'Jasio dotknął jej twarzy, wtopił dłoń w gęste włosy. Poczuła przyjemność od czubka włosów, zaczęła się łasić, odważyła się dotknąć jego gołego ramienia, a gdy spostrzegła, że ogląda jej ciało, przymknęła mu źrenice i przygarnęła ku sobie. Jasio zachichotał jak szczeniak przy psocie i zaczął dotykać ustami jej ciała, miejsce w miejsce, tak długo, aż pokryło się gęsią skórką'. Tak odważnej sceny miłosnej nie ma w polskim kinie. Ba! Nawet trudno o podobną w kinie światowym! - zachwyca się Zygmunt Kałużyński. Jest 1972 rok. Na plakatach reklamujących 'Perłę w koronie' Kazimierza Kutza aktor Olgierd Łukaszewicz przytula nieznaną nikomu dziewczynę i hasło: 'Najpiękniejsza miłość w polskim kinie'.
Rzecz dzieje się na Górnym Śląsku w latach 30. Górnik Jasio pieści swoją żonę Wichtę. Wbrew temu, o czym pisze Kałużyński, w filmie jest niewiele więcej niż w scenariuszu: widać głównie oczy mężczyzny wyłaniającego się znad brzegów łóżka i krągłe kształty kobiety. Bardziej można się domyślić, gdzie Jasio całuje swoją Wichtę, niż to zobaczyć.
To jednak wystarczy, by scenę uznać za gorszącą. W kinach 'Perłę w koronie' pokazywano w całości, ale w telewizji peerelowska cenzura wycinała scenę miłości.
W zeszłym roku chlasnęli ją redaktorzy telewizji Puls (jej większościowym udziałowcem są ojcowie franciszkanie). Prezes stacji tłumaczył, że zrobiono to w 'trosce o widza'. Scena miała być zbyt bezwstydna, by oglądały ją dzieci. - Trudno sobie wyobrazić, żeby w stacji promującej wartości chrześcijańskie emitowano filmy ze scenami erotycznymi - stwierdził.
Kutz się zdenerwował ('Barbarzyństwo' - komentował), a Olgierda Łukaszewicza ta informacja rozbawiła. Tylko Łucji Kowolik grającej Wichtę nikt nie zapytał o opinię. Bo nikt nie wie, gdzie zniknęła. Po ponad 30 latach, które minęły od premiery 'Perły...', mężczyźni - prof. Leszek Balcerowicz, premier Leszek Miller, poeta Marcin Świetlicki - zaczepiają Kutza: - Co z tą dziewczyną z 'Perły...'? - Uciekła - nieodmiennie odpowiada Kutz.
W męskim raju żona myje nogi Film o strajku w kopalni zaczyna się jak sielankowa ballada o górniczej osadzie. Tak jak Kutz pamięta Śląsk z dzieciństwa. Wszystko tu ma swoje miejsce: ciężko pracujący mężczyźni, czekające na nich kobiety, starzyki kurzący fajki i wygrzewający się na ławkach przed domkami, dzieci biegające 'za sflaczałą skórą', nawet bezrobotni. Mieszkańcy są pracowici, przywiązani do tradycji. Najważniejsze są dla nich dom i rodzina - przykładem tych wartości ma być familia Jasia i jego żony Wichty.
W domu panuje patriarchalna harmonia. Żona czeka na męża z parującym obiadem, a gdy ten wraca z kopalni, klęcząc, myje mu nogi. Synowie wycierają stopy ojca ręcznikami i pożądliwie patrzą w talerz, gdzie leży kawałek mielonego mięsa - tylko dla ojca, bo tylko jemu się należy, bo on pracuje. Jeden z synów, Jorguś, korzystając z jego nieuwagi, porywa mięso i kryje w rączce za plecami. Ojciec się lituje i dzieli karbinadel na trzy części, tak by starczyło również dla chłopców. Żona nie dostaje - zauważą po latach feministki. I będą miały rację, w śląskiej rzeczywistości lat 30. głową domu jest mężczyzna, to on dyktuje warunki
gry. Przynosi pieniądze, wymaga posłuszeństwa.
