Na początku lat 70. po romanistyce, zamiast wylądować jako pani od francuskiego, udało mi się załapać w ekskluzywnym jak na owe czasy hotelu Merkury w Poznaniu. Na pierwszym piętrze miał tam biuro rezydent milicji, a może służb specjalnych. Wiadomo było, że dla gości nie z KDL-ów są specjalne pokoje z telefonami na podsłuchu i nie wolno było zakwaterować Niemca z RFN czy np. Holendra w pokoju normalnym. Wiadomo było, że 'nasze' prostytutki meldowały się u gliny ze sprawozdaniem z działalności szpiegowskiej i że kierownik recepcji odbywał długie konferencje z tym człowiekiem.
W listopadzie '73 poznałam bardzo sympatycznego Francuza, przyjechał do Polski budować Novotele. Mieszkał w hotelu już od dwóch miesięcy, rozmawialiśmy 'przez ladę', aż w końcu zaproponował mi spotkanie na mieście. Wytłumaczyłam mu, że pracownikom wszelki kontakt pozasłużbowy z gośćmi jest surowo wzbroniony. No to się młody człowiek wyprowadził i mogłam spokojnie - tak mi się wydawało - chodzić na randki. Większość spotkań odbywała się u nas w domu. Mama mówiła świetnie po francusku, a tato mówił do Guy po polsku. Niech się uczy.
W kwietniu zaczęliśmy robić wspólne plany na przyszłość. W maju pojechaliśmy na parę dni do Warszawy, mieszkaliśmy w Grand Hotelu. Trochę zwiedzania, wizyty u rodziny, impreza u kuzynki. Miło i wesoło. Pierwszy dzień po powrocie do pracy już nie był ani miły, ani wesoły. Zostałam wezwana do pokoju milicyjnego i tam przedstawiono mi (z obleśnym uśmiechem) sprawozdanie z mojego pobytu w stolicy: 'W tym hotelu, w tym pokoju, w tej restauracji, z tymi osobami, o tej godzinie...'. Z FRANCUZEM! No więc mam do wyboru: albo wylatuję z hotelu z tzw. wilczym biletem, a rodziców czekają najgorsze nieprzyjemności w pracy, a może ją stracą. Albo będę przedstawiać panu milicjantowi raporty o obywatelu francuskim: czym się interesuje, co fotografuje, dokąd chce jeździć, z kim się spotyka... No właśnie, i tu powinnam trzasnąć drzwiami, okazać pogardę, odwagę. A ja zaczynam tłumaczyć tajniakowi, że z tym Francuzem to my myślimy o ślubie, zupełnie jak gdyby facet zarzucał mi wspólne noce w Grandzie, a nie werbował do współpracy. Traktował mnie jak jeszcze jedną prostytutkę - śpisz z takim zza żelaznej kurtyny, to musisz donosić.
Nie pamiętam już teraz, czy coś podpisywałam, czy nie, ale pewnie tak. Do domu wróciłam zdruzgotana. Mimo nakazu o 'niepuszczaniu pary z gęby' z płaczem opowiedziałam rodzicom o moim nieszczęściu. - Dziecko - powiedziała mama - a czym ty się martwisz? Chce milicja raportów, to im napiszemy. Że obywatel francuski interesuje się przede wszystkim polską kuchnią, notuje niektóre przepisy, np. na bigos, flaki, kurczęta wg przepisu babci Stasi. Opisałyśmy te wszystkie receptury, dokładnie krok po kroku: 'Flaki umyć, wyskrobać wszelkie nieczystości...'. Chciałyśmy dołączyć parę zdjęć z obiadów i kolacji - cudzoziemiec fotografuje głównie przyszłą rodzinę - ale tato powiedział, żeby nie przesadzić. Tydzień później zaniosłam pierwszy i, niestety, ostatni raport. 'Niestety', bo mama przygotowała parę innych przepisów, tudzież ciekawe historie rodzinne, które opowiadali z ojcem przyszłemu zięciowi. Nigdy już mój oprawca o nic mnie nie zapytał. 'Dzień dobry' też nie mówił.
Piszę o tym, bo czytając w prasie o coraz to nowych odkryciach 'tajnych współpracowników', myślę, ilu jest takich jak ja. Oskarżonych, osądzonych i skazanych na podstawie podpisu w chwili słabości. Mnie tam wszystko jedno, osobą publiczną nie byłam, przez 35 lat podróżowałam z moim Francuzem, budując Novotele, mieszkałam w krajach, o których tak pięknie pisał pan Kapuściński (jeszcze jeden 'donosiciel'). Ale wszystko się we mnie gotuje, gdy widzę, jak niektórzy potępieni, wydani na żer sprawiedliwych od siedmiu boleści się tłumaczą i udowadniają, że nie są wielbłądami. Szkoda, że nie przyznaliśmy się do różnych podpisów kilkanaście lat temu: 'Błąd (grzech) wyznany - w połowie wybaczony' (La faute avouée - a` moitié pardonnée).
Źródło: Wysokie Obcasy