Ważne jest, żeby mieć swoje życie: przyjaciół, pracę, czas dla siebie. Ma to sens ze względu na nas samych, ale także na osobę chorą
Jeszcze nie ma pełnej diagnozy, ale podejrzewamy, że bliski choruje na depresję. Jakie uczucia mogą się w nas pojawić?
To zależy od kilku czynników. Od tego, w jakiej sami jesteśmy kondycji psychicznej, ile wiemy na temat tej choroby, jak odczytujemy to, co się dzieje z naszym bliskim. Pierwszy może pojawić się niepokój, zwłaszcza wtedy, kiedy zauważymy zmiany. Nasz mąż, ojciec, mama, dziecko stają się inni, niż do tej pory ich znaliśmy. Smutni, apatyczni, zniechęceni do życia, do wykonywania codziennych czynności. Jeśli nie wiemy, czym objawia się depresja, obniżony nastrój możemy odczytywać jako lenistwo i wtedy pojawia się złość. W takich chwilach jesteśmy skłonni mówić: 'Człowieku, wstań z tego łóżka i weź się w garść!'. Denerwujemy się, kiedy tak się nie dzieje. Jeśli boimy się, że nie poradzimy sobie z nową, trudną sytuacją, to możemy bagatelizować te pierwsze symptomy. Nie zauważyć zmian w zachowaniu. 'Zamrażamy' wtedy uczucia, bo jesteśmy sparaliżowani strachem - że będziemy musieli zaopiekować się tą osobą, że ten nastrój nie minie. Jest to szczególnie trudne, jeśli zachoruje ktoś, kto do tej pory był tzw. głową rodziny. Zwykle zaczynamy się też po prostu martwić.
Co dalej?
Często próbujemy 'leczyć' na własną rękę - rozweselić, zwrócić uwagę na dobre strony życia, pocieszać. Mówimy: 'Jesteś przecież zdolny, to ci się udało i tamto'. 'Przed tobą jeszcze tyle fajnych rzeczy do zrobienia'. 'Nie przejmuj się, jutro będzie lepiej' itd.
To pomaga?
Jeśli to depresja, a nie kilkudniowa chandra, to oczywiście - nie. Na tym ta choroba polega. Człowiek z depresją myśli o sobie, o innych, o świecie w sposób bardzo negatywny. To, co nie wpisuje się w ten sposób myślenia - odrzuca jako coś nieistotnego, nieprawdziwego. Zauważa tylko to, co pasuje do 'negatywistycznego' stylu myślenia, czyli to, co potwierdza jego beznadziejność, brak sensu we wszystkim, co robi. Jeśli tego nie wiemy, możemy poczuć się odrzuceni. Świadomość, że to jest część tej choroby, pozwala jakoś to uczucie przeżyć i w pewnym sensie uspokaja.
Czy to znaczy, że w ogóle nie warto przekonywać chorego na depresję do tego, że życie jednak jest coś warte?
Tu jest paradoks. Mimo że może nam się wydawać, że nasze słowa nie trafiają do osoby chorej, są jednak ważne. Namawiałabym do tego, żeby nie rezygnować z mówienia o dobrych stronach bliskiej nam osoby, jeśli rzeczywiście w danej sytuacji mamy ochotę jej o tym powiedzieć. Na początku chory będzie odrzucał te komunikaty, ale jest szansa, że kiedy podejmie leczenie, po pewnym czasie będą one do niego stopniowo docierały. I pomogą mu powoli budować swoją samoocenę i ocenę rzeczywistości.
Czy są jakieś zachowania, których powinniśmy unikać, bo mogą zatrzymać proces zdrowienia albo wręcz szkodzić?
Badania mówią o tym, że odrzucenie osoby chorej albo nadopiekuńczość mogą przedłużać depresję.
Na czym polega odrzucenie?
To może być dosłownie opuszczenie. Zapewne skłonne do takiej reakcji będą osoby, które bagatelizują chorobę i postrzegają ją jako przejściowy... kaprys, jakąś ułomność charakteru. 'Jesteś smutny, nie chce ci się zmienić, to ja odchodzę'. Ale to mogą też być wielokrotnie powtarzane komunikaty typu: 'Mam już ciebie dosyć', 'Wkurzasz mnie'. Jest oczywiste, że w stosunku do osoby chorej może się pojawić i złość, i żal, i bezsilność. Ale tutaj szczególnie warto uważać na to, jak te uczucia komunikujemy. Takie bezpośrednie wyrzucanie złości tylko wzmaga poczucie winy u chorych na depresję, może pogorszyć ich samopoczucie. A przecież można powiedzieć inaczej: 'Słuchaj, dzisiaj zostanie w domu z tobą twoja mama albo przyjaciel, a ja wyjdę, bo muszę się trochę rozluźnić'. Brzmi to już zupełnie inaczej.
Co oznacza 'nadopiekuńczość' w kontekście depresji?
Chodzi o to, żeby rozważnie tej pomocy udzielać. Być blisko, wspierać, ale jednocześnie dawać przestrzeń do działania osobie chorej. Jeśli jest to głęboki epizod depresji i chory ledwo wstaje z łóżka, to jest jasne, że nie możemy wymagać od niego, że nagle wstanie, posprząta pokój i ugotuje, ale można spróbować zaprowadzić go do łazienki, żeby chociaż samodzielnie umył sobie twarz albo zęby. To już jest jakiś postęp. Jeśli poczuje się lepiej, można powoli powierzać mu proste domowe obowiązki i czynności. Przejęcie wszelkiej aktywności za osobę chorą sprawi, że choroba będzie trwała dłużej. To jest też niedobre dla osoby, która się opiekuje chorym - bo zabiera jej całą energię. Całe skoncentrowanie swojej uwagi na chorym bliskim może też szkodzić pozostałym członkom rodziny.
Szkodzić?
Tak, bo będą czuć się odrzuceni, nieważni, niepotrzebni.
Skąd brać energię do tej opieki?
Najlepiej by było, gdyby chorą osobą nie zajmował się tylko jeden członek rodziny. To musi być kilka osób, żeby mogły się wymieniać i wzajemnie się wspierać. Ważne jest, żeby mieć swoje życie: przyjaciół, pracę, swoje sprawy, czas dla siebie. To pozwala przenieść uwagę gdzie indziej i zregenerować siły. Ma to sens ze względu na nas samych, ale także na osobę chorą. Przy takim sposobie funkcjonowania jesteśmy w stanie jej pomagać.
Źródło: Wysokie Obcasy