http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Grzeszki

Katarzyna Bosacka
2010-10-11, ostatnia aktualizacja 2010-10-11 14:53

ANNA NEHREBECKA
ANNA NEHREBECKA
Fot. Bartosz Bobkowski

Zapisuje pani mojego maila? Anna małpa Nehrebecka. Jak w życiu - rozmowa z aktorką Anną Nehrebecką

W 'Rodzinie Połanieckich' 
(1979 r.) zekranizowanej 
przez Jana Rybkowskiego zagrała Marynię
Fot. PAT
W 'Rodzinie Połanieckich' (1979 r.) zekranizowanej przez Jana Rybkowskiego...
ZOBACZ TAKŻE
Po co to pani?

Co?

Polityka.

To pytanie powinnam zadać sobie dawno temu. Nie jestem politykiem, tylko aktorką. Przez myśl mi nie przechodzi, żeby robić jakąś wielką karierę polityczną. Zdecydowałam się wystartować w wyborach do Rady Warszawy, bo chodzi mi o załatwianie konkretnych spraw. Dlaczego np. nie zawalczyć o tańsze bilety do kina w poniedziałki dla seniorów? Dlaczego nie znaleźć sponsorów dla warszawskich bibliotek? Należałam kiedyś do nieistniejącej już Unii Wolności. Po 10 kwietnia wstąpiliśmy z mężem do PO. Stwierdziliśmy, że nie wystarczy być tylko sympatykami. Zresztą całe moje życie, tak jak życie większości Polaków, związane jest jakoś z polityką. Czy pani wie, że moją babcię od strony mamy poznałam dopiero, gdy nadeszła odwilż, w 1956 roku? Miałam dziewięć lat i jako najmłodsze i najbardziej rozpieszczone dziecko w rodzinie poleciałam z mamą do Londynu, dokąd w czasie wojny uciekła moja babcia, ciotka i wuj. Mama bardzo denerwowała się tą podróżą, bo wydatki (wuj płacił za bilety, ale jednak), ten potwór samolot, no i bała się zostawić męża i dwóch synów. Jednak zaprzyjaźniony z naszą rodziną ksiądz Tworkowski powiedział jej: 'Moja córko, leć, a my tu w razie czego za szabelki weźmiemy i będziemy walczyć dalej'. Poleciałyśmy. Pamiętam jak przez mgłę - jestem jedynym dzieckiem na pokładzie, światła w Amsterdamie, gdzie miałyśmy przesiadkę, tak kolorowe jak w dziecięcym kalejdoskopie, tłum. W Londynie po raz pierwszy w życiu jadłam banana i byłam zła na mamę, że zamiast pomarańczy, której smak uwielbiałam, ale zawsze musiałam się nią dzielić z braćmi, dała mi mączne coś. Ten żal zapamiętam do końca życia, tak samo jak to, że na lotnisku stał wuj. Ze łzami w oczach i bukietem białych hortensji.

Ryszard Kiersnowski.

Mówiliśmy na niego Ryś. Był dziennikarzem, pisarzem, poetą. Ojciec jego i mojej mamy, mój dziadek Władysław Kiersnowski, pochodził z Aleksandrowa na Nowogródczyźnie, jego przodkowie od wieków mieli tam majątek. Na początku lat 90., kiedy już można było tam jeździć, wybrałam się na dawne Kresy z mamą w podróż sentymentalną. Odwiedziłyśmy m.in. Leśną, gdzie lata temu dojeżdżało się ciuchcią wąskotorową, a konduktor, wysiadając na stacji, powtarzał zawsze z akcentem jak Dudek Dziewoński: 'Pan naczelnik też człowiek, herbaty napić musi się...'. Z Leśnej do Aleksandrowa trzeba było wziąć powóz, by dojechać do dworu.

To pani jest naprawdę Marynią Połaniecką.

