Długo nie mogłam namówić N., żeby mnie zawiózł na targ staroci. On nienawidzi takich miejsc. Na argument, że można tam znaleźć coś "z duszą i z charakterem", odpowiada, że charakter można mieć przecież podły. Na argument, że są tam meble "z historią", wzrusza ramionami, bo przecież bywają nudne historie, a kiedy mówi mu się, że tam jest po prostu tanio, powtarza w kółko to samo: "Tanie rzeczy są bardzo drogie". W ponurym milczeniu jechaliśmy na przedmieście.
Targ wyglądał jak miasto mebli w upalny dzień. Ulice szaf, place stołów, zakątki etażerek, klęczników i podnóżków, a między nimi tłumy przechodniów. Gdzieś w środku, ukryci w cieniu mebli, siedzieli sprzedawcy, cierpliwie odpowiadając na pytania. Niestety, słońce bezlitośnie obnażało każdą rysę, pęknięcie, rozdartą powierzchnię, każdą szparę i dziury po kornikach. Ludzie biegali nerwowo w poszukiwaniu cudu, rozglądając się pośpiesznie po okolicy. A mnie zatrzymała mała komoda. Jej blat koloru jasnego orzecha był cały poorany, a liczne pęknięcia tworzyły wybrzuszenia, tak że jadąc dłonią po blacie, głaskałam chropawą, falującą przestrzeń. Szuflady były krzywe i niedomknięte, zresztą żadna nie miała kluczyka, a zardzewiałe zamki dawno już chyba zapomniały, po co istnieją. N. pociągnął mnie mocno za rękę.
- Idziemy - powiedział. - Nie mogę patrzeć na ten złom.
Ale ja byłam już zakochana. Serce biło mi szybko i nie mogłam oderwać oczu od tej kruchej istoty, którą N. bezlitośnie obrażał. Byłam pewna, że komoda to słyszy.
- Trzysta złotych - mruknął mężczyzna ukryty między meblami.
- Dwieście - powiedziałam, a on szybko przytaknął.
- Widzisz? - powiedziałam do N. - Tylko dwieście złotych.
- Tylko? - N. spojrzał na komodę z nienawiścią.
- Oddam do renowacji.
- No to gratuluję taniego zakupu. Czy ty wiesz, ile taka renowacja kosztuje? - N. pociągnął mnie mocno za rękę, a ja dałam się zaprowadzić do samochodu, bo żeby nie wiem jak na to patrzeć, N. miał rację. Zapinając pas, podziękowałam mu nawet, że nie kupiłam tej starej i bezużytecznej w gruncie rzeczy komody, z którą byłoby więcej kłopotu i wydatków niż pożytku, pocałowałam go w policzek, a kiedy zapuszczał motor, powiedziałam: - Stój.
Odpięłam pas, otworzyłam drzwi i w ciągu minuty stałam już przed komodą, trzymając w ręku dwieście złotych. Okazała się niespodziewanie lekka. I bardzo łatwo zmieściła się na tylnym siedzeniu. Do punktu renowacji mebli jechaliśmy w zupełnym milczeniu.
- Co z tobą zrobili, biedaczko - konserwator kiwał głową, patrząc na komodę. Była traktowana jak pies na łańcuchu. - Zrobimy z ciebie cudo, maleńka - pogłaskał mebel, a potem powiedział: - To będzie kosztowało tysiąc pięćset złotych.
Wracaliśmy do domu w zupełnym milczeniu. Po dwóch tygodniach pojechaliśmy po komodę. Długo rozglądałam się dookoła, aż w końcu konserwator z dumą pokazał mi jakiś błyszczący mebel. Głupi, niedostępny, próżny. Zapłaciłam tysiąc pięćset złotych. Wracaliśmy do domu w milczeniu. Postawiłam komodę w rogu pokoju i przez następny tydzień nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Włóczyłam się godzinami po mieście, żeby tylko nie patrzeć na mieszkanie z jakąś wypolerowaną lalą, która tam zamieszkała. Wreszcie N. powiedział: - Znalazłem takiego magika, który robi meble "na stare". Podobno artysta. - I wyciągnął z kieszeni wizytówkę. Artysta mógł przyjechać dopiero za tydzień. Był zawalony robotą. Wreszcie zjawił się, z uśmiechem popatrzył na komodę i powiedział:
- Tak. Kumam, o co chodzi. Ale ja drogi jestem. Tysiąc pięćset to kosztuje.
- Dobrze - mruknął N. i to było ostatnie słowo, jakie powiedział tego dnia.
Po dwóch tygodniach artysta zapukał do drzwi. Uśmiechnięty rozwijał komodę z papieru. Jej blat koloru jasnego orzecha był cały poorany, a liczne pęknięcia tworzyły wybrzuszenia na chropawej przestrzeni. Szuflady były krzywe i niedomknięte. Zamki robiły wrażenie zupełnie zardzewiałych.
- Trochę roboty to z tym było, ale jest OK - wziął tysiąc pięćset, wyszedł, a my z N. całą noc przesuwaliśmy meble, starając się uzyskać klimat, który usprawiedliwiałby obecność takiego mebla. Bez rezultatu. Wyrafinowana brzydota komody nijak miała się do całości. Rano, w całkowitym milczeniu, pojechaliśmy na targ staroci.
- Zwrotów nie ma - powiedział mężczyzna ukryty za meblami. - Mogę tylko odkupić. Za trzysta, dwieście