

Ale były też ciekawsze chwile.

Mocniejsze ożywienie na balkonie prasowym udało się wywołać choćby Romanowi Giertychowi, gdy udowadniał kłamstwa Jackowi Kurskiemu. Koneserzy docenili też niezrzeszonego (acz wybranego z listy LPR) Mariana Daszyka. Obdarzony cienkim głosikiem i wielkimi wąsami poseł ziemi krośnieńskiej poprzedzającą głosowanie przemowę zaczął od stwierdzenia: "Ten Sejm wydał na siebie wyrok, nie stając w obronie życia poczętego". Mimo odrazy do skazanej na zagładę izby na koniec Daszyk pozdrowił z trybuny Matkę Boską.

- Amen! - odkrzyknął poseł SLD.

Uśmiechy pogasły, gdy wystąpienie kończył w imieniu Platformy Bronisław Komorowski: "Dziś Antek Mężydło jest z nami, a z wami sędzia Kryże!" - rzucił podniesionym tonem i to było naprawdę dramatyczne. Czwarta część Sejmu zerwała się z ław, by bić brawo. Dwie panie z Platformy uroniły łzę. Mężydło wyraźnie nie wiedział, w którą stronę spojrzeć.

Sędzia Andrzej Kryże, podsekretarz stanu w ministerstwie Ziobry, w 1980 roku skazał Komorowskiego w sfingowanym procesie politycznym. Antoni Mężydło, którego kilka lat później porwała i torturowała SB, właśnie przeszedł z PiS do Platformy.

Rozmawiamy na korytarzu pięć minut po samorozwiązaniu. W uszach grzmią nam jeszcze brawa i gromki okrzyk, którym większa część sali zakończyła tę kadencję: "Do-nald-Tusk! Do-nald-Tusk!".

Rozmowa pierwsza: Z nimi się już nie da

- Dlaczego przyłącza się pan do zwycięzców w chwili zwycięstwa? Dlaczego pan odchodzi w tak trudnym dla PiS-u momencie?

Mężydło sadowi się w głębokim skórzanym fotelu, który podprowadziliśmy z prowizorycznego obozowiska jakiejś ekipy telewizyjnej. Od obiadu każdy skrawek korytarza zajmują ludzie mediów i ich elektroniczne zabawki. Poseł zamyka na chwilę oczy, próbuje się skupić.

- Doczekałem końca kadencji. A proszę wierzyć, że naprawdę kosztowało mnie to sporo. Sami wiecie, tyle razy mówiłem: zła koalicja, jeszcze gorsza radykalizacja. Ale najważniejsza to chyba była jednak kwestia smaku.

Mężydło uśmiecha się smutno. Co chwila ktoś nas trąca, bo w drugiej części korytarza zaczyna się właśnie improwizowana konferencja Donalda Tuska. Kto tylko ma kamerę, pędzi w tamtą stronę. Wianuszek wokół szefa PO liczy z 50 osób - to więcej niż za kwadrans zjawi się na konferencji premiera. Dziś Sejm nie jest dobrym miejscem dla PiS.

- Nie boi się pan zarzutu ucieczki z tonącego okrętu?

- PiS nie tonie, a ja mam prawo wystartować w nowych wyborach z nowej listy. Normalna rzecz.

- O co poszło? O złą lokalizację przyszłego mostu w Toruniu, jak sugerował Gosiewski? O miejsce na liście? Bo takie zdanie też słyszeliśmy.

- Panowie - jakkolwiek śmiesznie czy górnolotnie by to zabrzmiało - poszło o pryncypia. A z takich bardziej konkretnych powodów to jeszcze przede wszystkim ojciec Rydzyk.

- Pan, poseł prawicy z Torunia, nie może ścierpieć Rydzyka?

Antoni Mężydło patrzy na nas jak ojciec na niegrzeczne, niczego nierozumiejące dzieci.

- Rydzyk szkodzi PiS-owi, szkodzi Kościołowi, szkodzi Polsce.

- Myśleliśmy, że ojciec Rydzyk nagania PiS-owi wyborców - skoro już mamy być dziećmi, robimy naiwne miny.

Poseł ciężko wzdycha.

