Ta kobieta przez ponad rok ukrywała się w Darfurze zanim dotarła do obozu dla uchodźców
Fot. Karel Prinsloo / AP
Ludobójcy z sudańskiego Darfuru mogą działać bezkarnie, bo mają potężnych obrońców. Jedyne, co możemy dziś zrobić, to utrzymywać przy życiu uchodźców w obozach. To nasz humanitarny obowiązek
Fot. str REUTERS
Uzbrojeni członkowie Ludowej Armii Wyzwolenia Sudanu pozują do zdjęcia
To nieprawda, że świat jest bezradny wobec wojen domowych i plemiennych masakr w Afryce. Przeciwnie - w ciągu ostatnich kilku lat udało się zakończyć kilka krwawych konfliktów.
Za każdym razem wymagało to interwencji wojskowej z zewnątrz. Do maleńkiego Sierra Leone poleciało kilka tysięcy brytyjskich żołnierzy. W ogromnym Kongu - państwie wielkości połowy Europy! - wystarczyło kilkanaście tysięcy żołnierzy sił ONZ (z takich krajów jak Urugwaj i Bangladesz, ale także z Belgii, Francji, Polski i Holandii), żeby skłóconych watażków plemiennych zmusić do porozumienia. W Liberii wojnę domową zakończyła interwencja wojsk afrykańskich sąsiadów.
Oddziały międzynarodowe zawsze były nieliczne. Udawało im się rozdzielać i rozbrajać walczące strony dlatego, że za żołnierzami w białych i błękitnych hełmach stał autorytet zjednoczonej wspólnoty międzynarodowej - takich organizacji jak ONZ czy wspólnota zachodnioafrykańska ECOWAS. Równocześnie zachodni dyplomaci wywierali nacisk na lokalnych watażków, którzy żyli z wojny i nią kierowali. Jednym obiecywali miejsca w nowym rządzie (jak w Kongu), innym gwarantowali nietykalność za przestępstwa czasów wojny.
Taką obietnicę otrzymał np. Charles Taylor, prezydent Liberii, zanim udał się na wygnanie. Chociaż ręce miał po łokcie we krwi rodaków, negocjatorzy uznali, że w imię pokoju można zapewnić mu bezkarność i spokojną emeryturę (w czasie wyborów prezydenckich w 1997 r. Taylor reklamował się hasłem: "Zabił moją mamusię, zabił mojego tatę, ale i tak będę na niego głosował"). Taylor w końcu trafił do Hagi przed trybunał międzynarodowy, ale tylko dlatego, że nie dotrzymał obietnicy i próbował z wygnania angażować się w liberyjską politykę.
To nie jest idealny sposób na pokój. Siły międzynarodowe są zwykle zbyt wątłe, by od razu położyć kres wszystkim zbrodniom, negocjacje trwają latami, a wojenni mordercy często unikają kary. Jak dotąd nikt jednak nie wymyślił lepszego.
Dlaczego w ten sposób nie można zakończyć wojny w Darfurze?
W obozach głód, za obozami śmierć
W Darfurze zginęło już 200 tysięcy ludzi, ponad 2,5 miliona zostało wysiedlonych. Dlaczego tak się stało? Jak wygląda życie w obozach? Zobacz slideshow z komentarzem dziennikarza "Gazety Wyborczej" Adama Leszczyńskiego:
Od 2003 r. arabski rząd Sudanu - z pomocą milicji dżandżawidów, pospolitego ruszenia miejscowych Arabów - morduje czarne plemiona zamieszkujące Darfur. Na całym obszarze tej ogromnej, znacznie większej od Polski prowincji bojówkarze otaczają wioski, mordują mężczyzn i gwałcą kobiety. Ciała wrzucają do studni, żeby je zatruć.
Darfur to katastrofa. Do dziś ponad 300 tys. ludzi zginęło. Aż 2 mln wegetuje w obozach dla uchodźców - gigantycznych miastach z namiotów. Poza jedzeniem - które dostarczają organizacje humanitarne - brakuje tam wszystkiego: głównie wody, ale także opału i lekarstw.
Brakuje też bezpieczeństwa. W Darfurze walczą wszyscy ze wszystkimi: jest tam kilka armii rebeliantów, które zwalczają się wzajemnie, bo należą do rywalizujących plemion; armia rządowa; arabskie milicje; pospolici bandyci. Wszyscy mordują i gwałcą cywilów. W ub.r. negocjacje między rebeliantami skończyły się - po blisko dziesięciu rundach rozmów - podpisaniem umowy pokojowej, którą niemal natychmiast złamano.
Walczący odkryli też zyskowny biznes - porywają pracowników organizacji niosących pomoc humanitarną. Tylko od początku roku zabrano im prawie 70 samochodów - a po sudańskich bezdrożach mogą jeździć tylko drogie terenowe toyoty czy land rovery. Organizacje humanitarne i dziennikarze tygodniami, a czasem miesiącami czekają w Chartumie na pozwolenie na wjazd do Darfuru. Potem w miastach rządowa policja zatrzymuje ich, na różne sposoby utrudnia misję.
