Dawniej pracę zdobywało się po znajomości. Dziś po znajomości szuka się pracowników. A nawet za to płaci: 150 zł, jeśli nowy przepracuje choćby miesiąc.
Pracy już się w Warszawie nie szuka.
Dookoła wiszą dziesiątki ogłoszeń "potrzebujemy pracowników". Obszedłem te miejsca, rozmawiałem z pracownikami, pracodawcami albo zatrudniałem się na próbne godziny z fałszywym CV.
Wysłać w nagrodę do Bukaresztu
Działa, i to jak, zwłaszcza z darmowymi lekcjami niemieckiego
Konrad, przystojny student ekonomii, pracuje w eleganckim sklepie w warszawskiej galerii handlowej.
- Na rozmowie kwalifikacyjnej sami zapytali mnie o studia, bo chcieli wiedzieć, jak mi rozplanować grafik.
Kiedy po pół roku spytałem o awans, natychmiast dostałem drugie pół etatu w dziale handlowym plus prowizję od sprzedaży.
Raz zadzwonili, żebym przyszedł w sobotę do pracy poza moim grafikiem. To im powiedziałem, że mam wtedy szkołę i nie przyjdę, nawet gdyby mnie mieli zwolnić. Już nikt mi potem takich propozycji nie składał.
Mamy w firmie dużo szkoleń. Na temat postawy wobec klienta, rozpoznawania autentyczności różnych walut. Są darmowe lekcje niemieckiego, bo to niemiecka firma.
Dostałem też wyróżnienie. Jak otwieraliśmy nowy sklep w Bukareszcie, to pojechałem tam na tydzień do pracy. Opłacili diety, samolot, a wcześniej jeszcze kurs rumuńskiego.
Będą też otwierane nowe sklepy w Polsce, mam szanse awansu na kierownika kasjerów.
Od kiedy mam pracę, zacząłem się lepiej ubierać, patrzeć na marki. Tu nie mogę przyjść do pracy w dżinsach czy dresach, tylko w koszuli, spodniach od garnituru. Dostajemy 10 proc. zniżki, ale to nie fair. Jak wymagają garniturów, to niech je nam kupią.
Pracuję pięć dni w tygodniu od 10 do 22. Mam czas, bo moja dziewczyna jest w Anglii. Gadamy wieczorem przez skype. A czasem mogę poprosić o kilka dni wolnego i lecę do niej. Bilet na trzy tygodnie przed wylotem można zarezerwować za 600 zł (to jedna trzecia mojej pensji). Ona płaci, ją na to stać.
Pozwolić dzwonić z komórki
Trochę działa, ale nowych kandydatów nie kusi
W gyros-barze Panteon w warszawskiej Galerii Mokotów szukają pracownika, zostawiam CV i już następnego dnia mam próbne trzy godziny. W godzinę uczę się, jak nakładać sałatki, jaki sos dać do kurczaka, a jaki do gyrosa. I dowiaduję się, co wolno:
- zjeść darmowy obiad,
- pić z nalewaka do woli,
- zadzwonić w każdej niemal chwili z komórki, byle na zapleczu.
Z dostosowaniem grafiku nie ma problemu, bo wszyscy tu to studenci. Kiedy po 15 "lunchowcy" z pobliskich biurowców wracają do pracy, można pogadać, aż do wieczora. Nalewam sobie kubek coli, Bartek syczy, że z piciem muszę iść na zaplecze.
- Wszystko fajnie - mówi Kaśka z kasy - tylko szkoda, że na obiad możemy jeść tylko gyros. A fileta z polędwicy już nie.
Szefowa jest ze mnie zadowolona. Mogę zacząć pracę na zlecenie za 7 zł za godzinę na rękę.
- Mało!
- Można awansować na kasę, wtedy stawka jest 6,50, ale dochodzi prowizja od sprzedanych napojów.
Ujawniam się i proszę o rozmowę z menedżerem.
- Od roku to pracodawcy szukają pracowników - mówi mi Iwona Rajca, menedżer Panteonu. - Dawniej na szkoleniach kładziono akcent na dyscyplinę, a teraz na rodzinną atmosferę w pracy. Szef nie tylko się uśmiecha, ale i pieniądze pożyczy, jak trzeba. Zmieniliśmy reguły rekrutacji, bierzemy też uczących się i nie tylko młodych.
Rok temu firma otwierała nowy lokal w galerii Złote Tarasy. Na jedno ogłoszenie przychodziło 60 osób, przeprowadzali selekcję: tylko osoby z doświadczeniem, dyspozycyjne, nieuczące się, młode, ładne.
Teraz po jednym ogłoszeniu są trzy telefony. I zwykle nikt nie przychodzi. Czyli ja im spadłem jak gwiazdka z nieba.
Zimą podwyższyli w Panteonie pracownikom stawkę z 5,50 na 7 zł netto. Od wiosny również nowym dają od razu 7 zł.
- Ale podwyżka motywuje tylko przez trzy dni, potem pracownicy zaczynają pytać o kolejną.
