Wiesław Myśliwski odbiera statuetkę NIKE (zdjęcia TVP2)
Laudacja na cześć Wiesława Myśliwskiego wygłoszona przez przewodniczącą jury Małgorzatę Szpakowską (zdjęcia TVP2)
"Traktat o łuskaniu fasoli" ukazał się po przeszło dziesięciu latach pisarskiego milczenia Wiesława Myśliwskiego. Poprzednia jego książka, "Widnokrąg", jest laureatką pierwszej edycji nagrody Nike w 1997 roku, a sam Myśliwski pierwszym pisarzem, który odebrał Nike po raz drugi, chociaż jeszcze niedawno mówił: - Po "Widnokręgu" nie wiedziałem, czy cokolwiek jeszcze napiszę. Teraz, po wydaniu "Traktatu", słyszę pytania o kolejną powieść. Irytują mnie one. Bo choć częstokroć życzliwe, są rodzajem presji, że coś muszę. A ja czuję się wolny, wolny także od konieczności pisania.
Sytuacja w "Traktacie" jest najprostsza z możliwych. Oto do starszego człowieka pilnującego domków letniskowych nad zalewem zagląda miastowy przyjezdny. Chce kupić we wsi trochę fasoli, ale zostaje na dłużej i słucha gadatliwego stróża. Niewinna gawęda samotnika, który po sezonie nie ma wielu okazji, żeby sobie pogadać, zamienia się w niezwykłą opowieść o całym jego życiu. "Traktat o łuskaniu fasoli", chociaż obszerny, prawie 400 stronicowy, jest monologiem. W tak pomyślanej formie dokonuje się pierwotne powołanie literatury - niespieszne opowiadanie historii.
Życiorys bohatera "Traktatu" jest tragiczny i symboliczny. Wszystkich mieszkańców jego rodzinnej wsi, w tym najbliższą rodzinę, rozstrzelano w czasie okupacji. On sam ocalał cudem, schowany w ziemiance. Po wyzwoleniu, jako sierota wojenna, tułał się po domach wychowawczych, skończył szkołę zawodową, dostał pracę przy elektryfikacji wsi, później żył w hotelach robotniczych, pracował na wielkich budowach, w końcu wyjechał na Zachód - grywał trochę w orkiestrach zakładowych, a ponieważ był saksofonistą samoukiem, znajdował pracę w restauracjach i zespołach dancingowych.
Jest w tej powieści kilka wspaniałych fragmentów, które mogłyby być samodzielnymi opowiadaniami, np. właśnie okupacyjne wspomnienie pacyfikacji wsi i następująca zaraz potem opowieść o spotkaniu bohatera i syna niemieckiego żołnierza, do jakiego doszło kilkadziesiąt lat później. To spotkanie przypadkowe, w każdym razie takim się wydaje. Mężczyźni mijają się na ulicy i chociaż ani jeden, ani drugi nie umie powiedzieć, czy i kiedy się poznali, czują, że łączy ich jakaś bliskość. Siadają w kawiarni i starszy zaczyna opowiadać o ojcu, którego po powrocie z wojny dręczyły straszne wspomnienia. Jednym z takich wspomnień był obraz ziemianki, w której skryło się dziecko.
Czy ojciec nieznajomego był tym żołnierzem, przed którym ukrył się bohater powieści? Nie ma to większego znaczenia, bo w "Traktacie" na przykładzie tego jednego losu opisana zostaje symboliczna sytuacja każdej zagłady, każdej wojny i każdej zbrodni. Myśliwski stara się budować taki świat, który, chociaż pozornie realny i sprawdzalny, będzie się jednoznacznemu opisaniu wymykał. Tu wszystko jest możliwe - ślepy traf i metafizyczna zagadka. Dlatego powieść Myśliwskiego z ładnej, malowniczej i mądrej historii o jednym życiu, dość zresztą typowym dla pokolenia wojennego, staje się wielką opowieścią o życiu w ogóle. To tu udaje się uchwycić najważniejsze egzystencjalne pytania, wspiąć się na poziom wielkich spraw i zasadniczych wartości: śmierci, miłości, winy, odkupienia, dobra, zła. Takich pytań zwykle wprost się nie stawia.
Wiesław Myśliwski uchodzi za pisarza pracującego bardzo wolno, niektóre pomysły nosi w sobie wiele lat. I tak np. pomysł na narratora, który snuje swoją opowieść, łuskając fasolę, zrodził się przed prawie 40 laty. Chociaż Myśliwski jest jednym z najważniejszych pisarzy polskich i należy do starszego pokolenia twórców, w dorobku ma jeszcze - oprócz "Traktatu o łuskaniu fasoli" i "Widnokręgu" - tylko trzy powieści: "Kamień na kamieniu", "Nagi sad" i "Pałac". O pracy nad "Traktatem" mówi tak: - "Traktat", jak każda moja powieść, miał dwie wersje. Po napisaniu pierwszej w jakiś sposób zapanowałem nad całym tym żywiołem epickim, co mi pozwoliło dostrzec, co jest nieudane, a co warto zostawić. Samo poprawianie nic tu nie mogło pomóc. Trzeba było raz jeszcze wejść w tę materię i napisać całość na nowo. Druga wersja "Traktatu" była krótsza o 100 stron, "Widnokręgu" o prawie 250. Tuż przed wydaniem "Traktatu" Znak przysłał mi wydruk, a ja im jeszcze sporo fragmentów wprowadziłem. Na dobrą sprawę o żadnej książce nie mógłbym powiedzieć, że ją ostatecznie skończyłem. Książkę można pisać bez końca. I może tak powinno się robić.
Źródło: Gazeta Wyborcza