Wichta jest skromna, piękna i zwykle posłuszna, choć bywa niepokorna - gdy mąż odzywa się po dłuższym milczeniu, zwraca mu uwagę: 'No, nareszcie żeś coś pedzioł, jużech myślała, że ci na grubie gemba zasypało'. Kutz mówił: 'Być może obraz miłości wyda się niektórym widzom przesadny, wyolbrzymiony. Odwołuję się tu jednak do codziennej tradycji. Praca w kopalni czy hucie niosła nieustanne zagrożenie, a wiadomo, że zagrożenie ogromnie integruje rodzinę. To wszystko wytworzyło ów specyficzny kult ojca. Funkcją matki było utrzymywanie tego kultu wobec dzieci. Stąd te niemal obrzędowe czynności przy powrocie ojca z pracy, owo mycie nóg, przygotowywanie posiłku, wyczekiwanie przed bramą kopalni. Pokazałem to wszystko, bo to prawda, ale także - chyba spełnienie dość powszechnej tęsknoty'. Tęsknoty za taką żoną jak Wichta. Blondynka z długimi włosami ma piękne oczy, wąską talię, wydęte usta. Gdy myła stopy męża, patrząc mu miłośnie w oczy, mężczyźni szaleli. Łucja-Wichta była spełnieniem ich marzeń o idealnej żonie i matce. Takiej, która czeka z obiadem na męża wracającego z pracy, posprząta, opierze, a w łóżku jest zawsze chętna i ciepła. 'Czyżby to był małżeński raj?' - pytał krytyk filmowy 'Gazety' Jacek Szczerba.
Na śląskich drożdżach Kutz: - Chciałem Wichty wyhodowanej na śląskich drożdżach, naturalnej. Dlatego nie organizuje klasycznego castingu, tylko rozsyła wici po Katowicach, że szuka dziewczyny do filmu. Chętnych jest wiele - Kutz, reżyser 'Soli ziemi czarnej', chodzi po Śląsku w aureoli gwiazdy. Lusię przyprowadziła recepcjonistka hotelu, w którym mieszkał asystent Kutza. - To moja sąsiadka, zobaczcie, jaka śliczna. Siedzi w domu z dzieckiem, sprząta i gotuje mężowi obiadki. Szkoda jej - powiedziała Kutzowi. (Reżyser przyzna po latach: - To był wzruszający przykład kobiecej solidarności). Przyszła z bratem, wysportowanym, wysokim mężczyzną. Ponoć podnosił ciężary. Miał ją chronić. - Była zjawiskowa - pamięta Kutz. - Dobrze ubrana, w zamszową tunikę, modną, indiańską, z frędzlami, jakby prosto z włoskiego sklepu. Wyróżniała się. Ciuchy były rzeczywiście z włoskiego sklepu. Przysyłała je Łucji ciotka - Włoszka. Brat miał na imię Mario i wyglądał jak rasowy Włoch spod Bolonii, a młodsza siostra - Lorena.
Łucja nie była wyhodowana na śląskich, tylko włoskich drożdżach. Jej ojciec Aleksander Dubiniecki, rodem z Wilna, zawędrował z armią Andersa pod Monte Cassino. Był kanonierem w 3. Karpackim Pułku Artylerii Lekkiej w składzie 3. Dywizji Strzelców Karpackich. Tam znalazł miłość. Ukochana miała na imię Gina. To po niej Łucja odziedziczyła wąską talię i piękne oczy. Koledzy z pułku mówili: zostańcie we Włoszech, w Polsce szaleją komuniści. Jeszcze chwila, a Amerykanie wypowiedzą wojnę Rosji, wybuchnie trzecia wojna i Polska będzie wyzwolona. Poczekajcie. Ale Dubiniecki nie czeka. Na Śląsku, dokąd jedzie z żoną prosto z Włoch, dostaje dwupokojowe mieszkanie w przedwojennej kamienicy. Mogli trafić gorzej: w Panewnikach pod Katowicami nie ma hałd, a wokół neoromańskiej bazyliki franciszkanów rosną dęby i topole.
O Dubinieckich ludzie mówią: ci Włosi. Choć serdeczni, trochę obcy. Malowane ptaki.
Do Lusi, harcerki, 'naszej małej piękności', wzdychają chłopcy. Ona wodzi wzrokiem za swoim drużynowym Olkiem - synem miejscowego lekarza, jak ona trochę obcym na Śląsku. Rodzina Łukaszewiczów pochodzi z Kresów, Olek uczy się gwary od piastunki Ślązaczki. Ale on nie zwraca uwagi na dziewczęta - jest na to zbyt nieśmiały, zresztą nie w głowie mu takie bzdury.