Zgoda premiera na spotkanie ze strajkującymi pielęgniarkami była przesądzona prawdopodobnie już pod koniec zeszłego tygodnia, kiedy coraz więcej pielęgniarek, ze wszystkich zakątków kraju, gromadziło się w miasteczku namiotowym pod URM-em. Towarzyszyli im górnicy, nauczyciele i zaskakująca liczba życzliwych im zwykłych mieszkańców Warszawy. Wobec tej największej od 1989 r. manifestacji solidarności pracowniczej strategia rządu, by poczekać, aż pielęgniarki się zmęczą, była skazana na niepowodzenie.
Przez ostatnie 20 lat badałem strajki i protesty pracownicze w Polsce, śmiem więc powiedzieć, że ten obecny to najlepiej zorganizowany i zapewne najbardziej pomysłowy protest od upadku komunizmu. Setki pielęgniarek ubranych w białe fartuchy, dzięki którym wyglądają jak osoby niosące pomoc, a nie radykałki, demonstruje pokojowo, z beznadziejną determinacją i z zadziwiającą dyscypliną. Stoją na chodnikach i robią to, co każą liderki - zgrana grupa kobiet, które przejęły kontrolę nad taktyką i przepływem informacji.
Podczas innych protestów większość uczestników nie miała nic innego do roboty oprócz czekania na przywódców negocjujących porozumienie. Tym razem każdy jest zaangażowany. W 19 minut po każdej pełnej godzinie - dla przypomnienia momentu, gdy policja starła się z pielęgniarkami - wszystkie grzechoczą plastikowymi butelkami wypełnionymi drobnymi monetami, jednocześnie waląc w bębny przyniesione przez któregoś z górników. Tak zaczyna się 30-minutowe "hałasowanie", które jednoczy, pozwala wytworzyć nowe więzy i sprawia, że protest po tak długim czasie wciąż jest silny.
Jednym z największych problemów III RP było to, że pracownicy zapomnieli, jak prowadzi się skuteczny protest ekonomiczny. Takim protestom przeciwstawiały się wszystkie partie polityczne, łącznie z tymi, które wyrosły z "Solidarności", i z samą "Solidarnością". Wierzyły one, że protesty będą szkodliwe dla koniecznych reform gospodarczych. Partie niesolidarnościowe pragnęły zaś udowodnić, że akceptują nowy system.
Oczywiście górnicy często protestowali i wywalczyli sobie pewne korzyści. Trzeba jednak pamiętać o czterech ważnych sprawach. Po pierwsze w każdym państwie górnicy to nietypowo silna grupa społeczna, ponieważ ich warunki pracy sprawiają, że jedność jest dla nich kwestią życia lub śmierci. Po drugie, to przez ich agresywną taktykę w oczach opinii publicznej walka o prawa pracownicze została w dużej mierze zdyskredytowana. Po trzecie górnicy nie zrobili nic, by zmobilizować inne grupy pracowników (obecność górników z Sierpnia 80 podczas obecnego protestu pielęgniarek to nowy i ważny krok). I w końcu: większość z nich tak czy inaczej straciła pracę.
Kiedy więc dochodziło już do strajków, były to w większości dzikie strajki. Wyrażały one skumulowaną złość szeregowych członków, a przywódcy związkowi albo je potępiali, albo poniewczasie przyłączali się, by przejąć kontrolę. W połowie lat 90. Marian Krzaklewski na chwilę zainicjował serię strajków, jednak były to strajki polityczne przeciwko SLD, cieszyły się więc małym powodzeniem wśród pracowników i społeczeństwa. "Solidarność" przestała zaś wspierać protesty pracownicze, kiedy tylko w 1997 r. AWS doszła do władzy.
Tak związki zawodowe straciły umiejętność prowadzenia skutecznych protestów ekonomicznych. Z tego między innymi powodu złość społeczna była wyrażana za pomocą niebezpiecznych politycznie, odwołujących się do tożsamości kwestii: sytuacja gospodarcza jest zła, bo rządzą "czerwoni" albo "liberałowie", a nie dlatego, że państwo lub konkretna firma prowadzą określoną politykę, która jest rzeczywistym powodem niezadowolenia.
Pielęgniarki przełamały ten sposób myślenia. Skupiły się na kwestiach podstawowych: niskich płacach i braku godności pracy. Nie dały się sprowokować rządowi, który nazwał je polityczną opozycją. Ten sposób przewodzenia protestowi pozwala na wyrażenie postulatów ekonomicznych i nie wykorzystuje go dla zdobycia władzy politycznej, co związki zawodowe w przeszłości robiły zbyt często. I właśnie to zyskało mu takie poparcie, sprawiło, że protest stał się tak silny, że rząd musiał zacząć negocjować.
Dobra koniunktura gospodarcza w Polsce pomaga sprawie pielęgniarek. Rządy, które przechwalają się kwitnącą gospodarką, mają kłopoty z wytłumaczeniem pracownikom służby zdrowia, którzy pracują za głodowe pensje, że z niej nie skorzystają. Pielęgniarki mają dziś dobrą pozycję przetargową: mogą łatwo wyjechać i pracować zagranicą, mają też silne poparcie ludności. Nauczyciele nie mają tak mocnej pozycji, bo im trudniej emigrować. Tak czy inaczej możemy się wkrótce spodziewać innych protestów w zaniedbywanym od dawna sektorze publicznym.
Ci, którzy popierają demokrację, powinni powitać te protesty z zadowoleniem. Protesty pracownicze to część demokracji. Niezadowolenie z sytuacji w miejscu pracy i rekompensata, jaką później dostajemy, to w kapitalistycznym społeczeństwie zwykła rzecz. I lepiej jeśli złość przybiera formę walki o lepszą płacę i warunki pracy niż walki przeciw jakimś grupom ludzi, rzekomym "agentom", "układom" czy ateistom, uznanym za złe lub niegodne. Pomyślne zakończenie protestu takiego jak obecny może doprowadzić do społeczeństwa, gdzie wykluczenia jest mnie, a zaufania więcej. Pielęgniarki pokazały, jak to osiągnąć. Od reszty społeczeństwa i rządu zależy, czy pójdą za ich przykładem.
przeł. ASa
David Ost - socjolog amerykański, ostatnio ukazała się w Polsce jego książka "Klęska Solidarności"
Źródło: Gazeta Wyborcza