(śmiech) Trochę jestem 'subtelną panienką z dworku', jak to pisali krytycy filmowi. Chociaż nigdy w nim nie mieszkałam, a po domu moich dziadków zostały dziś tylko ruiny. Na grobie jednego z pradziadów w farze nowogródzkiej jest napis z 1632 roku: 'Jan Kiersnowski w tym miejscu leży pogrzebion, z dawnych sławnych przodków znacznie rodzony. Cnotą, dowcipem, sławą hojnie obdarzony, Królowi, Ojczyźnie dobrze zasłużony'. Mój dziadek Władysław był śpiewakiem mediolańskiej La Scali. Przystojny na zabój, rozrzutny, po powrocie z Włoch koncertował trochę w Warszawie i we Lwowie, ale zawsze za darmo. Wuj Ryś poszedł w jego artystyczne ślady - pisał, współpracował z Redutą. Gdy wybuchła wojna, wrócił do Wilna. Poszukiwany przez NKWD uciekł przez Władywostok i Japonię do Szkocji. Walczył w dywizji gen. Maczka, potem ściągnął do Londynu matkę i siostrę, a moja mama została, bo nie mógł jej znaleźć - wyszła za mąż i miała inne nazwisko. Wuj pracował w sekcji polskiej BBC. Jak do niego pojechałyśmy z mamą, to wszyscy mnie w tym Londynie nosili na rękach do tego stopnia, że po sześciu tygodniach wróciłam grubsza o sześć kilo!

Bracia zazdrościli?

A jakże, wołali na mnie 'Rebeka gruba jak beka'! Tłukliśmy się równo, ale też przez całe życie wspieraliśmy. Jacek, o trzy lata starszy, kiedy był w szkole podstawowej, jego klasa postanowiła spalić dziennik, bo nauczyciele byli okropni. Cała klasa poszła na wały kolejowe na Pradze, ułożyła stos z gazet, a na nim dziennik. Ktoś musiał podłożyć zapałkę. Mój brat wiedział, że jak się mówi 'A', to trzeba okazać się człowiekiem czynu i honoru i powiedzieć 'B'. I jak się to skończyło? Jedyną osobą, która wyleciała ze szkoły, był on. Jacek mieszka tu, w Warszawie. Tomek, o dwa lata starszy, nadrobił ten Londyn z nawiązką - mieszka tam do dziś i pracuje. Po raz pierwszy w życiu poczułam wściekłość, gdy w 1977 roku, jako dwudziestokilkuletnia kobieta, chciałam dać do gazety nekrolog, a cenzura mi go cofnęła. To był ludzki, zwyczajny bunt. Umarł mój ukochany wuj Ryś tam, na obczyźnie, a ja tu, w kraju, nawet nie mogę uczcić jego pamięci! Tak się zaczęło. Potem była 'Solidarność', knucie, aktorski bojkot mediów (głównie reżimowej TV), spotkania opozycji, wieczory poetyckie w kościołach, czasem też u nas w domu.

Bimber i kury w bagażnikach...

Indyki. Jeden z naszych znajomych postanowił rozkręcić prywatny interes w okolicy świąt Bożego Narodzenia. Nakupił indyków i zaczął je hodować gdzieś pod Małkinią. Indyki rosły, myśmy z przyjaciółmi składali zamówienia i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że właśnie w grudniu przyszedł stan wojenny i cały plan wziął w łeb. Telefony nie działają, spekulantów wsadzają, kontaktu z Małkinią nie ma i indyków też. Aż tu nagle przed świętami przyjeżdża żona naszego kumpla z bagażnikiem wypchanym ubitym ptactwem. Żeby je sprzedać i nie zostać na lodzie, zapakowała do samochodu wózek, pieluchy i malutkie dziecko i pod pretekstem zawiezienia go do szpitala przejechała bezkolizyjnie przez wszystkie posterunki ZOMO. Kilka dni nam zajęło, by zawiadomić przyjaciół, że - jak pisaliśmy im na kartkach zostawianych w drzwiach - 'przyjechała ciocia Zyta spod Małkini z noworodkami. Wyjątkowo dorodne. Wpadnij zobaczyć - Kasia ma 7 kilo, Franio 5,5'. No i to był nasz tajny sukces marketingowy, wszystkie indyki udało się sprzedać. A specjalistą od pędzenia bimbru był jeden z naszych przyjaciół - znany dziennikarz. Roznosił go potem wszystkim potrzebującym w bidonikach w krateczkę. Ludzie sobie pomagali. Co się z nami stało dziś? Dlaczego walczymy po obu stronach barykady, obrzucając się błotem? W życiu nie mieliśmy tak kwitnącego życia towarzyskiego jak w czasach opozycji.

