http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Kultura >  Książki >  ABC

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Gazeta Wyborcza - Kultura RSS

Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?, Furedi, Frank

Adam Leszczyński
2008-02-19, ostatnia aktualizacja 2008-02-20 10:20

Wielkie idee już nikogo nie interesują. Debata publiczna staje się coraz płytsza i głupsza, a intelektualiści uważają, że dążenie do prawdy nie jest ani możliwe, ani pożądane.

ZOBACZ TAKŻE
Taką recenzję współczesnej kulturze wystawia Brytyjczyk Frank Furedi. Do niedawna wyłączność na lamenty nad upadkiem współczesnej kultury mieli konserwatyści. Tej etykietki nie można przypiąć łatwo Furediemu, 60-letniemu socjologowi z University of Kent i zarazem jednemu z najbardziej znanych brytyjskich intelektualistów.

Jego książka "to napisany z pasją pamflet na intelektualistów - tych z prawicy i tych z lewicy - którzy zdaniem Furediego są odpowiedzialni za upadek współczesnej kultury.

"Tendencja do ograniczania użytku rozumu stała się dominującym rysem zachodniego życia intelektualnego" - pisze socjolog. Jest źle - to najkrótsze streszczenie jego diagnozy. Uniwersytety stały się fabrykami dyplomów, które są tylko przepustkami na rynek pracy, ale nic nie znaczą. Instytucje kultury - od teatrów po muzea - "są pozbawione treści", a bekających z przejedzenia społeczeństw Zachodu "nie zaprząta żadna batalia o idee". Horyzont intelektualny przeciętnego, wykształconego człowieka Zachodu wyznacza dziś "Big Brother". Upraszczając nieco: kiedyś ludzie walczyli o utopie - takie jak komunizm czy socjalizm - i wierzyli, że świat można zasadniczo zmienić. Teraz nawet o tym nie myślą. Gorzej - zanik ciekawości intelektualnej i potrzeby wyjaśniania świata dotyka wszystkich, od studentów po profesorów.

Produktem ubocznym jest - według Furediego - postępujące "dogłupianie" publicznej debaty. Niegdyś poważne gazety (o telewizji w ogóle szkoda wspominać, to królestwo "tańców z gwiazdami") zwiększają liczbę zdjęć, zmniejszają objętość tekstów, a redaktorzy wyrzucają z nich słowa, których nie zrozumiałby sześcioklasista. Politycy nie zostają w tyle. Analiza słów, którymi posługiwali się podczas publicznych debat kandydaci na prezydenta Stanów Zjednoczonych, pokazuje, że Lincoln (lat temu 150) mówił językiem, który byłby zrozumiały dla licealistów. Clinton - dla siódmoklasistów. Słownik Busha był na poziomie średnio rozgarniętego sześcioklasisty. Dorosłych traktuje się jak dzieci. Infantylizacja sięgnęła najwyższych szczebli w królestwie wiedzy - dziś amerykańscy profesorzy uniwersytetów są instruowani, jak skrytykować studenta, żeby nie obniżyć jego motywacji i samooceny.

Biadolenie nad powszechnym upadkiem kultury jest ulubionym i - jeśli można tak rzec - rytualnym zajęciem intelektualistów. Także ostrzeganie przed wyczerpaniem "twórczej siły" zachodnich społeczeństw ma długą tradycję. Osiem dekad temu pisał o tym w głośnym wówczas "Zmierzchu Zachodu" Oswald Spengler, a jestem przekonany, że bez trudu dałoby się znaleźć także i dzieła wcześniejsze.

Mimo to książka Furediego jest interesująca - i to nie dlatego, że w łatwy sposób schlebia czytelnikowi (kiedy pochylam się z troską nad postępującym upadkiem kultury, sam mogę czuć się z niego wyłączony). To, co w niej ciekawe, to wyjaśnienie tła tego procesu.

Pozornie i tutaj Furedi podsuwa tradycyjnie konserwatywną odpowiedź - za powszechne zidiocenie odpowiadają intelektualiści, którzy decydują, co czytamy i oglądamy, czego uczymy się w szkole - i którzy podsuwają politykom, o czym mają mówić. Intelektualiści - pisze Furedi - zgrzeszyli "cynicznym stosunkiem do poznania i prawdy", który przekazali masom. Wcześniej - w latach 50. i 60. - za obniżanie standardów kultury masowej czy nauczania na uniwersytetach odpowiadała komercjalizacja. Kiedy kultura czy wyższe wykształcenie stają się masowym towarem, szybko schodzą do najniższego strawnego dla konsumenta poziomu, bo wtedy producent może liczyć na najwięcej klientów.

O presji rynku Furedi pisze jednak niewiele. Według niego dziś za obniżanie standardów przede wszystkim odpowiada impuls, który jest pozornie bardzo szlachetny - dążenie do "inkluzji", czyli włączenia do życia społecznego grup, które wcześniej w nim nie uczestniczyły. Chcemy mieć więcej studentów na uniwersytetach? To znosimy egzaminy. Chcemy mieć więcej gości w muzeach? Rezygnujemy z trudniejszej w odbiorze sztuki i urządzamy w środku kafeterię. Chcemy, żeby odbiorca czuł się dobrze - i w pogoni za tym zapominamy, że obcowanie ze sztuką wymaga wysiłku. W ten sposób uczestniczenie w kulturze zamienia się w psychoterapię.

Furedi nieustannie złorzeczy na "nasze kulturalne elity" albo "nasz kulturalny establishment". Nie wiadomo, kto to jest - do tej pojemnej kategorii zalicza wszystkich intelektualistów, których nie lubi - bo jego zdaniem zdradzili swoje powołanie, którym jest dążenie do odkrywania prawdy (a prawda, jak sądzi, jest jedna).

Furedi nie lubi polityki powszechnej inkluzji nie tylko dlatego, że - jak sądzi - prowadzi do powszechnego skretynienia. Gorzej - uważa, że jest ona nieszczera, bo "zmierza do ukształtowania powszechnego gustu, ustandaryzowania go i w efekcie do sprawowania nad nim kontroli".

Tutaj leży klucz do jego diagnozy: intelektualistom - tym nieokreślonym "naszym kulturalnym elitom" - naprawdę chodzi o władzę. Żeby panować nad masami, cynicznie zgadzają się na powszechne ogłupienie. Zdradzają swoje powołanie i zdradzają dziedzictwo Oświecenia, do którego Furedi - w odróżnieniu od tradycyjnych konserwatystów - jest bardzo przywiązany. Współczesne elity - według Furediego - nie wierzą już, że lud kiedykolwiek można "oświecić". Wystarczy im więc, że będą nad nim panować - schlebiając mu i dbając równocześnie, aby podczas oglądania "Big Brothera" nigdy nie odczuł swojej intelektualnej niższości.

Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?, Frank Furedi, przeł. Katarzyna Makaruk, PIW, Warszawa

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

5

1 głos

INDEKS ALFABETYCZNY KSIĄŻEK: