Po co to pani?
Co?
Polityka.
To pytanie powinnam zadać sobie dawno temu. Nie jestem politykiem, tylko aktorką. Przez myśl mi nie przechodzi, żeby robić jakąś wielką karierę polityczną. Zdecydowałam się wystartować w wyborach do Rady Warszawy, bo chodzi mi o załatwianie konkretnych spraw. Dlaczego np. nie zawalczyć o tańsze bilety do kina w poniedziałki dla seniorów? Dlaczego nie znaleźć sponsorów dla warszawskich bibliotek? Należałam kiedyś do nieistniejącej już Unii Wolności. Po 10 kwietnia wstąpiliśmy z mężem do PO. Stwierdziliśmy, że nie wystarczy być tylko sympatykami. Zresztą całe moje życie, tak jak życie większości Polaków, związane jest jakoś z polityką. Czy pani wie, że moją babcię od strony mamy poznałam dopiero, gdy nadeszła odwilż, w 1956 roku? Miałam dziewięć lat i jako najmłodsze i najbardziej rozpieszczone dziecko w rodzinie poleciałam z mamą do Londynu, dokąd w czasie wojny uciekła moja babcia, ciotka i wuj. Mama bardzo denerwowała się tą podróżą, bo wydatki (wuj płacił za bilety, ale jednak), ten potwór samolot, no i bała się zostawić męża i dwóch synów. Jednak zaprzyjaźniony z naszą rodziną ksiądz Tworkowski powiedział jej: 'Moja córko, leć, a my tu w razie czego za szabelki weźmiemy i będziemy walczyć dalej'. Poleciałyśmy. Pamiętam jak przez mgłę - jestem jedynym dzieckiem na pokładzie, światła w Amsterdamie, gdzie miałyśmy przesiadkę, tak kolorowe jak w dziecięcym kalejdoskopie, tłum. W Londynie po raz pierwszy w życiu jadłam banana i byłam zła na mamę, że zamiast pomarańczy, której smak uwielbiałam, ale zawsze musiałam się nią dzielić z braćmi, dała mi mączne coś. Ten żal zapamiętam do końca życia, tak samo jak to, że na lotnisku stał wuj. Ze łzami w oczach i bukietem białych hortensji.
Ryszard Kiersnowski.
Mówiliśmy na niego Ryś. Był dziennikarzem, pisarzem, poetą. Ojciec jego i mojej mamy, mój dziadek Władysław Kiersnowski, pochodził z Aleksandrowa na Nowogródczyźnie, jego przodkowie od wieków mieli tam majątek. Na początku lat 90., kiedy już można było tam jeździć, wybrałam się na dawne Kresy z mamą w podróż sentymentalną. Odwiedziłyśmy m.in. Leśną, gdzie lata temu dojeżdżało się ciuchcią wąskotorową, a konduktor, wysiadając na stacji, powtarzał zawsze z akcentem jak Dudek Dziewoński: 'Pan naczelnik też człowiek, herbaty napić musi się...'. Z Leśnej do Aleksandrowa trzeba było wziąć powóz, by dojechać do dworu.
To pani jest naprawdę Marynią Połaniecką.
(śmiech) Trochę jestem 'subtelną panienką z dworku', jak to pisali krytycy filmowi. Chociaż nigdy w nim nie mieszkałam, a po domu moich dziadków zostały dziś tylko ruiny. Na grobie jednego z pradziadów w farze nowogródzkiej jest napis z 1632 roku: 'Jan Kiersnowski w tym miejscu leży pogrzebion, z dawnych sławnych przodków znacznie rodzony. Cnotą, dowcipem, sławą hojnie obdarzony, Królowi, Ojczyźnie dobrze zasłużony'. Mój dziadek Władysław był śpiewakiem mediolańskiej La Scali. Przystojny na zabój, rozrzutny, po powrocie z Włoch koncertował trochę w Warszawie i we Lwowie, ale zawsze za darmo. Wuj Ryś poszedł w jego artystyczne ślady - pisał, współpracował z Redutą. Gdy wybuchła wojna, wrócił do Wilna. Poszukiwany przez NKWD uciekł przez Władywostok i Japonię do Szkocji. Walczył w dywizji gen. Maczka, potem ściągnął do Londynu matkę i siostrę, a moja mama została, bo nie mógł jej znaleźć - wyszła za mąż i miała inne nazwisko. Wuj pracował w sekcji polskiej BBC. Jak do niego pojechałyśmy z mamą, to wszyscy mnie w tym Londynie nosili na rękach do tego stopnia, że po sześciu tygodniach wróciłam grubsza o sześć kilo!
Bracia zazdrościli?
A jakże, wołali na mnie 'Rebeka gruba jak beka'! Tłukliśmy się równo, ale też przez całe życie wspieraliśmy. Jacek, o trzy lata starszy, kiedy był w szkole podstawowej, jego klasa postanowiła spalić dziennik, bo nauczyciele byli okropni. Cała klasa poszła na wały kolejowe na Pradze, ułożyła stos z gazet, a na nim dziennik. Ktoś musiał podłożyć zapałkę. Mój brat wiedział, że jak się mówi 'A', to trzeba okazać się człowiekiem czynu i honoru i powiedzieć 'B'. I jak się to skończyło? Jedyną osobą, która wyleciała ze szkoły, był on. Jacek mieszka tu, w Warszawie. Tomek, o dwa lata starszy, nadrobił ten Londyn z nawiązką - mieszka tam do dziś i pracuje. Po raz pierwszy w życiu poczułam wściekłość, gdy w 1977 roku, jako dwudziestokilkuletnia kobieta, chciałam dać do gazety nekrolog, a cenzura mi go cofnęła. To był ludzki, zwyczajny bunt. Umarł mój ukochany wuj Ryś tam, na obczyźnie, a ja tu, w kraju, nawet nie mogę uczcić jego pamięci! Tak się zaczęło. Potem była 'Solidarność', knucie, aktorski bojkot mediów (głównie reżimowej TV), spotkania opozycji, wieczory poetyckie w kościołach, czasem też u nas w domu.