- On działa jak wzmacniacz. Dopóki ktoś jest na fali, poparcie Rydzyka jeszcze go podrzuca, gdy zaczyna się zjazd, Rydzyk dobija bez litości. U tego człowieka nie ma zmiłowania. Nie ma sentymentów. Jest biznes, jego imperium się liczy, nie ludzie. Tak było z Wałęsą, który się na Rydzyku zawiódł strasznie, potem to samo z AWS-em, z LPR-em. Zapytam: dlaczego z PiS-em miałoby być inaczej? Mówiłem to, tłumaczyłem kolegom, ale oni się ciągle łudzili.

Poseł zawiesza głos.

- Łudzili czy łudziliśmy?

- Ja się nie łudziłem. Za dobrze Rydzyka poznałem.

- Bo pan u niego występował.

- Raz. Zaprosili mnie do jakiejś dyskusji o prywatyzacji, żeby zrobić tam ze mnie worek do bicia. Nawet ten ksiądz prowadzący audycję mnie rugał.

- A koledzy z Warszawy myśleli...

- Na początku myśleli, że ojciec dyrektor da partii głosy, a my go jakoś z czasem ucywilizujemy, kiedy pojeździmy do Torunia - poseł spogląda na zegarek. Miał dziś jeszcze organizować briefing dla dziennikarzy, ale korytarz powoli pustoszeje.

Briefing będzie jutro.

- Ja wiem, że nie można ucywilizować ojca Rydzyka. Nigdy PiS go nie zmieni, to on powoli zmienia PiS. Na gorsze. Przesuwa nas w stronę zabobonu, antysemityzmu, tego całego szaleństwa.

- Nas?

- Ich.

- I naprawdę mamy uwierzyć, że odchodzi pan z PiS-u ze względu na ojca Tadeusza? A nie dlatego, że toruńska Platforma da panu pierwsze miejsce na liście?

- Możecie wierzyć lub nie, ale ja się naprawdę niedawno zastanawiałem, po tych dwóch latach w PiS-ie, czy nie odejść z polityki na zawsze. I byłem o krok. Ja mam co robić, mam z czego żyć. Udowodniłem już, że nie chodzi mi o pieniądze i zaszczyt. Chcę coś zrobić - ale z nimi się już nie da.

Rozmowa druga: Cicho, bo "Format" tu węszy

- No, to teraz, jak Mężydło odszedł, to odejdzie i Paweł Zalewski, a potem Ujazdowski...

- Radek Sikorski będzie w Bydgoszczy naszą listę otwierał.

- Potem weźmiemy... no nie! Kurczę, jak się umawialiśmy? Nie notujecie! - poseł Tomasz Lenz z Torunia odstawia kieliszek z metaksą, jakby chciał wstać od stolika. Siedzimy w męskim kółeczku w sejmowej restauracji Hawełka: platformersi z Gdańska, Bydgoszczy, Torunia, Elbląga. Średnia wieku poniżej 40. Obok bawi się kółko żeńskie: Julia Pitera, Elżbieta Radziszewska i osiem kolejnych pań - kurzą cienkie mentolowe papieroski, śmieją się perliście. Atmosfera rodzinno-imieninowa, na czerwonym obrusie smukłe kieliszki z czerwonym winem. Na naszym stoliku dominują szklanki z grubym dnem, ciężkie alkohole i jeden temat:

- No co im kurczę do łba strzeliło, że tego Kurę wystawili? Przecież wiadomo, jak się gość kojarzy - Paweł Olszewski pokazuje mi w komórce serwis Onetu. Pierwsza informacja "Sejm do Jacka Kurskiego: Oszust, oszust, oszust!".

Komórka krąży z rąk do rąk, budząc radość młodych PO-wców. Liderzy rozjechali się do swoich ważnych zajęć, dziś w nocy u Hawełki będzie się bawiła poselska brać. Panie wychodzą, przy naszym stoliku Kurski jest ciągle tematem nr 1.

- Chcieli nas chyba wyprowadzić z równowagi tym gościem.

- Nie, słuchajcie: jest inny zupełnie plan. To jest zderzak.

- To znaczy?

- Że on weźmie na siebie cały brudny przedwyborczy majdan, a potem go odstrzelą.

- Sam zrobi coś takiego, że będzie trzeba go posunąć.

- I powiedzą wam: nie ma Kurskiego, to zróbmy PO-PiS?

- Nie!

- POPiS-u nie będzie! Nie po tym szambie, panowie.

- Po tym? Człowieku, szambo to jest przed nami dopiero. Ty wiesz, jakie Kurski ma nowe pomysły?

