"Nie mamy 24 śmigłowców, bez których nasza misja nie może się udać" - ogłosił w czwartek Jean-Marie Guehenno, odpowiedzialny w ONZ za operacje pokojowe. I dodał, że bliski jest przekonania, że mimo górnolotnych wspaniałych, tak naprawdę, losy Darfuru wspólnoty międzynarodowej w ogóle nie obchodzą.
26 tys. żołnierzy ONZ i Unii Afrykańskiej ma za miesiąc wylądować w Darfurze, by przerwać okrutną wojnę, która pochłonęła już ćwierć miliona ofiar. Ponad 2 mln ludzi stało się uchodźcami. W ubiegłym roku wojna przelała się przez granice do Czadu i Republiki Środkowoafrykańskiej, grożąc wybuchem regionalnego konfliktu.
Po wielu miesiącach zwlekania i trudnych targach z opornym rządem z Chartumu ONZ postanowił latem wysłać do Darfuru wojska. Miały wesprzeć stacjonujących tam, całkowicie bezradnych i skompromitowanych bezczynnością żołnierzy z Unii Afrykańskiej.
Chartum zgodził się na interwencję ONZ, pod warunkiem że większość żołnierzy będą stanowić Afrykanie. Kierując się kontynentalną solidarnością, stanowisko Sudanu wsparła cała Unia Afrykańska (skupia niemal wszystkie kraje Afryki). Twierdzi, że dofinansowana przez Zachód sama znakomicie poradzi sobie z zadaniem zaprowadzenia pokoju w Darfurze.
Ci sami, źle wyszkoleni, marnie opłacani i zdemoralizowani żołnierze, mieli tam teraz wrócić, by w błękitnych hełmach spróbować jeszcze raz.
W powodzenie nie wierzył nawet nigeryjski generał Martin Agwai wyznaczony na dowódcę misji: - Niewiele afrykańskich państw mogłoby wystawić wojska, które potrafiłyby skutecznie pełnić służbę w Darfurze chociaż pół roku.
Ogłosiwszy hucznie Darfur sprawą honoru Afryki, afrykańskie kraje nie spieszą się z wystawieniem wojsk. Z kolei żadne z państw Zachodu nie zgodzi się wysłać swoich żołnierzy do Darfuru, jeśli nie będą miały pewności, że w razie nieszczęścia zostaną ewakuowani w ciągu 24 godzin. W pozbawionym niemal dróg Darfurze jedynym skutecznym środkiem transportu są śmigłowce, których ONZ nie ma.
Jak bardzo są niezbędne, można się było przekonać pod koniec września, gdy jedno z tamtejszych ugrupowań partyzanckich napadło na bazę wojsk Unii Afrykańskiej w miasteczku Haskanita. Dziesięciu żołnierzy z misji pokojowej zostało zabitych, a ranni musieli czekać półtora dnia, aż pomoc dotarła do nich drogą lądową.
Dodatkowo rząd Sudanu zastrzegł sobie prawo decydowania, z jakich krajów mogą pochodzić śmigłowce i piloci, a z jakich nie.
Sudan nie zgłasza za to sprzeciwu, by w misji w Darfurze uczestniczyło 315 wojskowych inżynierów z Chin, głównego dostawcy broni dla Sudanu. W ten sposób
Chiny wysyłają żołnierzy, by przerwali wojnę, na którą sami sprzedają broń.
Takich dyplomatycznych faux pas popełniono więcej. Do Darfuru postanowiono wysłać np. 3 tys. żołnierzy egipskich, choć Egipcjanie postrzegani są tu jako potomkowie dawnych handlarzy niewolników. A wyznaczony na zastępcę dowódcy misji ruandyjski gen. Karenzi Karake oskarżany jest o zbrodnie wojenne podczas rzezi w 1994 r.
Woli do ugody dramatycznie brakuje samym Darfurczykom. Dwie partyzanckie armie, które w lutym 2003 r. zaczęły powstanie przeciwko dyskryminacji ze strony rządu z Chartumu, podzieliły się już na dwa tuziny frakcji. Dziś walczą one między sobą dużo zacieklej niż przeciwko sudańskiemu wojsku. I to one, a nie jak do niedawna rządowi żołnierze, dopuszczają się najczęściej zbrodni na ludności cywilnej.