"Jaki słoneczny dzień Heliosa" - powiedziała niedawno moja siedmioletnia córka, wskazując ręką na okno. Popatrzyłem na nią ze zdumieniem, choć jej mama i ja opowiadaliśmy przecież o koniu trojańskim, wędrówce Odyseusza czy Olimpie. I zaraz też pomyślałem, że nawet jeśli zapamiętuje imiona greckich bogów, to w przyszłości nie one będą budować jej metaforyczny duchowy pejzaż. Bo z antycznego dziedzictwa pamiętamy już bardzo mało, zaś to, co pamiętamy, nie budzi w nas emocji. Czy w Syzyfie zobaczymy figurę własnego losu? Podczas bolesnego rozstania wspomnimy pożegnanie Hektora z Andromachą? W chwili tragicznego wyboru przyjdzie nam na myśl Antygona?
Te słowa, symbole, znaki pozostały nośne dla nielicznych. Jednym z nich był Zbigniew Herbert, jak nikt inny we współczesnej polskiej literaturze potrafiący czerpać z antyku, nie czyniąc go składem zakurzonych posągów. Zawsze bowiem podjęcie figury z przeszłości łączył z zadawaniem pytań, podważaniem interpretacji, sięganiem za kulisy, z zauważaniem, jak pisał, iż "żyłki marmuru w termach Dioklecjana to są pęknięte naczynia krwionośne niewolników z kamieniołomów".
Tak też jest w "Królu mrówek", którego pomysł przyszedł pisarzowi do głowy prawdopodobnie na przełomie lat 70. i 80. Większość z przeznaczonych doń szkiców, za bohaterów mających postaci z greckiej mitologii, powstała jednak i została opublikowana dopiero w latach 90., zaś książki jako całości Herbert ukończyć nie zdążył. Pierwsze wydanie ukazało się już po jego śmierci, dziś otrzymujemy edycję poprawioną i poszerzoną o kolejne odnalezione archiwalia.
O patronach dla poniżonych i bitych
"Mój stosunek do Heraklesa zmieniał się z upływem lat, wahał się dramatycznie, od chłopięcego uwielbienia, młodzieńczego podziwu, a później nawet do sceptycznego dystansu i niechęci. Jakiś czas nosiłem się z zamiarem, żeby wymyślić mu życiorys nowy, oczyszczony z niepojętych szaleństw i zbrodni. Bezbożny zamiar. Jego istotę stanowi wspaniałe zmieszanie tego, co wielkie i małe, patetyczne i odpychające, boskie i arcyludzkie" - ten piękny fragment zarzuconego wstępu wprowadza nas w samo sedno "Króla mrówek", czy raczej w istotę gestu wyobraźni, jaki się kryje u jego podstaw. Herbert, tworząc swoją "prywatną mitologię", nie zamierzał po prostu przypomnieć postaci, które pamiętamy z dawnych lektur. Ukazywał własną wykładnię ich losów, przede wszystkim zaś podążał za wrażliwością, dla której postać Heraklesa potrafiła być przez lata ośrodkiem skupiającym myśli i odczucia.
Pamiętam moje zdumienie, gdy po pierwszym wydaniu tej książki pewien krytyk w telewizyjnej dyskusji zżymał się, że są to niepotrzebne repetycje z mitów. To mniej więcej tak, jakby powiedzieć, że nie ma sensu czytać "Barbarzyńcy w ogrodzie", skoro jest tyle przewodników po Francji i Włoszech, jakby nie zauważyć nawet tego, że mówi do nas poeta budujący takie zdania: "otwiera się przed nim pejzaż w bazalcie, dostojny jak spalony las, nieporuszony jak oko wulkanu, wnętrze gęstej materii, spalony do nicości błękit nocy". Herbert przywołuje postaci znane nam ze szkoły (a zwłaszcza znane jemu, wychowankowi przedwojennego lwowskiego gimnazjum, którego łacinnik oprowadzał uczniów po narysowanym na tablicy Forum Romanum), by zrozumieć je na nowo, ze współczesnej perspektywy, w pierwszej kolejności z perspektywy mieszkańca dwudziestowiecznej Europy skąpanej w krwi i okrucieństwie.
