Maj: miesiąc wszelkich uroczystości. Od pierwszomajowych niegdyś komunistycznych do pierwszych komunii katolickich...
Zdjęcia ze spotkań rodzinnych po uroczystości kościelnej. Przypominają się wszystkie złośliwości na temat świeckich finałów różnych sakramentów: chrzcin, wesel, także właśnie przyjęć pokomunijnych, wciąż nieobywających się bez wódki. Pokazy toalet dziewczęcych, prezenty, prezenty, prezenty. Równie kosztowne, jak kwestionujące religijny charakter uroczystości: osławiona reklama "komórka na komunię". Starania Kościoła, by było inaczej, rygory antyalkoholowe, wprowadzanie jednolitych strojów "pierwszokomunistów". Walka z obyczajem, trudna, bo "co kraj, to obyczaj", czyli jego związek wręcz z charakterem narodowym.
A przecież religia nie może abstrahować od kultury, otoczka świeckiego obyczaju jest nieunikniona. Pewnie, że mamy problem z jego jakością, ale gdy przyglądam się tym zdjęciom, myślę sobie o owych przyjęciach rodzinnych znacznie cieplej. Przecież "komunia" to po łacinie wspólnota; tak, także zupełnie świecka, ludzka, zwyczajna. Słowo " uczta" ma z kolei źródłosłów wspólny z czasownikiem "uczcić": czy to źle, że czcimy spotkania rodzinne, czcimy ludzi, którzy na nie przyjeżdżają nieraz z daleka, że wzmacniamy więzi osłabiane powszednim zabieganiem; jeśli nie czymś gorszym: jeśli nie wzajemnym nielubieniem się osób sobie tak bliskich, że aż dalekich...
Zakończę bardzo teologicznie, ale może nie całkiem banalnie: Chrystus jest w kościelnych obrzędach, ale też potem w domach. Jeśli tylko pomagamy Mu tworzyć komunię.