- Nie wiem, ale bym chciał.

- Bierzemy jeszcze kolejkę? Pani Monikoooo!

- Pani Monika na Platformę głosuje, u siebie w Rzeszowie, prawda, pani Monisiu?

Śliczna kelnerka podchodzi ze srebrną tacą i prostuje skromnie: - W Radomiu, panie pośle.

Z grającego w kącie telewizora dobiega głos premiera informującego o odwołaniu ministrów. Rozmowa schodzi na rezerwację billboardów i siatek wielkoformatowych.

- Mam rezerwację na 50 stroerów.

- No to masz, stary, skarb. Po ile?

- A nie zapytasz: gdzie?

- Panowie, potem. Wypijmy za Donalda!

- Wiecie, co Kaczyński wpisuje w rubryce "zawód"?

- ?

- Janusz Kaczmarek!

Śmiech przy stoliku budzi czujność przechodzącego posła ziemi wałbrzyskiej Zbigniewa Chlebowskiego.

- Trochę ciszej, dziennikarze tu chodzą - Chlebowski, patrząc ponad naszymi głowami, ofukuje klubową młodzież jak niesfornych uczniów. - Przenosimy się do hotelu - komenderuje. - No, proszę was - dodaje, widząc, że rozkaz nijak nie działa.

Za późno: pani Monika przynosi kolejne szklanki, wymienia pełną popielniczkę. Poseł Lenz odbiera SMS-a.

- Dostaliśmy ostrzeżenie, że "Duży Format" robi tu nocny reportaż - szepce, pocierając brodę.

Trochę chichocemy. Następny toast posłowie wznoszą już po cichutku:

- Żebyśmy się po wyborach, chłopaki, spotkali tu wszyscy, tak jak siedzimy.

Rozmowa trzecia: Jest parę scenariuszy

Jest wpół do pierwszej. Przechodzimy pustym podziemnym korytarzem z części sejmowej do hotelowej.

PiS już od dwóch godzin bawi się w pokojach i w tzw. Barze za Kratą. To imprezy absolutnie dziś zamknięte dla dziennikarzy. Wchodzimy incognito - jako "znajomi z regionu" - i po solennym zapewnieniu, że nie będzie żadnych nazwisk.

Po hotelowych korytarzach snuje się jeszcze kilku posłów z LPR i Samoobrony. Ruchy zdradzają zmęczenie i coś jeszcze: smutek czuć od nich tak silnie, że prawie można go dotknąć. Za to impreza PiS-owska w rozkwicie - gdy wchodzimy, posłowie wspominają akurat niedawne wesele Karola Karskiego. Sypią kawałami. Nikt się nami specjalnie nie interesuje, co sprawia, że nasz - dotąd lekko stremowany - przewodnik od razu wpada w lepszy nastrój.

Sadowimy się w kąciku, w przeciwległym kącie telewizor, a w telewizorze - premier. Właśnie zapewnia pytających go dziennikarzy, że prezydent nie odmówi powtórnego powołania odwołanych przezeń ministrów.

- Zagranie z ministrami było majstersztykiem - nasz przewodnik ściąga marynarkę, krawat, potem lewy but. - Platforma może i jest teraz na fali: klaszczą, śpiewają Tuskowi, ale to my ciągle wyznaczamy linię, pamiętacie?

- Pamiętamy. A co dalej?

- Jest parę scenariuszy: będzie ostra walka kampanijna nasza z Platformą, tego się nie uniknie. Efekt musi być taki, bo tak zawsze jest, to po prostu życie pokazuje, że i nam urośnie, i im skoczy. Jeszcze może PSL przejdzie. Macie zapalniczkę? Nic nie można znaleźć, faktycznie, jakby akademik tu się zrobił. Ale zielona noc jest w końcu... Co mówiłem?

- Że PSL przejdzie, ale nie na pewno.

- Im mocniej będziemy z Platformą się okładać, tym bardziej się resztę w tło wciśnie, więc PSL pewnie przejdzie, i oczywiście LiD. I tu koniec. Roman nie ma szans, szkoda chłopa. Bez niego to już nie będzie ten sam Sejm. Ale kto go na listę weźmie? A naprawdę dzisiaj był wielki z Kurskim. Prawdę mówiąc - tylko jak mnie zacytujecie, to koniec - Jackowi się należało. Co chwila na mównicę i tylko: "Ja sprostuję! ja sprostuję!".

