Fundacja Robinson pomaga wychowankom opieki zastępczej w rozpoczynaniu dorosłego życia.
To kluczowy moment w życiu wychowanka opieki zastępczej. Jeden z niewielu w jego życiu, kiedy ma tak silną motywację. Od tego, co się wtedy wydarzy, czy ktoś mu pomoże, zależy czy ten młody człowiek "załapie się na społeczeństwo", czy nie. Zostawiony sam sobie opuści placówkę, zamieszka w mieszkaniu socjalnym, dostanie pomoc pieniężną na kontynuowanie nauki. I często bywa, że rzuci szkołę, mieszkanie zamienia się w melinę, a zarabiać będzie pracując na czarno.
Czy opuszczenie rodziny zastępczej jest równie dramatyczne, co wyjście z domu dziecka?
System bywa bezduszny - jak w przypadku państwowych placówek, gdzie jest jak w koszarach, bywa nadopiekuńczy jak w niektórych rodzinach zastępczych, czy rodzinnych domach dziecka. Wychowankowie państwowej placówki, gdy ją opuszczają mówią: "Nienawidzę tego kabaretu. Nie chcą tam wracać!". Ci zaś, którzy opuszczają rodzinne formy opieki myślą: "Muszą opuścić jedyne bezpieczne miejsce na ziemi." Stres jest ten sam.
Tylko, że dzieci z rodzin zastępczych dostają wsparcie. Dom dziecka tylko trzaska za nim drzwiami.
Zgoda, dostają emocjonalne wsparcie. Za to jest o wiele gorzej ze wsparciem wychowawczym. Rodzice zastępczy nie umieją usamodzielniać wychowanków. Dużo lepiej jest w zawodowych rodzinach zastępczych, które muszą przejść przynajmniej podstawowe szkolenia. Ale większość rodzin zastępczych to rodziny spokrewnione, gdzie opiekunem jest babcia, lub wujek. Oni sami często utrzymują się na marginesie, nie przechodzą też żadnych szkoleń związanych z usamodzielnianiem. W naszych badaniach wyszło, że sama młodzież nie zna swoich uprawnień, a rodzice zastępczy orientują się jedynie w przepisach dotyczących pomocy pieniężnej - to za mało.
To jak wygląda usamodzielnianie w praktyce?
Przepisy mówią o tym bardzo ogólnie - że młodemu człowiekowi potrzebny jest dorosły, który go wprowadzi w samodzielne życie - tzw. opiekun usamodzielnienia. Niestety nie precyzują zakresu jego obowiązków, ani standardów pracy. Praca ta jest nieodpłatna i nie podlega kontroli jakościowej. Sprowadza się do tego, że ma złożyć podpis na formularzu - tzw. planie usamodzielnienia i zbierać dokumenty wychowanka - zaświadczenia ze szkoły, z pracy.
Kto zostaje opiekunem?
To wychowanek wybiera. A jeśli ta osoba się zgadza, zostaje nim z automatu. Opiekunem zostaje najczęściej wychowawca z domu dziecka, pracownik Centrum Pomocy Rodzinie, albo rodzic zastępczy. Przy czym urzędnicy, którzy podejmują się tej funkcji, poświęcają na nią czas ze swojego etatu. Zapraszają więc młodego człowieka na pięć minut do biurka i każą się spowiadać: czy chodzi do szkoły, czy nie jest zagrożony, odbierają zaświadczenia, wypłacają kasę i już. To żadna pomoc! Trzeba by z tym człowiekiem czasem coś załatwić w urzędzie, w szkole. Rozmawiać z nim, pomóc w urządzeniu się. Towarzyszyć mu przez kilka lat, a nie tylko podbijać pieczątką dokumenty. Zdarzają się oczywiście chwalebne wyjątki, jak usamodzielnienie w WCPR w Warszawie.
Prawdziwa pomoc jednak kosztuje - trzeba gdzieś z tym człowiekiem pojechać, odbić czasem coś na xero. Jestem pewien, że gdyby opiekun dostawał choćby 50-100 zł miesięcznie to by się w tą pracę zaangażował. Przy okazji wypłaty byłaby też okazja do kontroli jakości tego usamodzielnienia.
Mówi pan, że brakuje standardów pracy opiekuna usamodzielnienia. Jak te standardy powinny wyglądać?
Odpowiedzią naszej Fundacji jest tzw. Asystent usamodzielnienia. To przeszkolony wolontariusz, który działa równolegle do opiekuna usamodzielnienia. On proponuje inny model: spotyka się z wychowankiem co najmniej raz w tygodniu przez minimum pół roku, dzwoni do niego, udziela wsparcia, motywuje, znajduje eksperta w razie potrzeby. Jest wzorem. Tak jak szkoły społeczne, gdy się pojawiły swoim innowacyjnym podejściem do edukacji wpłynęły na szkoły państwowe, tak asystenci mają wpływać na opiekunów.