http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Okres próbny

Joanna Szczepkowska
2003-01-17, ostatnia aktualizacja 2003-01-13 13:36

Zaczęło się od tego, że z powodu jakichś nieokreślonych bólów głowy znalazłam się na badaniach w szpitalu neurologicznym. I tam spotkałam kobietę, która właśnie oddała swoją córkę na leczenie z powodu ciężkiej depresji. Dwudziestoletnia dziewczyna przestała wychodzić z domu, nie widziała sensu życia. Okazało się jednak, że nie było łatwo umieścić jej w szpitalu. Brak miejsc. Jej rówieśnicy wypełnili szpital do ostatniego łóżka, tak że nawet kąt na korytarzu był luksusem

ZOBACZ TAKŻE
RAPORTY
Nigdy nie piszę o sobie. O swoim domu, przyjaciołach czy wrogach - taką mam zasadę i będę się jej trzymać. Chyba że zdarzy się coś, co będzie doświadczeniem tak ważnym, że może posłużyć jako ostrzeżenie. Piszę to dla tych, którzy przyzwyczaili się, że na stronie podpisanej moim nazwiskiem znajdują rodzaj opowiadania, którego fabuła jest wytworem wyobraźni. To, co teraz opiszę, niestety, zdarzyło się naprawdę.

Zaczęło się od tego, że z powodu jakichś nieokreślonych bólów głowy znalazłam się na badaniach w szpitalu neurologicznym. I tam spotkałam kobietę, która właśnie oddała swoją córkę na leczenie z powodu ciężkiej depresji. Dwudziestoletnia dziewczyna przestała wychodzić z domu, spała w ubraniu, które nosiła od wielu dni, nie zmieniając nawet bielizny, nie widziała sensu życia i tak dalej, i tak dalej. Okazało się jednak, że mimo tak ciężkiego stanu nie było łatwo umieścić jej w szpitalu. Brak miejsc. Jej rówieśnicy wypełnili szpital do ostatniego łóżka, tak że nawet kąt na korytarzu był luksusem. Wychodząc ze szpitala, myślałam z ulgą o tym, że moje córki mają poczucie bezpieczeństwa, że ich życie idzie normalnym, bezpiecznym torem - obie studiują, nie mają problemów materialnych, są zdrowe, ładne, czują się kochane i oprócz ewentualnych perypetii losu nic mi w zasadzie nie grozi.

Kiedy wróciłam do domu, moja córka poprosiła mnie o chwilę rozmowy. Powiedziała, że ma zamiar poszukać sobie jakiejś pracy.

- Czy to konieczne? - zapytałam. - Zaczynasz studia, masz wszystko, co trzeba.

- Konieczne. Po prostu chcę pracować, chcę wiedzieć, co to znaczy, chcę mieć poczucie, że sama zarobiłam na cokolwiek.

Byłam zachwycona jej podejściem do życia, dumna, ale niepozbawiona wątpliwości.

- Czy jesteś pewna, że znajdziesz pracę? I co właściwie chcesz robić?

- Cokolwiek. Zmywać, sprzątać. A pracę znajdę.

- Jak chcesz ją znaleźć? Ludzie stale szukają pracy.

- Po prostu będę szukać - Hania założyła płaszcz i wyszła z domu. Bałam się, że jej entuzjazm wystawiony jest na ciężką próbę, ale kiedy wróciła do domu uśmiechnięta i rozpromieniona, wiedziałam, że wygrała. Rzeczywiście. Zaraz znalazła to, o co jej chodziło. Znana kawiarnia w centrum miasta szukała kelnerek, po krótkiej rozmowie z szefową córka od razu została przyjęta i zasypana górą komplementów. Następnego dnia wstała o szóstej rano i pojechała do pracy. Znając Hanię, nie miałam wątpliwości, że da sobie radę. I rzeczywiście. Błyskawicznie nauczyła się robienia wszystkich rodzajów koktajli, obsługiwania ekspresów, poznała obyczaje kawiarni, zaprzyjaźniła się z młodymi ludźmi, którzy - jak ona - odpracowywali swoje osiem godzin jak mrówki, śmigając od lady do kuchni albo zmywając naczynia. Przychodziła do domu blada, z podkrążonymi oczami, ale szczęśliwa. Zarabiała grosze, ale to były jej własne, ciężko zarobione pieniądze. Nie ukrywam, że poszłam do tej kawiarni podglądać moją córkę, jak milcząco uwija się z tacą, jak zmywa odwrócona plecami do gości, jak kilkoma ruchami wlewa do szklanek koktajle. Któregoś dnia weszłam tam po prostu zamówić kawę, ale Hani nie wolno było zamienić ze mną nawet dwóch słów.

Tak minęły dwa miesiące okupione nauką po nocy, wstawaniem o świcie, ale też spełnieniem jakiegoś pragnienia, co najwyraźniej jej służyło. Pewnego dnia przyszłam do domu i zobaczyłam córkę pozbawioną zwykłej radości życia. Wylali ją. A dlaczego? A dlatego. Młoda dziewczyna, menedżerka, powiedziała jej po prostu, że się nie nadaje. Powód? Nie ma konkretnego. Albo ktoś się nadaje, albo nie. To był okres próbny. Kiedy Hania wychodziła, koleżanka szepnęła jej na pocieszenie: "Nie jesteś pierwsza".

Na pewno nie jest pierwsza. Być może różni się od poprzednich tym, że utrata pracy nie jest dla niej materialną klęską. Bo tamci zapełniają oddział depresji i nerwic w szpitalu neurologicznym. I będą zapełniać. Bo na drzwiach tej kawiarni wciąż wisi kartka: "Przyjmiemy studentów do pracy"

  • 14 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów