http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mamuśki w pracy

Małgorzata Kolińska-Dąbrowska
2011-11-24, ostatnia aktualizacja 2011-11-23 12:40

Wrogiem matek są same matki. To przez matki cwaniaczki te z nas, które chcą poważnie traktować swoją pracę i jednocześnie realizować się w roli matki, stają się, za przeproszeniem, towarem wysokiego ryzyka na rynku pracy - rozmowa z Dorotą Merecz-Kot, psycholożką z Instytutu Medycyny Pracy

Mamuśki
Rys. Marek Sobczyk
Mamuśki
Opinia z forum internetowego: 'Wkurzają mnie matki w pracy. Nic na to nie poradzę, nie pomogą też światłe akcje społeczne w stylu » mamy w pracy mogą więcej «(swoją drogą to dyskryminacja niematek!). Pracuję z Matką Polką - ledwo wróciła z urlopu macierzyńskiego połączonego ze zwolnieniami lekarskimi raz na siebie, raz na dziecko, po miesiącu pracy okazało się, że jest w kolejnej ciąży - więc się zaczęło: z 20 godzin tygodniowo (pracuje na pół etatu) przepracowuje może z 12. A to idzie do lekarza i trzeba ją zwalniać, a to się źle czuje, a to któreś z dzieci choruje, a to szkoła rodzenia, a to kurs świadomego macierzyństwa... Wkurza mnie ta laska, bo przez jej instynkt macierzyńsko-prokreacyjny muszę pracować na dobrą sprawę na dwa etaty. Kolejna kwestia to matki cierpiętnice, chorujące na milion chorób po porodzie - w sumie takich matek mamy siedem (w biurze pracuje 27 osób) - po roku od urodzenia dziecka bujają się na zwolnieniach lekarskich; zwolnienia przerywają kilkudniowymi urlopami i dalej zwolnienie... Potem przychodzą takie wystrojone księżniczki ze zwolnieniami i śmieją się wszystkim w twarz, jakie to one są biedne, schorowane. Kwestia trzecia - te mamuśki, które postanowiły wrócić do pracy. Przez większą część dnia wiszą na telefonie, dyskutując o dzieciach, pieluszkach, kupkach. Czy hormony ciążowe zamieniają szare komórki w masę gąbczastą? Pewnie mnie zjecie, ale dość mam tyrania za kogoś i płacenia składek na ZUS i NFZ dla takich cwaniaczek. Marta'.

Rzeczywiście w polskich firmach mamy do czynienia z 'terrorem młodych matek'?

Marta mówi tylko o fragmencie rzeczywistości, i to o tym najbardziej skrajnym. Część opisanych sytuacji to skutek niekorzystnych zbiegów okoliczności. Jakich? Przedłużająca się choroba dziecka, w czasie gdy w firmie następuje jakieś spiętrzenie prac. Część, nazwijmy to wprost, cwaniactwa niektórych matek, które z posiadania potomstwa uczyniły sobie wymówkę zwalniającą je z zaangażowania w pracę. Są przecież i takie kobiety, które nie traktują posiadania dziecka jako stanu wyjątkowego, nie zasłaniają się sztandarem macierzyństwa i starają się mimo przeciwności być fair i wobec pracodawcy, i współpracowników. Dla mnie niechęć i sprzeciw współpracowników są raczej pochodną roszczeniowości niektórych matek, a nie braku empatii dla sytuacji kobiety godzącej obowiązki zawodowe z wychowawczymi.

Naprawdę 'mamy mogą więcej w pracy'? Nie mówię o przepisach kodeksu pracy.

W sensie kulturowym tak. Mamy wpisany w zbiorową świadomość nakaz ochrony słabych i niewinnych. Matka z dzieckiem, kobieta w ciąży jest jego ikoną. Jak w ludowym powiedzeniu, że kobiecie w ciąży się nie odmawia, bo to sprowadza nieszczęście. Stąd tendencja do postrzegania macierzyństwa jako stanu, w którym kobiecie należy się troska i zrozumienie dla jej potrzeb. Ten nakaz ma za zadanie spajać społeczność i gwarantować jej przetrwanie. I czy tego chcemy, czy nie, przenosi się w pewnym zakresie na sytuację w pracy.

I to z tego powodu współpracownicy mają się dawać wykorzystywać?

Nie. Reguła ta działa bez zarzutu jedynie wtedy, gdy strona udzielająca pomocy nie ma poczucia bycia wykorzystywaną. Jeśli okazuje się, że fakt bycia matką jest narzędziem manipulacji, wtedy ludzie czują się oszukani. I w tym sensie jedna matka manipulantka robi więcej szkody innym matkom niż dziesięć wrogo nastawionych do rodzicielstwa osób. Poczucie bycia wykorzystanym, oszukanym głęboko zapada nam w pamięć. Nie chcemy, by się to powtórzyło, i każdą następną pracującą matkę oceniamy z perspektywy wcześniejszego doświadczenia. Tak powstaje zła opinia o młodych matkach w pracy.

Ale dlaczego część matek Polek uważa, że z powodu ciąży lub wychowywania dzieci coś im się w ogóle należy?