- A gdyby dać ludziom etaty?
- Proponujemy już po kilku miesiącach, ale ludziom nie zależy, bo to zobowiązanie. A za urlop czy zwolnienie lekarskie nasza firma i tak płaci.
- I co?
- Ciągle brakuje sześciu pracowników (na 30 osób w firmie). Czy wszyscy wyjechali do Anglii?
Obiecać bonusy i wydać list gończy
Pozwala skusić, ale nie zatrzymać
W call center Arteria (to te firmy, które dzwonią do nas, żeby nam coś sprzedać) przyjmują mnie po dziesięciominutowej rozmowie.
Dorota z działu rekrutacji obiecuje: za godzinę 6,50, ale są prowizje i bonusy. Np. za obecność przez wszystkie dni - 350 zł. Opuszczamy jeden dzień - 300, dwa dni - 250, trzy dni - figa z makiem. Z bonusem za obecność i za efektywność można dostać 1531,53 zł netto plus w zimie darmową zupę. Nazywają ją w firmie "kuroniówka od prezesa".
Wymagana produktywność to 60 proc. Czyli 60 proc. czasu pracy muszę rozmawiać, począwszy od "słucham", a kończąc na "do widzenia".
W innym call center Go Big na wejściu zaskakuje mnie "list gończy": poszukiwany konsultant, nagroda 150 zł. Jeśli pracownik X przyprowadzi swojego znajomego Y, a ten przepracuje przynajmniej miesiąc - to X dostanie 150-złotowy bonus.
W call center rotacja przekracza ludzkie pojęcie. Pracownik średnio pozostaje w firmie dwa-trzy miesiące.
- Odchodzą do pracy biurowej, nawet gorzej płatnej, ale niewymagającej wysiłku - opowiada Małgorzata Siedlecka z Go Big. - W Warszawie trudno pozyskać pracowników. Dajemy 10-15 ogłoszeń tygodniowo, przychodzi 10-20 osób, a my z miejsca przyjęlibyśmy 30. Rok temu mieliśmy 150-200 chętnych tygodniowo. Dostajemy też ludzi z biur pracy, ale oni mają minimalną chęć do wysiłku. Chcieliby zacząć za miesiąc, dwa, jak coś załatwią w domu. Stawiamy minimalne wymagania: wykształcenie przynajmniej średnie, bez wad wymowy...
- To ja bym się nie dostał, bo trochę bełkoczę?
- Dostałby się pan, już teraz by się pan dostał.
Stawiać pizzę żonie pracownika
Działa w połączeniu z meczem w telewizji
- Za napoje w pracy nie płacimy, za pizzę, sałatki, spaghetti też. I meczyk w telewizji mogę obejrzeć, mamy transmisje na rzutniku. Fajna atmosfera. Ja porobię 15 minut za kumpla, bo on je obiad. A potem on za mnie, jak żona do mnie przyjedzie. Na darmową pizzę - opowiada Marcin, 22 letni ojciec, który pracuje w gastronomii już pięć lat.
- Zacząłem dorabiać w pizzerii Rimini już w liceum, brat mnie tam wciągnął po znajomości. Za 5 zł za godzinę. Przestałem brać kieszonkowe od rodziców.
Po maturze poszedłem na budowę, tam było 10 złotych za godzinę do ręki. Fajne chłopaki, szef też. Dniówka 11 godzin, ale za ciężko.
Wróciłem do pizzerii. Szef potrzebuje ludzi, bo otwieramy nowy lokal. Poleciłem mu też swojego kolegę i koleżankę na kelnerkę. Po znajomości. Dawniej po znajomości dostawało się pracę, a dziś po znajomości zdobywa się pracowników.
Pracuję po 11 godzin przez dwa dni, a potem dzień przerwy. Za ile? Nie rozmawiamy o pieniądzach, żeby nikomu gul nie strzelał. Ale od tych pięciu złotych miałem już dwie podwyżki. Takie, które się dają odczuć, a nie tak jak moja babcia dostaje 20 zł emerytury więcej.
Kupić w ciemno jedną wieś
Pozwala znaleźć tanią siłę roboczą
- Chciałby pan na kasie czy na sklepie? Lepiej na kasie, to lżejsza praca. Może pan przyjść jutro na dzień próbny i za ten dzień panu też zapłacimy - miłej kierowniczce z marketu Gross wyraźnie zależy na pracowniku. - No, już my potrafimy dopieścić pracownika. Zarobki są tysiąc złotych netto. Niby stawka jest 5 zł za godzinę, ale jeśli w miesiącu wypada dziesięć dni wolnych, a nie osiem, to szefowa dołoży premię, żeby ten tysiąc wyszedł.
- A jakiegoś testu, egzaminu mi pani nie chce zrobić?
- Cha, cha, cha.
Następnego dnia o 15 kierowniczka prowadzi mnie na zaplecze do głównej szefowej.
- Pan Wojtek dzisiaj z nami zacznie.
- Nie wiadomo, czy skończy - odpowiada szefowa. - Niektórzy tu pracują dzień, dwa.
