Nie jestem naiwna. Nie wierzę w żadną polityczną ideowość. Polityczny idealista to najpewniej zakamuflowany cynik. Zresztą o jakie idee może chodzić w polityce? O spokój wśród obywateli i władzę dla polityków. O nic więcej. Skoro nie ma wielkich idei, o które można by walczyć, to może są choć programy? Zbyt długo jednak żyję, by wierzyć w istnienie prawdziwych partyjnych programów. Pisze się je coraz rzadziej, z reguły na konferencję prasową zwołaną dla potrzeb piaru.
Jak jednak, bez programów, odróżniać jedną partię od drugiej? Nie da się. Gdy słucham Arłukowicza (zdaje się, że z PO) i Kaczyńskiego wiem, że panowie ci mają inny poziom zdrowia psychicznego, inny temperament i słownictwo, ale na pewno nie program. Jeden domaga się "pielęgniarki w każdej szkole!", drugi "pielęgniarki i lekarza!". Pewna różnica jest, powiedzmy, w rozmachu.
Arłukowicz jest w partii od niedawna, stąd wyraźna powściągliwość, Kaczyński natomiast ma nie tylko długi
PiS-owski staż, ale i prawo do własności swojej partii. W istocie jednak nic ich ta
szkoła nie obchodzi i jak będą mogli podejmować polityczne decyzje, na pewno nie zajmą się ani szkołą, ani pracą dla pielęgniarek.
Czym więc są partie, na które mam głosować, jeśli nie bronią żadnych idei i nie mają żadnych programów? Tusk na konwencji swojej "partii" był dumny, że przewodzi ruchowi społecznemu, który gromadzi ludzi o "różnych przekonaniach, choć takich samych postawach" (o tym, jaka jest różnica między przekonaniem a postawą, nie powiedział nic).
"Ruch społeczny" to eufemistyczna nazwa dla bezideowego ("transferowego") śmietnika politycznego, który ma mu zapewnić zwycięstwo w wyborach. Co ciekawe, Tusk cieszy się z "nowoczesności" swojej partii przełamującej stereotypy programowości i ideowości, a zarazem nie zamierza kwestionować swojego jednoosobowego przywództwa, choć idea to prastara i godna odrzucenia w partii "otwartej" i nowoczesnej, jaką ma być PO.
Może więc głosować na ludzi, a nie na partie czy programy? Statystycznie bardziej opłaca mi się głosować na PO,
PSL i
SLD niż na PiS, ponieważ ludzie w trzech pierwszych partiach mają więcej zdrowego rozsądku i mniej zawiści, agresji oraz szaleństwa.
Statystycznie. Bo jednak w PO jest poseł Gowin, którego poglądy są mi głęboko obce, podobnie jak poglądy i osobowość Kaczyńskiego, w PSL jest poseł Kłopotek, którego wypowiedzi często wołają o pomstę do nieba, a w SLD jest były premier Miller, którego seksizmu nie jestem w stanie tolerować.
Poza tym, by głosować na określoną partię z powodu ludzi, trzeba, by ludzie ci spełniali jakieś minimum standardów etycznych. A to jest coraz częściej kwestionowane. Najbardziej w PO. Polityk nie musi być prawdomówny, szczególnie wrażliwy, nie musi umierać za ojczyznę, nie musi być intelektualnym orłem ani nawet altruistą. Ale jakieś cnoty mieć musi. I to wcale nie polityczne, ale ludzkie: zdrowy rozsądek, lojalność, bezinteresowność, przyzwoitość, no i jakieś minimum zdolności honorowych.
Ostatnie transfery pokazują, że w polityce wygrywają (utrzymują się) ci, którzy te "minima" odrzucają. I nie, żeby jakoś mnie to intelektualnie zadziwiało. Ale stojąc przed decyzją wyborczą, jestem w niemałej panice.
Magdalena Środa, filozof, etyk