Dziwią mnie bardzo ostre komentarze wokół wizyty na KUL-u Grzegorza Brauna, który zbezcześcił pamięć o abp. Życińskim. Dziwi mnie, że trzeba było aż takiego skandalu, to znaczy znieważenia nieżyjącego hierarchy, by ktokolwiek z KUL-owskich profesorów zareagował, a prasa podjęła temat. Podejrzewam, że gdyby Braun obrażał inne osoby, żyjące lub nie, sprawa nie trafiłaby ani do mediów, ani do władz uczelni. W końcu mamy wolność słowa i każdy może głosić swoje poglądy. Nie tylko liberałowie.
Tymczasem od wielu lat atmosfera zarówno na KUL-u, jak i - w mniejszym stopniu - dawnym ATK staje się coraz bardziej radykalna. Uczelnie te mają charakter silnie zideologizowany. Jedna i druga stoi na straży Jedynej Prawdy, jednej wersji wiary, jednej "polskości", jednej moralności, jednej filozofii (tomizmu), a nawet jednej polityki (w wydaniu
PiS lub
LPR). Na uczelniach tych od lat pracują konserwatywni profesorowie uznający jedynie narodową wersję katolicyzmu, którzy nie kryją swoich niechęci wobec Unii Europejskiej czy sympatii do Radia Maryja. To KUL-owski prof. R. Bender głosił, że: "Oświęcim nie był obozem zagłady, lecz obozem pracy. Żydzi i Cyganie byli tam niszczeni ciężką pracą; zresztą nie zawsze ciężką i nie zawsze byli niszczeni". (W 1995 roku abp Życiński zabronił nazywania stworzonego przez Bendera Klubu Inteligencji Katolickiej słowem "katolicki"). To na KUL-u swoje homofobiczne mądrości głosi podziwiany przez studentów Cejrowski, tam pracuje radykalnie konserwatywny prof. Jaroszyński, tam też rektorem był przez wiele lat abp Wielgus ściśle współpracujący z Radiem Maryja.
Nie kwestionuję kwalifikacji naukowych pracowników KUL-u czy byłego ATK. Chodzi o atmosferę, którą budują "naukowi celebryci" tych uczelni.
Pamiętam czasy, gdy na KUL-u odbywały się tygodnie filozoficzne, na które zapraszani byli studenci z UW i innych uczelni, gdy w swobodnej atmosferze otwarcie dyskutowano o różnych problemach filozoficznych. Było to w latach 70. Dziś jest to niemożliwe, uczelnie te zamknęły się na wolną myśl i różnorodność. Stąd popularność wśród katolickich żaków takich postaci, jak Cejrowski, Michałkiewicz czy Braun.
Prof. KUL-u etyk ks. Wierzbicki, tłumacząc to, co wydarzyło się na KUL-u, powiedział: "Niestety, pewien język polityki uprawiany na emocjach przenosi się w sferę uniwersytecką" ("Gazeta", 17.05). Ja bym rozważyła, czy nie dzieje się odwrotnie. Czy atmosfera narodowego katolicyzmu na religijnych uczelniach i wypowiedzi wielu autorytetów pracujących na KUL-u czy Uniwersytecie im. Kardynała Wyszyńskiego (gdzie rej wodzi prof. Krasnodębski) nie przenoszą się do sfery polityki, a w każdym razie, czy nie legitymizują jej radykalnego języka i "upadku kultury dyskusji", nad którym ubolewa ks. prof. Wierzbicki. Zastanowiłabym się również, czy to, co nazywa "powolnym przechylaniem się" uczelni w kierunku Radia Maryja, nie zaczęło się w czasach, gdy nie było jeszcze Radia Maryja. To właśnie radykalizujący się KUL stworzył dobrą atmosferę i częściowe zaplecze dla Radia, o którym abp Życiński głosił, że ma tyle wspólnego z katolicyzmem co "Trybuna Ludu" z ludem.
Ciekawe, że nikogo jakoś nie przejmuje fakt, że jedna z tych narodowokatolickich uczelni mieni się imieniem
Jana Pawła II, a druga imieniem kardynała Wyszyńskiego. Nieszczęśni patroni.