- Każdy chce się przed wyborami polansować.

- No, mało jest Jacek znany? Dajcie spokój, jemu chyba nie potrzeba. No... Co mówiliśmy? Aha... Lepper też raczej wokół progu oscyluje. Oscylator jeden - che, che... Czyli zwycięzca będzie rządził z PSL-em. I kto się z nimi dogada, stworzy rząd. Pierwsza próba będzie Platformy, jak się nie dogadają, druga próba oczywiście nasza. A to my mamy prezydenta - nasz rozmówca pociąga solidny łyk czerwonego wina.- Jeszcze coś. Gadaliście teraz z Platformą?

- Godzinę temu, u Hawełki.

- I co mówią o dzisiejszym Tusku?

- Zachwyceni wystąpieniem. Nawet dumni. Piją jego zdrowie.

- Cha, cha! Dobra, niech piją! Cholera, nie ma popielniczki... Jeżeli wygramy my, na tyle mocno, żeby rządzić, to zobaczycie, że Tuska nie ma. Zobaczycie! Wewnętrzna opozycja nie wytrzyma kolejnej porażki. Kolejnej białej flagi. Zdejmą go, wymienią, pecha przynosi.

- Wymienią na kogo?

- Różnie może być. A wiecie, że wczoraj jedna babka z Platformy chciała się ze mną umówić?

- Na randkę?

- Raczej się domyślam, że na przeciągnięcie mnie do nich - poseł ścisza głos i już wcale nie słyszymy go wśród narastającego w pokoju harmideru przeplatanego dźwiękami z telewizji. Ktoś bawi się pilotem i na ekranie przemawiający kilka godzin temu Donald Tusk co rusz zamienia się miejscami z parą kochanków splecionych w miłosnym uścisku na tle miodowej draperii. Za ścianą - i trochę przez okno - słychać chóralny męski śpiew: "Jestem szaloona, szaloona...".

- Wiara z PSL się zabawia. Ci mogą długo. Dobrze, że już przestali gotować parówki w czajnikach.

Rozmowa czwarta: Temu panu dziękujemy

Wpół do trzeciej, noc cały czas ciepła. Czekając na taksówkę, przyglądamy się posłowi Samoobrony walczącemu z niesfornym telefonem komórkowym przy szlabanie biura przepustek. Poseł - jeden z siedzących w tylnych ławach - jest już mocno wstawiony i grzecznie prosi, byśmy go nie fotografowali.

- Ja... bardzo... ep! Proszę panów, ja dzwonię w sprawie do okręgu... dzwonię. Po kogoś... czekam. Czy tu jest zasięg wyłączony?

- Możemy panu pomóc wykręcić numerek.

Parlamentarzysta potrząsa głową i opiera się o szlaban.

- Nieeee... Mnie nie trzeba pomóc, ja wam mogę... pomóc zawsze.

- Dziękujemy. Ale to chyba panu bardziej pomoc potrzebna.

Poseł łypie na nas nieco podejrzliwie. - Nie róbcie sobie jaj z pogrzebu, co? Mnie ryba zaszkodziła zimna... Jeszcze będą... pozytywy.

Komórka spada na chodnik i rozpada się na trzy kawałki. Poseł próbuje je zebrać, po trzeciej nieudanej próbie pozwala sobie wreszcie pomóc. Składamy telefon do kupy, nasz nowy znajomy chowa go do kieszeni jasnej marynarki. Odprowadzamy posła do hotelu.

- Przekroczymy jeszcze próg, przekroczymy. To wszystko przez to, że było za dużo tego "my" i "wy"... Rozumiesz? Za mało zgody... W poprzedniej ka-ka-kadencji było więcej... więcej zgody.

- A teraz co? Nic miłego się nie zdarzyło w kadencji? - pytamy uprzejmie.

- Tam - tego... Są przyjemne chwile, to ktoś imieniny ma, nie? Ale mnie się rozchodzi o pracę. Za mało jest spotkań w regionie, nie? A dużo spotkań trzeba. Teraz do, do, duu... Przeeepraszam. Ep! Teraz będzie więcej spotkań, panowie. Więcej spotkań w regionie. Trzeba z ludźmi. Do ludzi trzeba. Ba-ardzo wam dziękuję. Przepraszam. Dziękuję.

- Też dziękujemy.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów