Marcin Przeciszewski (KAI): Ostatnio często spotykamy w prasie krytyczne uwagi dotyczące zastrzeżeń Księdza Arcybiskupa wobec lustracji.
Arcybiskup Józef Życiński: Moje zastrzeżenia dotyczą jedynie formy lustracji. Zawsze broniłem natomiast zarówno potrzeby jej przeprowadzenia, jak i konieczności działania Instytutu Pamięci Narodowej. Co do sposobu przeprowadzania lustracji nie widzę natomiast "jedynie słusznych rozwiązań" i rzeczowa dyskusja jest tu niezbędna.
Czym tłumaczyć pojawiające się ostatnio sceptyczne komentarze tych, którzy przyjmują poglądy odmienne niż Ksiądz Arcybiskup?
- To nawet nie tylko ostatnio. Już w czerwcu ubiegłego roku otrzymałem sensacyjny news, że jestem przeciwny lustracji dlatego, iż znaleziono informacje w IPN na mój temat i że zostaną one opublikowane, gdy tylko zakończy się papieska pielgrzymka. Po zakończeniu pielgrzymki nic nie ukazało się jednak w prasie. Zaczęły natomiast dochodzić z Krakowa wiadomości w formie przekazywanych z ust do ust niedyskrecji. Informowały one, iż podobno zostałem zarejestrowany jako "Filozof".
Jak zareagował na to Ksiądz Arcybiskup?
- Zwróciłem się ze sprawą do IPN. W piśmie z 29 czerwca ubiegłego roku upoważniłem jednego ze znanych i cenionych historyków do przeprowadzenia niezbędnej kwerendy w mych aktach i opublikowania jej wyników w materiałach IPN. Obecnie, na moją prośbę, badanie moich dokumentów w IPN zostało powierzone Kościelnej Komisji Historycznej. Z tego, co się orientuję, do tej pory niewiele znaleziono, chociaż robione były wstępne kwerendy w archiwach oddziałów IPN w Katowicach i Warszawie. Do pomocy poproszony został jeszcze jeden archiwista IPN. Aby nie obciążać ich teraz dziennikarskimi telefonami, podam ich nazwiska, dopiero gdy kwerenda zakończy się definitywnie. Natomiast według plotkarskiej informacji z Krakowa, z tamtej epoki ocalał podobno jakiś dokument w sprawie rejestracji. Przypuszczam więc, że zostałem wciągnięty na listę w taki sam sposób, jak dr Andrzej Przewoźnik, o. Władysław Wołoszyn czy ks. Romuald Weksler-Waszkinel.
Czy podpisywał Ksiądz Arcybiskup kiedykolwiek jakieś dokumenty kierowane do SB?
- Bodaj dwukrotnie listy interwencyjne, gdy podczas rewizji osobistej na granicy zabrano mi książki i maszynopisy.
Jak skończyły się te interwencje?
- Zwrócono mi materiały, gdyż nie było w nich żadnych wątków politycznych. W pierwszym przypadku był to zbiór maszynopisów z duszpasterskimi konferencjami dla młodzieży, w drugim - angielskie publikacje dotyczące teorii ewolucji. Ich odzyskanie wymagało wypełniania formularzy i podania wyjaśnień na piśmie.
A czy w rozmowie z oficerem nie próbowano Księdza Arcybiskupa przekonywać do potrzeby nawiązania współpracy?
- Nigdy wśród zmieniających się esbeków nikt nie podjął w rozmowie ze mną wątku współpracy i nie sformułował podobnej propozycji. Raz natomiast usiłowano mi wręczyć prezent. Podając paszport na wyjazd do USA, funkcjonariusz, podpułkownik Alojzy Perliceusz, dołączył kolekcję kryształowych kieliszków, tłumacząc, że będzie to prezent dla mych amerykańskich przyjaciół. Odpowiedziałem mu, że kieliszki nie stanowią dla nikogo z mych bliskich artykułu pierwszej potrzeby, i wyraziłem oburzenie. W odpowiedzi usłyszałem: "Nie ma się co oburzać, bo my chcieliśmy tylko przetestować, jak się ksiądz będzie zachowywał".
Czy podobne rozmowy miały miejsce tylko z racji odbioru paszportu?
- Nie. Od 1979 r. byłem odpowiedzialny za współpracę polskich uczelni katolickich z Catholic University of America w Waszyngtonie. SB interweniowało więc np., gdy dowiedziało się, że wyjazdy polskich uczonych finansuje US Information Agency. Być może nazwa kojarzyła się im z Central Intelligence Agency, a być może mieli tylko pretekst do rozmowy. Kierując Wydziałem Filozoficznym Papieskiej Akademii Teologicznej razem z ks. Tischnerem, mieliśmy także wizyty funkcjonariuszy w uczelni jako wynik naszej interwencji u władz wojskowych, gdy np. pisaliśmy odwołania, bo chciano nam wziąć do wojska studentów świeckich, którym do zakończenia studiów zostało kilka miesięcy. Pisaliśmy odwołania do wojska, na rozmowę przychodził esbek. Dziś, jak na ironię, ci, którzy przed laty byli szykanowani, muszą się tłumaczyć z niesprawiedliwych oskarżeń.
Czy istnieją środki, by przeciwdziałać tej atmosferze pomówień?
- Ważnym środkiem jest respektowanie np. orzeczeń Sądu dotyczących tej problematyki. Przypomnę choćby decyzję V Wydziału Lustracyjnego SA w Warszawie w orzeczeniu z 29 listopada 2005 r. stwierdzającą, iż wcześniejsze oświadczenia, w których kapral Paweł Kosiba przedstawiał dr. Przewoźnika jako prowadzonego przez siebie TW, "nie polegają na prawdzie, a zostały sporządzone wyłącznie dlatego, aby ich autor osiągnął w tamtym okresie prywatne, wymierne korzyści". Po wnikliwej analizie dostępnych dokumentów Sąd wyraził przypuszczenie, iż rejestracja Andrzeja Przewoźnika mogła wynikać "z postawy życzeniowej któregoś z nadgorliwych funkcjonariuszy Wydziału". Jestem przekonany, że podobna sytuacja miała miejsce u mnie. Gdy mój gorliwy "opiekun" został awansowany za zasługi, moją teczkę przejął ktoś względnie uczciwy, kto po nieskutecznych podchodach wyrejestrował mnie, rezygnując ze spotkań, które nie przynosiły owoców.
Jak częste były te spotkania?
- Nie było żadnej reguły. Pierwszy raz miałem wizytę w klasie maturalnej. Esbek Stanisław Bubak powiedział wtedy, że z racji mych funkcji w samorządzie uczniowskim chciałby ze mną porozmawiać o problemach środowiska szkolnego. Koleżanka, której dawałem korepetycje z matematyki, poinformowała mnie dyskretnie, że funkcjonariusz jest jej wujkiem i wypytywał ją wielokrotnie o mój zamiar wstąpienia do seminarium. Kiedy jego misja skierowania mnie na studia bodaj w Wojskowej Akademii Technicznej zakończyła się niepowodzeniem, nastąpiła cisza przez prawie osiem lat. Drugi esbek Stanisław Boczek nawiedził mnie na mej placówce duszpasterskiej w Gidlach w 1974 r. Zaczął od wyrazów ubolewania, że pracuję w trudnych wiejskich warunkach, podczas gdy powinienem być na studiach.
Czy powiedział Ksiądz o tym swemu biskupowi?
- Pośrednio. Powiedzenie wprost byłoby o tyle nietaktowne, że wyglądałoby, iż chcę sobie załatwić studia, powołując się w dodatku na opinię SB. Przedstawiłem więc całą sprawę memu kierownikowi duchowemu z seminarium ks. prałatowi Henrykowi Bąbińskiemu. On zaś powtórzył to bp. Stefanowi Barele, który kilka tygodni później poprosił mnie do siebie i skierował na studia do Warszawy.