To złożony, wielowarstwowy problem. Po pierwsze, jego jądro stanowią biologia przetrwania gatunku i kultura. Wokół niego pojawiają się kolejne warstwy, np. stosunek lekarzy do ciąży i porodu. Ciąża i poród uznawane są za stany wyjątkowe, a nie naturalne procesy organizmu. Lekarze lekką ręką rozdają zwolnienia, tak na wszelki wypadek, a nie tylko ze wskazań medycznych. Ponadto w dzisiejszych czasach macierzyństwo przestało być sprawą wyłącznie osobistą, a stało się zadaniem społecznym - jeśli nie zapewnimy wymiany pokoleniowej, to wszyscy skończymy marnie z groszową emeryturą. Stąd niedaleko do popularnego w niektórych kręgach żądania: my wam dzieci - wy nam przywileje. Po drugie, w ostatnim dwudziestoleciu niechcący przesuwamy się ku ekstremum, jeśli chodzi o kryteria dobrego macierzyństwa - ilość wymagań, które musi spełnić matka, by zasłużyć na miano dobrej, sięga już absurdu. Nic dziwnego, że kobiety zatracają się w macierzyństwie, gubią zdrową perspektywę. I po trzecie, jeśli zawsze miałyśmy tendencję do wykorzystywania innych, jeśli zawsze skupione byłyśmy na sobie, to macierzyństwo zaostrzy tę tendencję, ponieważ staje się usankcjonowaną kulturowo przesłanką do domagania się szczególnego traktowania. Dziecko nie jest wtedy powodem, ale pretekstem do zgłaszania kolejnych żądań.

Kim jest ta nasza matka Polka?

Mamy wiele odsłon współczesnego macierzyństwa - od matek Polek poświęcających siebie na rzecz dzieci i rodziny po kobiety, które macierzyństwo traktują jako jedną z wielu ról życiowych nieuwznioślającą ich ani mniej, ani bardziej niż pełniona funkcja zawodowa, czy takie, które świadomie stawiają na tacierzyństwo, by móc rozwijać się w innych sferach. Matki spryciary to tylko jedna z wielu odmian, pewnie najbardziej rzucająca się w oczy. Nie sądzę, że ich istnienie jest przejawem naszych czasów, one były, są i będą.

Dziś kobiety nie chcą lub nie mogą stawać przed wyborem: kariera lub dziecko, i próbują łączyć obie role. Nie zawsze się da. Dlatego wywierają presję głównie na koleżanki. Tu argument jest prosty: 'Ty też będziesz matką i też będziesz kogoś denerwować'.

Ten argument jest też zakamuflowaną pretensją wobec współpracowników. Dla części kobiet wybór między pracą a dzieckiem jest niemożliwy. Aby się utrzymać, nie mogą zrezygnować z pracy, a nie mogą liczyć na wsparcie rodziny - dziadków. Zdarza się więc, że stają pod ścianą. Jednak pomijając przypadki ekstremalne - chroniczna choroba dziecka czy samotne macierzyństwo - takich sytuacji nie jest aż tak wiele. Jeśli mamy do czynienia z rodziną pełną, nic oprócz nas samych nie stoi na przeszkodzie temu, by wymiennie z ojcem zapewniać opiekę dziecku.

Jednak nie jest łatwo zachęcić lub zmusić do tego partnera.

Na razie większość matek swoją postawą i zachowaniem dobitnie pokazuje swoim partnerom, że do opieki nad dzieckiem, szczególnie chorym, się nie nadają, a przynajmniej nie są tak dobrzy w tej roli jak one same. Mężczyźni się wycofują, a my, kobiety, zaczynamy przenosić swoje oczekiwania dotyczące wsparcia na innych.

Ale takie zasłanianie się dzieckiem to egoizm, wykorzystywanie innych.

To zawsze jest nie fair. Podkreślam, że w większości przypadków to, jaki klimat wokół macierzyństwa panuje w danej firmie, zależy w dużej mierze od samych matek. Jeśli matka małego dziecka prosi o wcześniejsze wyjście z pracy, bo musi iść z dzieckiem do lekarza, a ja jako przełożona czy współpracowniczka wiem, że rzetelnie wykonuje swoją pracę, że nie zostawi mnie na lodzie z górą niezałatwionych spraw, to się zgadzam. To rodzaj wymiany - dziś umożliwiasz mi załatwienie ważnej sprawy, jutro ja nadrobię to, czego nie zrobiłam dzisiaj. Jeśli matki spłacają swoje społeczne zobowiązania wobec współpracowników i przełożonych, to nikt ma pretensji. To, co rozpala namiętności, to postawa niektórych matek, które chcą tylko brać, nie dając nic z siebie w przekonaniu, że posiadanie dziecka zwalnia je z realizacji reguły wzajemności.

Mam dwóch synów. Kiedy byli mali, mój radiowy szef 'zatrudniał' młode stażystki dziennikarki, by przyprowadzały do redakcji chłopaków z przedszkola, abym mogła spokojnie skończyć audycję. Wtedy to było dla mnie błogosławieństwo. Teraz patrzę na to bardzo krytycznie. Zastanawiam się, dlaczego z tego korzystałam.

Nie biczowałabym tak ani siebie, ani szefa. To było twórcze rozwiązanie, może tylko lepiej byłoby brać na staż studentki pedagogiki Są zawody i firmy, w których stosunkowo łatwo można znaleźć rozwiązanie gwarantujące pomoc matkom i sprzyjające efektywnej pracy. Sama pamiętam, że kiedy karmiłam piersią, mogłam wychodzić wcześniej i część pracy zabierać do domu. Zdarzało mi się także pojechać z synem w delegację. Życzliwość szefa była dla mnie ogromnym zobowiązaniem. Gorzej jest tam, gdzie organizacja pracy sprawia, że wypadnięcie kogoś z grafiku porusza lawinę zmian dotyczących innych ludzi, którzy też mają swoje plany i zobowiązania. W takich przypadkach liczy się przede wszystkim to, czy matka ma dobre relacje ze współpracownikami i czy jest gotowa zastąpić kogoś innego w awaryjnej sytuacji.

Przeczytaj: Wojna domowa. Ona zarabia mniej a on jest taki zmęczony">>
Kliknij, by przeczytać

Źródło: Wysokie Obcasy
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':