Z innego zarzuconego fragmentu przetrwały mocne zdania: "mitologia, jakiej uczono go w szkole, napawała go odrazą, była bowiem tryumfem antropomorficznej bestii", "nienawidził rasy zwycięzców i jego przymierze z pokonanymi wydawało mu się odziedziczone". I rzeczywiście w ten właśnie sposób Herbert czyta mity - na bohaterów wybierając zwykle przegranych, postaci z drugiego planu, dostrzegając w nich patronów dla tych wszystkich, o których mówił w "Przesłaniu Pana Cogito": dla "poniżonych i bitych".
Oto więc Antajos - w cieniu jego ramion "znajdą miłościwe schronienie wszyscy owi dziwaczni uchodźcy, którzy w bezlitosnych oczach tubylców przybierają postacie niepojętych odmieńców, a nawet potworów. Uratowali tylko dwa skarby - własną mowę i imiona brzmiące w obcych uszach jak błazeńskie dzwoneczki". Atlas, mogący "zostać patronem nieuleczalnie chorych, patronem skazanych na dożywotnie więzienie, głodnych od urodzenia do śmierci, poniżanych, wszystkich wyzutych z praw, których jedyną cnotą jest niemy, bezbronny, nieruchomy - do czasu - gniew". Czy wyśmiewany przez Homera Tersytes, którego "jedyną bronią było złorzeczenie, bunt bezsilnych - beznadziejny, ale właśnie dlatego zasługujący na podziw i szacunek".
Choć wygnańcy, bici i głodni, zaludniali ludzką historię od zawsze, wydaje się, iż poeta ma w pamięci przede wszystkim ofiary dwudziestowiecznych totalitaryzmów, że to przez ich (i własne) doświadczenie odczytuje greckie dziedzictwo. Najczęściej nie szuka w nim odbicia egzystencjalnych lęków jednostki, idzie raczej za potrzebą sprawiedliwości, za głosem pamięci i sumienia, które - jak czytamy w "Prometeuszu" - stwarzają człowieczeństwo.
Z rozczarowania światem
Czy "Król mrówek" należy do najlepszych książek Herberta? Odpowiedź nie jest oczywista. Obok szkiców poruszających są tu i takie, które - jak "Securitas" z 1985 r. - bez dawnego kontekstu politycznego straciły na sile oddziaływania, albo takie jak "H.E.O.", w których pojawia się pewne obniżenie tonacji, gdy historia Orfeusza i Eurydyki z przypowieści o śmierci staje się ironiczną konstatacją na temat artysty, który szuka "nowego rodzaju literatury". Wreszcie, co może najważniejsze, pojawia się pytanie o nośność myślowego założenia kryjącego się za nadtytułem, jakim Herbert opatrzył część szkiców. "Bogowie z zeszytów szkolnych" pochodzą z utworu Kiplinga "The Gods of the Copybook Headings" - jak wyjaśnia jego tłumacz Alexander Schenker - powstałej w 1919 r. ballady przeciwstawiającej "zdrowy rozsądek sentencji religijnych i porzekadeł ludowych nowym ideologiom i eksperymentom społecznym".
Właśnie wiara w zdrowy rozsądek, w dawne przekonania, na których należy się oprzeć, by uniknąć pokus współczesnych utopii czy iluzji, zdaje się stanowić intelektualną podstawę pisarza. Herbert pokazuje nam więc na przykład, jak dążenie do tzw. uszczęśliwiania ludzkości niesie z sobą cierpienie i zbrodnię: "Ajakos wiedział, że uszczęśliwianie zakłada ruch, dążenie, wspinanie się w górę. Nie wiedział jednak, że postęp, żeby użyć tego złowróżbnego słowa, jest tylko obrazem, nie gorszym i nie lepszym od innych majaków wyobraźni. Myrmidoni natomiast (...) wiedzieli na pewno, że życie jest kołem, które spina śmierć. Jest tedy zamknięte, a nie otwarte, jednostkowe, nie ogólne, mieści się dokładnie w granicach każdego ciała ludzi, owadów, drzew. Zatem bardziej naturalne są bose stopy drepczące w kółko niż marsz za przeraźliwym olbrzymem kroczącym triumfalnie naprzód, ku celom ukrytym za horyzontem, po linii prostej, wyprowadzonej z nicości i zmierzającej ku lepszej, promiennej nicości".