Bimber i kury w bagażnikach...
Indyki. Jeden z naszych znajomych postanowił rozkręcić prywatny interes w okolicy świąt Bożego Narodzenia. Nakupił indyków i zaczął je hodować gdzieś pod Małkinią. Indyki rosły, myśmy z przyjaciółmi składali zamówienia i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że właśnie w grudniu przyszedł stan wojenny i cały plan wziął w łeb. Telefony nie działają, spekulantów wsadzają, kontaktu z Małkinią nie ma i indyków też. Aż tu nagle przed świętami przyjeżdża żona naszego kumpla z bagażnikiem wypchanym ubitym ptactwem. Żeby je sprzedać i nie zostać na lodzie, zapakowała do samochodu wózek, pieluchy i malutkie dziecko i pod pretekstem zawiezienia go do szpitala przejechała bezkolizyjnie przez wszystkie posterunki ZOMO. Kilka dni nam zajęło, by zawiadomić przyjaciół, że - jak pisaliśmy im na kartkach zostawianych w drzwiach - 'przyjechała ciocia Zyta spod Małkini z noworodkami. Wyjątkowo dorodne. Wpadnij zobaczyć - Kasia ma 7 kilo, Franio 5,5'. No i to był nasz tajny sukces marketingowy, wszystkie indyki udało się sprzedać. A specjalistą od pędzenia bimbru był jeden z naszych przyjaciół - znany dziennikarz. Roznosił go potem wszystkim potrzebującym w bidonikach w krateczkę. Ludzie sobie pomagali. Co się z nami stało dziś? Dlaczego walczymy po obu stronach barykady, obrzucając się błotem? W życiu nie mieliśmy tak kwitnącego życia towarzyskiego jak w czasach opozycji.
I takiego stracha.
W stanie wojennym byłam ciągle w ciąży, jak nie z jedną córką, to z drugą. Druga ciąża była zagrożona. Lekarz mi kazał leżeć plackiem, a ja wędrowałam po Polsce z odczytami. Pewnego razu miałam się przemieścić z Sopotu do Tarnowa. Czułam się słabo, więc przyjaciele wymyślili, że pojadę sypialnym. W przedziale były dwa łóżka. Mój przesympatyczny współspacz, widząc kobietę w ciąży, odmówił wdrapania się na górną pryczę. Wlazłam tam jakoś, ale oka nie zmrużyłam. Potwornie zimno, a tu jakaś derka, pociąg telepie na wszystkie strony, ciągle trzeba siusiu. Resztę nocy przesiedziałam skulona w korytarzu, płacząc i modląc się, by nie stracić dziecka. Bałam się też o męża. Iwo razem z Jadwigą Skórzewską i Adamem Strzemboszem zakładał 'Solidarność' w Ministerstwie Sprawiedliwości. W pierwszy poniedziałek stanu wojennego wezwali go, by podpisał lojalkę. Kiedy nie chciał, mówili: 'A pana żona jest w ciąży, tak długo czekaliście na dziecko, a tu tyle wariatów na mieście. Podleci taki, kwasem solnym obleje. Nie boi się pan, że coś może się stać?'.
Opowiadał pani o tym?
Nie. Powiedział mi później.
Najlepsi mężowie są z Poznania?
Chyba tak. Chociaż my z Kongresówki mówimy 'spacyfikujemy ich, spacyfikujemy', dla mnie Poznań to inny świat. Większa odpowiedzialność, etos pracy, lepsza organizacja. Nie bez powodu 1956 był w Poznaniu, a jedyne wygrane polskie powstanie to powstanie wielkopolskie. Poczucie odpowiedzialności Poznaniaków wychodzi poza własną wycieraczkę przy drzwiach. Liczy się też klatka schodowa, podwórko, trawnik, sklep na rogu, szkoła. Potrafią dbać o swoją małą ojczyznę, no, może są trochę mniej spontaniczni.
Powiedział pani krótko, po żołniersku, jak Maszko z rodziny Połanieckich: 'Jestem człowiekiem, który panią kocha'?
Szczerze mówiąc, wszystko przez naszą zaprzyjaźnioną Kaszubkę, do której jeździliśmy oboje do Dębek. Matka swatka. Nie byliśmy już tacy młodzi. Ja panna z odzysku - pierwsze, młodzieńcze małżeństwo z Gabrielem Nehrebeckim rozpadło się. Iwo też nie należał do młodzieńców żyjących samotnie i z pewnością nie byłam pierwszą spotkaną przez niego kobietą. Wszystko potoczyło się szybko, bez zbędnych słów. Największego szoku doznał chyba Filip Bajon, gdy zobaczył nas razem w Łodzi, kiedy ja szykowałam się do wyjazdu do Wenecji, by kręcić sceny podróży poślubnej ze Stachem Połanieckim...
Źródło: Wysokie Obcasy