http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rebelianci z Darfuru chcą obalić sudański rząd

Wojciech Jagielski
2008-05-15, ostatnia aktualizacja 2008-05-14 17:05

Władze zażądały wpisania partyzantów, którzy zaatakowali stolicę kraju Chartum, na międzynarodową listę organizacji terrorystycznych. I podwoiły do 250 tys. nagrodę za głowę przywódcy rebeliantów

Choć Sudan, największy kraj Afryki (2,5 mln km kw.), od czasu uzyskania niepodległości 50 lat temu ciągle nękany jest wojnami domowymi i zamachami stanu, nigdy jeszcze żadnym powstańcom nie udało się zaatakować Chartumu. Ośmiomilionową metropolię zachwalano nawet jako najbezpieczniejsze miasto na kontynencie.

W zeszłym tygodniu pędzący terenowymi samochodami przez pustynie Darfuru i Kordofanu rebelianci przebyli w cztery dni ponad pół tysiąca kilometrów. W sobotni wieczór zaatakowali Omdurman, położoną na zachodnim brzegu Białego Nilu część sudańskiej metropolii.

Szturm zaskoczył władze w Chartumie. Wojskowy dyktator panujący od 1989 r. prezydent Omar al Baszir gościł akurat z wizytą w Arabii Saudyjskiej.

Żołnierze pozwolili rebeliantom zająć nie tylko Omdurman, ale nawet kilka mostów na Nilu i podstołeczne lotnisko wojskowe Wadi Saidna.

Dopiero po kilku godzinach siły rządowe przeszły do kontrnatarcia. Zamknięte zostały wszystkie mosty na Nilu, a na ogarnięty walkami Omdurman posłano śmigłowce i czołgi. Władze wprowadziły godzinę policyjną.

Strzelanina w Omdurmanie ucichła w niedzielę po południu. Partyzanci ogłosili, że wycofują się z miasta, ale jeszcze tu wrócą. - To była tylko próba - zapowiedział jeden z ich komendantów Sulajman Sandal.

Prezydent al Baszir przyleciał pilnie do Chartumu. Ogłosił, że w walkach ulicznych zginęło ponad 200 osób, w tym pół setki rebeliantów wspieranych przez rząd sąsiedniego Czadu. Al Baszir kazał natychmiast zerwać stosunki dyplomatyczne z Ndjameną i podpisany zaledwie w marcu siedemnasty już pakt o nieagresji. A wczoraj urządził pochód zwycięstwa dla wielu tysięcy mieszkańców stolicy.

Chcą praw Koranu

Śmiałkami, którzy zaatakowali Chartum, okazali się partyzanci z Ruchu na Rzecz Sprawiedliwości i Równości (JEM) - jednego z dwóch tuzinów rebelianckich ugrupowań z sudańskiego Darfuru, gdzie od pięciu lat toczy się wojna.

W ostatnich miesiącach "Sprawiedliwi i Równi" stali się najbitniejszą z darfurskich armii. W przeciwieństwie do innych powstańców, nie chodzi im tylko o Darfur, ale o cały Sudan.

"Sprawiedliwi i Równi" chcą przejąć władzę w Chartumie, przekształcić kraj w federację, a nawet konfederację składających się na niego krain. Przede wszystkim chcą jednak sprawiedliwiej dzielić dochody z ropy naftowej i władzę, zawłaszczone od lat przez arabskich wojskowych z północy Sudanu.

Przywódca "Sprawiedliwych i Równych" Chalil Ibrahim Muhammed nie kryje ambicji, by stanąć na czele buntu wszystkich pokrzywdzonych przez wojskowe władze, a najlepszy sposób na zaprowadzenie sprawiedliwości widzi w muzułmańskich prawach Koranu.

Chalil Ibrahim Muhammed podziwia duchowego przywódcę islamskich rewolucjonistów z Sudanu Hassana al Turabiego, który w latach 90. należał do najbardziej znanych przywódców światowego buntu muzułmanów. Al Turabi udzielił wtedy w Sudanie gościny Osamie ben Ladenowi przegnanemu z ojczystej Arabii Saudyjskiej.