Od dwóch lat w Darfurze stacjonują oddziały Unii Afrykańskiej, organizacji zrzeszającej wszystkie kraje kontynentu. Żołnierzy jest mało - tylko 7 tys. - ale nawet oni mogliby nieco poprawić sytuację, gdyby byli lepiej wyposażeni i pozwolono im aktywnie zwalczać bandytów. Dziś tylko pilnują obozów dla uchodźców. Na razie ani wojska rządowe, ani rebelianci nie napadają otwarcie na obozy - ale wyjście poza ich granice grozi śmiercią.
Zamknięci w obozach w nieludzkich warunkach ludzie wszczynają rozruchy. Czasami atakują nawet tych, którzy rozdzielają żywność, i żołnierzy Unii Afrykańskiej. W marcu, kiedy Norweg Jan Egeland - wysłannik ONZ koordynujący pomoc dla uchodźców w Darfurze - objeżdżał obozy, w jednym z nich zdesperowany tłum zlinczował jego afrykańskiego tłumacza.
Protektorzy morderców
Największą odpowiedzialność za ludobójstwo w Darfurze ponosi prezydent (i dyktator) Sudanu Omar al Bashir. Jego rząd nie tylko nie próbował powstrzymać arabskich bojówek, ale zbroił je i finansował. Od dwóch lat dyplomaci dyskutują nad wysłaniem do Darfuru liczniejszych, lepiej wyposażonych wojsk pod patronatem ONZ.
Od początku al Bashir grał na zwłokę: co chwila stawiał nowe warunki, protestował przeciwko naruszaniu suwerenności jego kraju, zgadzał się i wycofywał swoją zgodę.
Prezydent Sudanu jest weteranem dyplomatycznych gier. Odmówił wiz międzynarodowym obserwatorom, którzy mieli napisać raport o naruszaniu praw człowieka w Darfurze. A kiedy raport oparty na zeznaniach uchodźców ukazał się, al Bashir oświadczył, że jest nic niewart, bo autorzy nie byli na miejscu.
Sudan może sobie na to pozwalać, bo ma możnych protektorów. Najpotężniejszym są Chiny. Chińskie firmy kupują w Sudanie ropę naftową, wybudowały tam wielką rafinerię i szukają nowych złóż. Jak dotąd Chińczycy skutecznie blokowali w ONZ wszelkie próby podjęcia międzynarodowej akcji przeciw Sudanowi.
Sudan wspiera również większość krajów arabskich. W 2006 r. - kiedy masakry trwały w najlepsze - przywódcy prawie całego świata arabskiego zjechali się do Chartumu na szczyt Ligi Arabskiej. Kiedy w czerwcu Liga uchwaliła kolejną rezolucję potępiającą Izrael za politykę wobec Palestyńczyków, Sudan został oficjalnie jednym z jej głównych autorów i nikomu nie przeszkadzało, że w tym samym czasie w Darfurze muzułmanie mordują muzułmanów na skalę nieporównanie większą od Palestyny. Rząd al Bashira umiejętnie wykorzystuje powszechną niechęć i nieufność Arabów wobec Zachodu - zwłaszcza USA - wywołaną wojną w Iraku. Propozycję wysłania wojsk ONZ do Darfuru rząd Sudanu uznał za dalszy ciąg zachodniej krucjaty wobec świata arabskiego - i ta interpretacja, jakkolwiek absurdalna, zyskała chętnych słuchaczy.
Co może Polska
Darfur nie jest daleko. Tylko półtorej godziny samolotem dzieli plaże egipskiej Hurghady - gdzie tysiące Polaków spędza wakacje - od obozów, w których cierpią dwa miliony Darfurczyków.
To prawda, Polska nie jest mocarstwem, ale możemy pomóc w zakończeniu konfliktu w Darfurze.
W marcu minister spraw zagranicznych Anna Fotyga wzięła udział w sesji Rady Praw Człowieka ONZ. Mówiła o Darfurze i wezwała do nacisku na Sudan. Rada wyśle do Darfuru niezależnych ekspertów (poprzedniej misji rząd Sudanu nie wpuścił). To mały krok we właściwym kierunku - ale polscy dyplomaci mogą zrobić więcej, żeby wprawić w ruch ociężałą machinę międzynarodowych instytucji.
Ludzie, którzy dziś wegetują w obozach, muszą dożyć zakończenia konfliktu. Według danych ONZ większość uchodźców w obozach ma zapewnione jedzenie. Brakuje jednak wody, opieki medycznej i szkół dla dzieci. Tylko przez ostatnie pół roku liczba uchodźców wzrosła o 150 tys. Można - i trzeba - pomóc im przetrwać.