Choć
Sudan, największy kraj Afryki (2,5 mln km kw.), od czasu uzyskania niepodległości 50 lat temu ciągle nękany jest wojnami domowymi i zamachami stanu, nigdy jeszcze żadnym powstańcom nie udało się zaatakować Chartumu. Ośmiomilionową metropolię zachwalano nawet jako najbezpieczniejsze miasto na kontynencie.
W zeszłym tygodniu pędzący terenowymi
samochodami przez pustynie Darfuru i Kordofanu rebelianci przebyli w cztery dni ponad pół tysiąca kilometrów. W sobotni wieczór zaatakowali Omdurman, położoną na zachodnim brzegu Białego Nilu część sudańskiej metropolii.
Szturm zaskoczył władze w Chartumie. Wojskowy dyktator panujący od 1989 r. prezydent Omar al Baszir gościł akurat z wizytą w Arabii Saudyjskiej.
Żołnierze pozwolili rebeliantom zająć nie tylko Omdurman, ale nawet kilka mostów na Nilu i podstołeczne lotnisko wojskowe Wadi Saidna.
Dopiero po kilku godzinach siły rządowe przeszły do kontrnatarcia. Zamknięte zostały wszystkie mosty na Nilu, a na ogarnięty walkami Omdurman posłano śmigłowce i czołgi. Władze wprowadziły godzinę policyjną.
Strzelanina w Omdurmanie ucichła w niedzielę po południu. Partyzanci ogłosili, że wycofują się z miasta, ale jeszcze tu wrócą. - To była tylko próba - zapowiedział jeden z ich komendantów Sulajman Sandal.
Prezydent al Baszir przyleciał pilnie do Chartumu. Ogłosił, że w walkach ulicznych zginęło ponad 200 osób, w tym pół setki rebeliantów wspieranych przez rząd sąsiedniego Czadu. Al Baszir kazał natychmiast zerwać stosunki dyplomatyczne z Ndjameną i podpisany zaledwie w marcu siedemnasty już pakt o nieagresji. A wczoraj urządził pochód zwycięstwa dla wielu tysięcy mieszkańców stolicy.
Chcą praw Koranu Śmiałkami, którzy zaatakowali Chartum, okazali się partyzanci z Ruchu na Rzecz Sprawiedliwości i Równości (JEM) - jednego z dwóch tuzinów rebelianckich ugrupowań z sudańskiego Darfuru, gdzie od pięciu lat toczy się wojna.
W ostatnich miesiącach "Sprawiedliwi i Równi" stali się najbitniejszą z darfurskich armii. W przeciwieństwie do innych powstańców, nie chodzi im tylko o Darfur, ale o cały Sudan.
"Sprawiedliwi i Równi" chcą przejąć władzę w Chartumie, przekształcić kraj w federację, a nawet konfederację składających się na niego krain. Przede wszystkim chcą jednak sprawiedliwiej dzielić dochody z ropy naftowej i władzę, zawłaszczone od lat przez arabskich wojskowych z północy Sudanu.
Przywódca "Sprawiedliwych i Równych" Chalil Ibrahim Muhammed nie kryje ambicji, by stanąć na czele buntu wszystkich pokrzywdzonych przez wojskowe władze, a najlepszy sposób na zaprowadzenie sprawiedliwości widzi w muzułmańskich prawach Koranu.
Chalil Ibrahim Muhammed podziwia duchowego przywódcę islamskich rewolucjonistów z Sudanu Hassana al Turabiego, który w latach 90. należał do najbardziej znanych przywódców światowego buntu muzułmanów. Al Turabi udzielił wtedy w Sudanie gościny Osamie ben Ladenowi przegnanemu z ojczystej Arabii Saudyjskiej.
Osama przeniósł się potem do rządzonego przez talibów Afganistanu, a na pożegnanie podarował al Turabiemu własnego konia.
Mogąc zawsze liczyć na poparcie wyjątkowo pobożnych Darfurczyków, Turabi zamierzał ich wykorzystać do obalenia swego wychowanka al Baszira, któremu pomógł zdobyć władzę, a który okazał się zdrajcą sprawy muzułmańskiej rewolucji. Turabi przegrał jednak walkę z al Baszirem i wspierającymi go generałami, którzy jako wywrotowca zamknęli go nawet do więzienia.
Poza Turabim "Sprawiedliwi i Równi" cieszą się wsparciem prezydenta Czadu Idrysa Deby'ego, który tak jak większość partyzantów wywodzi się z ludu Zaghawa, a także libijskiego przywódcy Muammara Kadafiego, który nigdy nie przepadał za al Baszirem.
Bunt oficerów? Według części znawców polityki sudańskiej atak "Sprawiedliwych i Równych" na Chartum był próbą zbrojnego przewrotu, którego wraz z partyzantami mieli dokonać niechętni prezydentowi oficerowie ze 100-tysięcznej armii.
Tę hipotezę zdają się potwierdzać wydarzenia poprzedzające szturm na stolicę, a także te, które nastąpiły po jego fiasku.
Według źródeł amerykańskich już w przeddzień ataku na Chartum w sudańskim wojsku doszło do czystek i aresztowań, zaś w czasie sobotnich walk w Omdurmanie partyzanci nosili nowe mundury i strzelali z broni wydanej im z rządowych arsenałów.
W poniedziałek w Chartumie aresztowany zaś został sam al Turabi i pięciuset innych działaczy oraz zwolenników opozycji, przede wszystkim wywodzących się z Darfuru. Po kilkunastogodzinnym przesłuchaniu 75-letni al Turabi został zwolniony do domu.
Groźba buntu podległych mu wojskowych byłaby dla al Baszira niebezpieczniejsza nawet niż wybuch nowej rebelii, bo po konflikcie z Turabim wojsko i tajna
policja pozostają ostatnią bazą polityczną prezydenta.
Sprzymierzeni ze zbuntowanymi żołnierzami partyzanci z ruchu "Sprawiedliwych i Równych" mogą okazać się przeciwnikiem tym niebezpieczniejszym, że przenieśli już wojnę do krainy Kordofan, gdzie znajdują się najbogatsze z naftowych złóż Sudanu.
Pretensje do nich zgłaszają także władze Południowego Sudanu, który po półwiecznej wojnie wywalczył sobie w 2005 r. prawo do secesji. Plebiscyt w tej sprawie ma się odbyć w 2011 r.
W ostatnich miesiącach "Sprawiedliwi i Równi" walczyli o pola naftowe w Kordofanie również z żołnierzami autonomicznego, południowosudańskiego rządu z Dżuby. Podległe mu oddziały partyzanci przegnali z Kordofanu w kwietniu, zawarłszy wcześniej przymierze z miejscowym arabskim plemieniem Misserija.
Po nieudanym szturmie na Chartum "Sprawiedliwi i Równi" wrócili do obozowisk w Kordofanie i odgrażają się, że nie rezygnując z ponownych ataków na stolicę, na cel wezmą przede wszystkim pola wiertnicze i rurociągi naftowe, by odciąć chartumski rząd od głównego źródła dochodów.
Gdyby "Sprawiedliwym i Równym" oraz ich sojusznikom udało się przejąć kontrolę nad Darfurem i Kordofanem, w 2011 r., po niepodległościowym plebiscycie w Dżubie, Sudan może rozpaść się nie tylko na Północ i Południe, ale od obu może zechcieć oderwać się również sudański Dziki Zachód.