Polacy!
Dlaczego celebrując wojenne podboje jesteśmy skłonni wytoczyć na ulice miast cały arsenał Wojska Poskiego, a lekceważymy święto miłości? Dlaczego nasz słynny paradygmat romantyczny objawia się tylko w celebrowaniu wojennych cierpień a nie miłosnych uniesień?
Oto przykłady tego jak potrafimy się zmobilizować w kwestiach dla nas istotnych: Święto Armii, zwane także Świętem Wojska, 15 sierpnia. Na stołeczne ulice wytoczono kawalerię pancerną w czołgach Twardym i Leopold, samobieżne armatohaubice Dana, wyrzutnie rakiet Osa i transportery Rosomak; 21 września 2008r. to z kolei Parada Historyczno-Militarna Państwa Polskiego, przemarsz wojsk w strojach historycznych a także parada dziecięca w kostiumach militarnych; 11 listopada, w 90lecie Święta Niepodległości sztuczny Józef Piłsudski poprowadził barwną defiladę militarną, a zgromadzeni mogli podziwiać myśliwiec MIG-20.
Pytam więc - dlaczego 14 lutego na ulicach widać jedynie pojedynczych, lekko zażenowanych panów biegnących do swych lubych z pojedynczą różyczką? Dlaczego nie potrafimy wytoczyć równie wielkiego arsenału miłosnego? Przecież statystyki mówią jasno: prawie wszyscy ludzie na świecie zapytani, co jest najważniejsze w życiu odpowiadają: miłość.
Lekceważenie świętowania tego uczucia, zwłaszcza w czasach kryzysu jest co najmniej lekkomyślne. Jest ono bowiem wspaniałym motorem konsumpcji materialnej (zobaczcie sesję mody w Wysokich Obcasach o ubraniach, jakie zakochani dają sobie z miłości
zakochani dają sobie z miłości ). Brak miłości cielesnej pobudza do sublimacji a tym samym twórczości artystycznej - ile piosenek, obrazów, książek nie powstałoby gdyby artyści nieszczęśliwie się nie zakochali? A miłosna rozłąka - dzisiejsze rozłąki spowodowane imigracją, być może zaowocują korespondencją na miarę Abelarda i Heloizy.
Jako aktywistka miłości, uważam, że 14 lutego powinien być wolny od pracy - by wszyscy, którzy już odnaleźli swoja miłość mogli jej się swobodnie oddać (wzbogacając ars amadni uprzednim przeczytaniem
bezwstydnego wywiadu z dr. Alicją Długołęcką na temat tajników seksu oralnego w dzisiejszych "Wysokich Obcasach"), a ci co jeszcze jej nie odnaleźli, mogli śmiało wyruszyć na jej poszukiwanie (na przykład biorąc udział w półtoraminutowych randkach, które 14 lutego organizuje Nowy Teatr Krzystofa Warlikowskiego w Warszawie, a których skuteczność zachwala w "Obcasach" Wojciech Orliński). Być może też, korzystnie dla ekonomii byłoby gdyby święto było częściej, nie tylko raz w roku.
Jest w narodzie grupa ludzi chcących kontestować różne święta - a to krzywią się na święto miłości, a to na święto kobiet. A ja uważam, że dopóki nie uzyskamy w obu dziedzinach odpowiednich swobód, dopóty należy świętować!
Ósmego marca tysiące ludzi wyjdą na ulice protestować przeciw takim pomysłom, jak ustawy posła Gowina. Czy w dziedzinie miłości jesteśmy już naprawdę wolni? Wierzę, że rewolucja obyczajowa przed nami. Może więc zamiast biegać po ulicach z pojedynczymi różami, powinniśmy się zmobilizować i zrobić prawdziwą paradę miłości?
Moje hasła na
Walentynki: Make love not war! (oczywiście) Więcej swobód w miłości! Nie ma miłości, bez wolności. Mniej wstydu, więcej miłości! Aktywiści miłości łączcie się! A Wasze?