Osama przeniósł się potem do rządzonego przez talibów Afganistanu, a na pożegnanie podarował al Turabiemu własnego konia.

Mogąc zawsze liczyć na poparcie wyjątkowo pobożnych Darfurczyków, Turabi zamierzał ich wykorzystać do obalenia swego wychowanka al Baszira, któremu pomógł zdobyć władzę, a który okazał się zdrajcą sprawy muzułmańskiej rewolucji. Turabi przegrał jednak walkę z al Baszirem i wspierającymi go generałami, którzy jako wywrotowca zamknęli go nawet do więzienia.

Poza Turabim "Sprawiedliwi i Równi" cieszą się wsparciem prezydenta Czadu Idrysa Deby'ego, który tak jak większość partyzantów wywodzi się z ludu Zaghawa, a także libijskiego przywódcy Muammara Kadafiego, który nigdy nie przepadał za al Baszirem.

Bunt oficerów?

Według części znawców polityki sudańskiej atak "Sprawiedliwych i Równych" na Chartum był próbą zbrojnego przewrotu, którego wraz z partyzantami mieli dokonać niechętni prezydentowi oficerowie ze 100-tysięcznej armii.

Tę hipotezę zdają się potwierdzać wydarzenia poprzedzające szturm na stolicę, a także te, które nastąpiły po jego fiasku.

Według źródeł amerykańskich już w przeddzień ataku na Chartum w sudańskim wojsku doszło do czystek i aresztowań, zaś w czasie sobotnich walk w Omdurmanie partyzanci nosili nowe mundury i strzelali z broni wydanej im z rządowych arsenałów.

W poniedziałek w Chartumie aresztowany zaś został sam al Turabi i pięciuset innych działaczy oraz zwolenników opozycji, przede wszystkim wywodzących się z Darfuru. Po kilkunastogodzinnym przesłuchaniu 75-letni al Turabi został zwolniony do domu.

Groźba buntu podległych mu wojskowych byłaby dla al Baszira niebezpieczniejsza nawet niż wybuch nowej rebelii, bo po konflikcie z Turabim wojsko i tajna policja pozostają ostatnią bazą polityczną prezydenta.

Sprzymierzeni ze zbuntowanymi żołnierzami partyzanci z ruchu "Sprawiedliwych i Równych" mogą okazać się przeciwnikiem tym niebezpieczniejszym, że przenieśli już wojnę do krainy Kordofan, gdzie znajdują się najbogatsze z naftowych złóż Sudanu.

Pretensje do nich zgłaszają także władze Południowego Sudanu, który po półwiecznej wojnie wywalczył sobie w 2005 r. prawo do secesji. Plebiscyt w tej sprawie ma się odbyć w 2011 r.

W ostatnich miesiącach "Sprawiedliwi i Równi" walczyli o pola naftowe w Kordofanie również z żołnierzami autonomicznego, południowosudańskiego rządu z Dżuby. Podległe mu oddziały partyzanci przegnali z Kordofanu w kwietniu, zawarłszy wcześniej przymierze z miejscowym arabskim plemieniem Misserija.

Po nieudanym szturmie na Chartum "Sprawiedliwi i Równi" wrócili do obozowisk w Kordofanie i odgrażają się, że nie rezygnując z ponownych ataków na stolicę, na cel wezmą przede wszystkim pola wiertnicze i rurociągi naftowe, by odciąć chartumski rząd od głównego źródła dochodów.

Gdyby "Sprawiedliwym i Równym" oraz ich sojusznikom udało się przejąć kontrolę nad Darfurem i Kordofanem, w 2011 r., po niepodległościowym plebiscycie w Dżubie, Sudan może rozpaść się nie tylko na Północ i Południe, ale od obu może zechcieć oderwać się również sudański Dziki Zachód.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':