29 lipca teolog, profesor Michał Wojciechowski opublikował w "Rz" artykuł zatytułowany "Ustawa przeciwko rodzinie". Jest to obszerny komentarz do nowelizowanej ustawy o przeciwdziałaniu przemocy, która weszła w życie 1 sierpnia i której - w moje opinii - jeszcze daleko do europejskich standardów w zakresie ochrony jednostek przed przemocą. Choć to niewątpliwy krok do przodu.
Profesor teologii uważa, że jest inaczej. Ustawa w jego opinii to "rozbudowany system nadzoru nad rodziną", który świadczy "o myśleniu totalitarnym". To "marksistowskie doświadczenie na ludziach", jak również - po prostu - wynik działań "żądnej władzy biurokracji i lewicowych ideologów". Jej skutkiem będzie "szpiegowanie rodziny", ustanowienie "maniakalnych rzeczników ścigania rodziców za klapsa" oraz wzmocnienie władzy "gminnych jaczejek" (tak określa pan profesor procedurę "niebieskiej karty", dotyczącą postępowania policji i innych organizacji w przypadkach przemocy w rodzinie), które "zbierają poufne dane w tajemnicy przed zainteresowanymi".
Zakazywanie klapsów to "groźny nonsens". W przekonaniu pana profesora "klapsy i porównywalne kary fizyczne nie wywołują żadnych złych skutków. Ból jest po prostu czytelnym sygnałem, że zrobiło się coś złego". Im silniejszy ból, tym czytelniejszy sygnał. Jak rozumiem, pan profesor jest, konsekwentnie, zwolennikiem chłosty, tortur i innych sposobów dawania "czytelnych sygnałów" złym ludziom. Być może również stosuje tę metodę podczas egzaminów na swojej uczelni?
Przyzwolenie na bicie dzieci ma w koncepcji profesora teologii nie tylko znaczenie wychowawcze, ale przede wszystkim religijne. "Pismo Święte dopuszcza karcenie dzieci: Kto kocha syna swego często ćwiczy go rózgą" - cytuje pan profesor mądrości, które wyznaczają w jego mniemaniu podstawę jedynie słusznych systemów wychowawczych. "Bóg też karze" - upomina nas olsztyński teolog, byśmy zbytnio nie pochylali się nad losem katowanych dzieci. Czyżby jednak zapomniał, że Pismo Święte Starego Testamentu dopuszcza również poligamię, rzezie, gwałty i wielopokoleniową zemstę? Czy powinniśmy wrócić również do tych praktyk, by pozostać w zgodzie z Biblią i teologią?
Bite kobiety? Nie ma czegoś takiego. Małżonek co najwyżej "poprztyka swoją żonę". Ale żeby "za poprztykanie się z żoną" sąd mógł wygnać prztykającego z jego własnego mieszkania?! To skandal! W świecie pana teologa (świeckiego, mam nadzieję, że bez rodziny) nie ma rzeczy bardziej strasznej i niezgodnej z konstytucją.
Terapię dla sprawców przemocy pan profesor porównuje do reedukacji w Chinach i autorytarnie oświadcza, że na mocy podobnej ustawy "w Szwecji urzędnicy porywają kilkanaście tysięcy dzieci rocznie".
Cały ten kuriozalny wywód oparty jest na ogólnej tezie, że "rodzina jest zawsze i wszędzie podstawową społecznością ludzką, a państwo to zjawisko wtórne". Tedy państwo nie może nadzorować rodziny, narzucać jej zasad ani rozbijać jej.
Rozumiem, że teologia jest dziedziną, która powstała i rozwijała się w epoce poprzedzającej prawa człowieka, i że pan profesor ceni sobie czasy i normy biblijne, gdy wszystko było jak należy. Ale nawet teolog, a zwłaszcza wykładowca akademicki, powinien wiedzieć, że współczesne demokratyczne państwo opiera się na koncepcji praw człowieka, które przysługują jednostkom, a nie rodzinom czy wspólnotom lokalnym. Są to prawa do bezpieczeństwa, do integralności cielesnej, do autonomii, szczęścia etc. i jednym z najważniejszych obowiązków państwa jest praw tych bronić, czasem wbrew rodzinie i wbrew Biblii.
Brak takiej wiedzy to nawet nie barbarzyństwo, to troglodytyzm.
Ale rozumiem dumę redakcji "Rzeczpospolitej" z ilości cytowań. Artykuł takiego troglodyty - przepraszam - "teologa", będzie miał ich mnóstwo. Bo do niczego innego się nie nadaje.