I takiego stracha.

W stanie wojennym byłam ciągle w ciąży, jak nie z jedną córką, to z drugą. Druga ciąża była zagrożona. Lekarz mi kazał leżeć plackiem, a ja wędrowałam po Polsce z odczytami. Pewnego razu miałam się przemieścić z Sopotu do Tarnowa. Czułam się słabo, więc przyjaciele wymyślili, że pojadę sypialnym. W przedziale były dwa łóżka. Mój przesympatyczny współspacz, widząc kobietę w ciąży, odmówił wdrapania się na górną pryczę. Wlazłam tam jakoś, ale oka nie zmrużyłam. Potwornie zimno, a tu jakaś derka, pociąg telepie na wszystkie strony, ciągle trzeba siusiu. Resztę nocy przesiedziałam skulona w korytarzu, płacząc i modląc się, by nie stracić dziecka. Bałam się też o męża. Iwo razem z Jadwigą Skórzewską i Adamem Strzemboszem zakładał 'Solidarność' w Ministerstwie Sprawiedliwości. W pierwszy poniedziałek stanu wojennego wezwali go, by podpisał lojalkę. Kiedy nie chciał, mówili: 'A pana żona jest w ciąży, tak długo czekaliście na dziecko, a tu tyle wariatów na mieście. Podleci taki, kwasem solnym obleje. Nie boi się pan, że coś może się stać?'.

Opowiadał pani o tym?

Nie. Powiedział mi później.

Najlepsi mężowie są z Poznania?

Chyba tak. Chociaż my z Kongresówki mówimy 'spacyfikujemy ich, spacyfikujemy', dla mnie Poznań to inny świat. Większa odpowiedzialność, etos pracy, lepsza organizacja. Nie bez powodu 1956 był w Poznaniu, a jedyne wygrane polskie powstanie to powstanie wielkopolskie. Poczucie odpowiedzialności Poznaniaków wychodzi poza własną wycieraczkę przy drzwiach. Liczy się też klatka schodowa, podwórko, trawnik, sklep na rogu, szkoła. Potrafią dbać o swoją małą ojczyznę, no, może są trochę mniej spontaniczni.

Powiedział pani krótko, po żołniersku, jak Maszko z rodziny Połanieckich: 'Jestem człowiekiem, który panią kocha'?

Szczerze mówiąc, wszystko przez naszą zaprzyjaźnioną Kaszubkę, do której jeździliśmy oboje do Dębek. Matka swatka. Nie byliśmy już tacy młodzi. Ja panna z odzysku - pierwsze, młodzieńcze małżeństwo z Gabrielem Nehrebeckim rozpadło się. Iwo też nie należał do młodzieńców żyjących samotnie i z pewnością nie byłam pierwszą spotkaną przez niego kobietą. Wszystko potoczyło się szybko, bez zbędnych słów. Największego szoku doznał chyba Filip Bajon, gdy zobaczył nas razem w Łodzi, kiedy ja szykowałam się do wyjazdu do Wenecji, by kręcić sceny podróży poślubnej ze Stachem Połanieckim...

Źródło: Wysokie Obcasy
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    43 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':