Nihilizm, który rodzi się, gdy zaczynamy kwestionować podstawowe prawdy: "właściwe demokracjom pewne rozchwianie ducha przerodziło się w pracowitą anarchię, a stary nihilizm zrozpaczonych zastąpiła jego nowa, odmienna wersja, prężna, witalna, rozpędzona. Po okresie radosnego burzenia i totalnej negacji nastąpił okres Nowej Syntezy, która triumfalnie głosiła, że prawda i fałsz są niesprzeczne, a zbrodnia i cnota, barbarzyństwo i cywilizacją mogą - a nawet powinny - pokojowo współżyć".
Czy wreszcie współczesny upadek ducha, bierność społecznych mas: "w naszej skołatanej epoce Securitas może liczyć na rzesze wyznawców. Cenimy bezpieczeństwo, tę grę, w której główną wygraną jest zaledwie stawka, nędzny żeton uprawniający do kontynuowania zabawy, dopóki służy ręka. Bezpieczeństwo - cóż to jest bezpieczeństwo? Trwożliwa formuła szczęścia. Życie bez walki".
Z jednej strony trudno odmówić tym sądom słuszności. Z drugiej - przecież nie można powiedzieć, że są bardzo odkrywcze i że nie dostrzegamy w nich jakiejś zgryźliwości, tonu narzekania, może związanego z rozczarowaniem, które przyniósł Herbertowi świat lat 90.
Czułość dla bohaterów
Jednak istnieje w tej książce piękny ton współczucia, będącego zarówno ruchem serca, czułością, jak i wysiłkiem wyobraźni starającej się przerzucić kładkę między mną a innym istnieniem. Jakby rzeczywiście Herbert słyszał nawołujące go głosy umarłych: "moje wewnętrzne ucho zaczęło, bez wyraźnego powodu, łowić dźwięk tego imienia, dochodzący jakby z daleka, blaszane nawoływanie kogoś nieznajomego w ciszy nocnej, to niegłośne, ale bardzo wyraźne wołanie - Antanajos, Antanajos"...
W najpiękniejszych fragmentach "Króla..." uderza właśnie czułość patrzenia na bohaterów. Na pogrążonego w rozpaczy Kleomedesa, wygnańca, "którego prosta filozofia opierała się na rozumowaniu przypominającym nie całkiem poprawny logicznie tok myślenia kochanków: jestem nieodłączną częścią mojej ziemi, rozdzielono nas gwałtownie, jeśli istnieje porządek świata, nasze niepełne istnienia muszą się znowu połączyć". Na oszalałą z bólu Hekabe, której poświęconą piękną stronicę trzeba by zacytować w całości. Czy na Achillesa, gdy ten, widząc umierającą Pentezyleę, "jakby przymuszony obcą siłą, zapłakał - tak jak ani on sam, ani inni bohaterowie tej wojny nie płakali - głosem cichym i zaklinającym, niskopiennym i bezradnym, w którym powracała skarga i nieznana synowi Tetydy - kadencja skruchy".
I może wreszcie także na nas, wiernych czytelników, których poeta pozostawia ze swoim prywatnym dekalogiem "Dziesięcioma ścieżkami cnoty". Zapamiętajmy z nich przynajmniej jedną: "starać się być szczęśliwym, bo tylko tacy ludzie mogą dać szczęście innym".
Król mrówek. Prywatna mitologia, Zbigniew Herbert, wydanie II, poprawione i poszerzone, a5, Kraków
Źródło: Gazeta Wyborcza