Dostaję polarowe ciuchy i siadam na kasie pod okiem Andrzeja, pracuje tu już trzy miesiące. Weteran.
Sczytać kody, wcisnąć plus, podać klientowi cenę, poprosić o drobne, wpisać, ile się dostaje od klienta, enter i wyskakuje, ile mam wydać. Proste? Po 16 zaczynają się schodzić tłumy. Kolejka rośnie, spieszę się, chcę nabić cztery soczki od razu, ale zapominam nacisnąć jeszcze F4, nabija się jeden soczek, kombinuję szybko, jak sczytać pozostałe soczki. Kolejka rośnie. Nadzorująca mnie Monika mówi: - Ty już lepiej nie myśl, tylko idź do przodu.
Za pół godziny rzucam pracę.
W dużej sieci sklepów dopytuję, jak próbują utrzymać pracownika. Odpowiadają (anonimowo, bo konkurencja) o bonusach dla pracowników:
- od roku zwracają pracownikom spoza Warszawy koszty biletu PKP/PKS,
- po okresie próbnym należy się bezpłatna opieka lekarska,
- jak ktoś się chce zwolnić, to kierownik ma obowiązek zapytać go o powód. I jeśli chodzi o pieniądze, a pracownik jest dobry, to kierownik może dać mu podwyżkę.
Na szeregowych stanowiskach można zarobić trochę ponad 1000 zł netto miesięcznie. Mój rozmówca zgadza się, że "do funkcjonowania w mieście minimum przyzwoitości to 1500 zł". Ale co z tego? Dla sieci liczy się inny wskaźnik: - Granicą, poniżej której ludzie nie są zainteresowani podjęciem pracy, jest tysiąc złotych.
- Największy problem supermarketów to podział na kasty społeczne - uważa dyrektor Paweł Bąkiewicz z firmy doradztwa personalnego PBA. - Ludzie nie mają tam szans na awans, więc odchodzą. Supermarketowi to nie przeszkadza, bo ile trwa przeszkolenie nowego pracownika? Dwa dni? Co pół roku biorą kolejną wieś do obróbki, zatrudniają 20 kasjerek, organizują transport i mają tanią siłę roboczą.
Przyznać pakiet akcjiChyba zadziała, i to na lataJustyna - miła, młoda i do tego studentka, jak w zasadzie cały personel kawiarni Coffeeheaven - została niedawno współwłaścicielką firmy, jak nazywa to zarząd. Czyli dostała pakiet akcji - wart dziś na giełdzie londyńskiej kilka tysięcy złotych. A za rok? Trudno powiedzieć, ale w ciągu ostatnich 12 miesięcy wartość akcji firmy wzrosła o 100 proc.
- Przyznaliśmy pakiety warte średnio kilka tysięcy złotych wszystkim pracownikom ze stażem powyżej 12 miesięcy. Firma jest notowana na giełdzie londyńskiej, więc wartość akcji stale rośnie. Po kolejnym roku pracownik będzie mógł otrzymać kolejny pakiet. Uczynienie pracowników współwłaścicielami firmy z pewnością zadziała motywująco - uważa Dorota Szczerbicka z działu PR.
Firma wiąże w ten sposób pracowników na trzy lata. Bo żeby móc sprzedać akcje, trzeba przepracować 36 miesięcy.
Rotacji w firmie nikt nie potrafi oszacować. Ale to chyba przeszłość. Justyna: - Od trzech miesięcy mamy zgrany team.
Zarząd w ramach programu motywacyjnego wprowadził też "ścieżki karier". Po pół roku pracy kierownik bierze pracownika na rozmowę i ustala, na kogo może awansować. Najpierw na kierownika zmiany, a potem na trenera.
- Przeszkoliłam już osiem osób - Justyna jest trenerem od pół roku. Szkolenie trwa dziesięć dni, obejmuje parzenie kawy, spienianie mleka, obsługę kasy i klienta. Potem nowy pracownik przechodzi test. Od jego wyniku zależy stawka (około 7-9 zł za godzinę na rękę). I jednorazowy bonus dla kierownika. Justyna: - Nie mogę powiedzieć, jaki, ale się opłaca.
Justyna skończyła teraz studium medyczne (dzienne), dostała się na dzienną fizjoterapię. Z dopasowaniem grafiku do zajęć nie ma tu problemu. Rano szkoła, po południu i w weekendy praca. Jej chłopak rano pracuje w magazynie, a w weekendy się uczy. Kiedy się widzą? Czasem przyjeżdża po nią po pracy, o 21.30.
Justyna zostanie w Coffeeheaven przynajmniej do końca studiów: - Pasuje mi atmosfera, którą tu sprzedajemy. I widzę tu przyszłość.
Czy twoja firma też cierpi na brak rąk do pracy? Co zrobił szef, żeby cię zatrzymać? Jak kusi nowych pracowników? Opowiedz nam:
listydogazety@gazeta.pl
Źródło: Gazeta Wyborcza