Ustawa o parytecie trafiła do zamrażarki pana marszałka Komorowskiego i wyjdzie z niej wtedy, gdy pan marszałek będzie miał pewność, że nie da się jej wprowadzić w życie przed wyborami (pisała o tym Renata Grochal, "GW" 16.03)
Zamrażarka to takie miejsce, gdzie tkwią projekty ustaw niewygodnych dla rządu, niewygodnych dla pana marszałka, niewygodnych z punktu widzenia sondaży PO. Przede wszystkim jednak są to projekty ustaw, o których wiadomo, że mogą poruszyć Episkopat lub samego posła Gowina (PO). Źle jest - z punktu widzenia politycznych interesów pana marszałka - gdy Episkopat tupie nogą, a wstrząśnięty poseł Gowin rusza do mediów głosić obronę Wartości. Zwłaszcza w okresie wyborczym.
Zamrażarka jest legalna. Marszałek nigdy nie powie, że projekt ustawy jest sprzeczny z jego głęboko konserwatywno-sentymentalnymi poglądami, lecz powie, że w parlamencie jest wiele pracy i wiele ustaw i każda musi czekać na swoją kolej. Choć niektóre nie czekają wcale. Wszystko zależy od woli politycznej.
Zamrażarka jest pojemna. Leżą w niej prócz "parytetów" projekty ustaw dotyczące edukacji seksualnej (od października 2008), rzecznika ds. przeciwdziałania dyskryminacji (konieczność jego powołania wynika z dyrektyw unijnych), ustawa o mikrożłobkach i przedszkolach, ustawa o rodzinach zastępczych.
Zamrażarka bywa wietrzona. Marszałek czasem nadaje numer jakiejś niewygodnej ustawie i kieruje ją z zamrażarki do odpowiedniej komisji, gdzie powstaje podkomisja i - najczęściej - prace ślimaczą się do końca kadencji. Bo brak woli politycznej.
Właśnie marszałek wypuścił ze swojej zamrażarki dwa niesłychanie ważne z punktu widzenia społecznego projekty. Nad jednym debatowano wczoraj podczas obrad komisji ds. polityki społecznej i rodziny - jest on poświęcony przemocy w rodzinie. Drugi - nad którym debatowano dzisiaj - poświęcony jest społecznemu projektowi "o zapłodnieniu in vitro". W sprawie pierwszego projektu Episkopat już tupnął nogą, do uchwalenia drugiego zapewne nie dopuści poseł Gowin. Nic jednak nie zostanie powiedziane wprost, ani to, że PO liczy się przede wszystkim z głosem Episkopatu, ani to, że utrzymywanie przez posła Gowina prawicowej części elektoratu jest daleko ważniejsze niż uchwalenie ważnych społecznie ustaw czy chociażby nadanie tempa pracom nad nimi.
W moim osobistym przekonaniu projekty te będą wędrować po komisjach i podkomisjach przynajmniej do czasu wyborów prezydenckich, bo szybkie sfinalizowanie prac nad nimi może zaszkodzić notowaniom PO.
W wielkiej polityce sprawy przemocy wobec kobiet i dzieci, bezpłodność, edukacja seksualna, żłobki czy parytet na listach wyborczych nie grają żadnego znaczenia. Liczą się słupki w sondażach wyborczych i spokój kościelnych hierarchów.
Kobiety - bo to one głównie zainteresowane są tymi ustawami - mogą więc czekać na lepsze czasy, ale też powinny zadać sobie pytanie, jakie podjąć decyzje wyborcze, by sytuacja uległa zmianie? Osobiście zastanawiam się, jaką różnicę - dla mnie jako kobiety - stanowić będzie wymiana obecnego prezydenta na obecnego marszałka? I myślę, że oprócz wąsów, które każdy z nich może zapuścić lub zgolić - nie stanowi żadnej.