Człowiek tego nie wymyślił, ani nie wyśnił, tylko zwyczajnie zaobserwował. Jasność powoli przechodziła w ciemność, a ciemność w jasność i trwało to pewien czas. Czas ten nazwał dniem. (Eskimosi mieli z tym pewne kłopoty, ale z braku miejsca musimy ich pominąć). Zauważył też, że księżyca ubywa i przybywa i też trwa to pewien czas. Nazwał to miesiącem. Zmieniała się także długość dnia i pogoda, a co ciekawe, okazało się, że ma to związek z położeniem słońca. Co jakiś czas podróżujące po niebie słońce znajdowało się na tle tej samej konfiguracji gwiazd - i to jest rok. Nie było nas, był dzień i miesiąc, i rok. Nikomu to nie przeszkadzało, a nawet cieszyło swoją nieodmienną powtarzalnością i pewnością. Z tej radości ludzie zaczęli oddawać się, również cyklicznie, czynnościom bez większego znaczenia praktycznego, ale przyjemnym i ekscytującym. Świętowali, na przykład wiosenną równonoc, gdy cykl zaczyna się od nowa, a równie cyklicznie pracująca przyroda odradza się. (Poza cyklami płodności ziemi istnieją też kobiece cykle płodności, choć te akurat związane są z księżycem). W każdym razie wszystko to zdaje się piękne i sensowne. Monotonny rytm powrotów uspokaja, a czas pędzący do przodu wcale nie jest potrzebny.
Cały ten cudowny porządek diabli wzięli, kiedy zaczęto wymyślać kalendarze. Próbowano uzgodnić dni z miesiącami i latami, czego zrobić się nie da, bo są to cykle od siebie niezależne. Kalendarze nie chciały pasować do rzeczywistości, wciąż trzeba było je sztukować, dodawać albo znienacka zabierać jakieś dni. Na przykład podczas ostatniej, greogoriańskiej reformy kalendarza trzeba było jednorazowo skrócić październik o dekadę. Ale w końcu udało się, prawie pasuje - trzeba tylko pamiętać o latach przestępnych oraz o tym, żeby raz na sto lat rok przestępny opuścić. Dni są dniami, a miesiące są bez związku. Wciąż jednak mówiąc o nowym roku kalendarzowym mamy na myśli coś, co jedynie nieudolnie naśladuje majestat naturalnego obrotu Ziemi wokół Słońca.
I skąd nam przyszło do głowy, że właśnie 1 stycznia jest początek? Oczywiście, skoro kręcimy się w kółko, możemy wybrać dowolny moment, ale czy początek wiosny, najbardziej tradycyjna pora na to święto, albo chociaż jesień (tak jak w judaizmie) nie jest lepsza? Niechby 21 grudnia - najkrótszy dzień na naszej półkuli. To 22 grudnia przybywa dnia na barani skok! Naturalna byłaby też noc świętojańska. 1 stycznia wziął się z reformy kalendarza Juliusza Cezara, który co prawda planował nowy rok na 25 marca, ale musiał ustąpić przed żądaniami senatu, który rozpoczynał obrady 1 stycznia. Tak więc datę tę narzuciła nam wredna, patriarchalna instytucja władzy, na dodatek ta sama, która później oddawała chrześcijan lwom na pożarcie.
Od tego też czasu zaczęło być coraz ważniejsze, który to jest rok. Wówczas liczono czas od założenia Rzymu, my liczymy od narodzin Chrystusa. Ale oczywiście też niedokładnie, bo w takim razie rok powinien zaczynać się 25 grudnia. Dionizjusz Exiguus, który wymyślił Anno Domini, czyli liczenie czasu od narodzin Chrystusa, proponował zresztą, żeby za początek przyjąć 25 marca, czyli poczęcie Chrystusa w łonie Matki. Ponieważ jednak 1 stycznia nie dało się odkręcić, Kościół najpierw zwalczał to święto jako pogańskie, potem lekceważył i dopiero od jakichś 400 lat dopuścił do uroczystego jego świętowania. Gdyby ktoś nie wiedział, choć w katolickim kraju to chyba niemożliwe, jest to święto obchodzone na pamiątkę obrzezania Chrystusa.
Cóż, obrzezanie - moment dobry jak każdy inny. Chociaż stworzenie Adama - od którego liczą swój czas Żydzi, wydaje się poważniejszym pretekstem. Od założenia Rzymu, od obrzezania, do hidżry (wygnania Mahometa) - od czegoś trzeba zacząć. Ale skoro wszystko tak naprawdę zaczęło się od obrotów ciał niebieskich, czy nie lepiej byłoby też zacząć od początku? Powiedzmy od uformowania się Słońca i z jego resztek Ziemi (jakieś 5 miliardów lat temu)? Albo - jeśli musimy już być tacy antropocentryczni - od narodzin naszej czarnej matki w Afryce (jakieś 150 tysięcy lat temu)? I gdyby tak powrócić do naturalnego momentu cyklu - wiosennej równonocy? Wtedy to święto miałoby jakiś naturalny wdzięk. Oczywiście, to propozycja dla niezrzeszonych w Kościele. Wierzący mogliby uwzględnić propozycję Dionizjusza, wtedy świętowano by tego samego dnia, tyle że jedni rok 150 001, drudzy 2001. Bo 1 stycznia jest zupełnie bez sensu.