"Przegląd" (31 stycznia) opublikował listę "najbardziej wpływowych Polaków". List takich będzie jeszcze wiele i w zależności od charakteru pisma ich skład będzie ulegał zmianom. Natomiast jedno pozostanie takie samo: na listach będą się znajdowali niemal wyłącznie mężczyźni. Okładka "Przeglądu", na której widnieje 22 najbardziej wpływowych Polaków, wśród których nie ma ani jednej kobiety, powinna dawać do myślenia tym, którzy uważają, że mężczyźni i kobiety mają w tym kraju równe szanse i równy dostęp do władzy i stanowisk. Nie mają. A jak już mają, to ich wpływ, niezależnie od kompetencji, jest znacznie mniejszy.
W rankingu "Przeglądu" pierwsza kobieta znajduje się dopiero na 28. miejscu (Hanna Gronkiewicz-Waltz); a wpływ posła Gosiewskiego, autora stacji we Włoszczowie, jest oceniany na znacznie, znacznie większy niż Henryki Bochniarz, twórczyni Konfederacji Przedsiębiorców Prywatnych "Lewiatan". Co więc decyduje o wpływach? Kompetencje? Wiedza? Pieniądze? Czy - również - płeć?
Tymczasem minister od spraw dyskryminacji pani Radziszewska rozpoczęła właśnie pielgrzymkę po wpływowych kolegach klubowych tudzież członkach rządu (widać ją często pod drzwiami premiera, najbardziej wpływowej osoby w państwie), by za wszelką cenę zapobiec wprowadzeniu pod obrady Sejmu projektów ustaw dotyczących wzmocnienia dostępu kobiet do list wyborczych.
Według pani minister nie potrzeba żadnych mechanizmów, by równoważyć udział kobiet w życiu publicznym i politycznym. Wystarczy prosić osoby wpływowe, by były mniej wpływowe, a wtedy równość szans dla kobiet pojawi się sama. Na zmniejszanie wpływu mężczyzn wpłynie najlepiej - według minister Radziszewskiej - uniemożliwienie wprowadzenia mechanizmów zwiększających wpływy kobiet. Dlatego pani minister jest i będzie przeciw parytetom.
Zachowanie minister Radziszewskiej jest równie absurdalne, jak absurdalne byłyby prośby ministra obrony, by rząd nie modernizował armii, lub ministra edukacji, by nie wprowadzać do szkół nowoczesnych programów nauczania, bo wszak młodzież osiągnie dojrzałość dzięki perswazji, naturze i własnej woli, a nie jakimś mechanizmom edukacyjnym.
Armia musi mieć broń, edukacja musi wspierać się na jakiś programach, ministerstwo do spraw równości musi opracowywać i wprowadzać ustawowe mechanizmy przeciwdziałające dyskryminacji i zwiększające wpływy kobiet na życie publiczne. Wie o tym cały świat, a minister Radziszewska wierzy wyłącznie w perswazję.
Być może jednak pani minister żałuje, że po zostaniu ministrem przestała być kobietą wpływową. Może więc obecna pielgrzymka pani minister do Tuska jest formą prośby o natychmiastową dymisję. Myślę, że gdyby pan premier wreszcie się ulitował nad swoją minister, to i ona odzyskałaby wpływy (gdzieś indziej), i kobiety miałyby w Polsce nadzieję na większe szanse wystąpienia w następnych latach w rankingu najbardziej wpływowych Polaków, wśród których byłyby Polki. Bo Polska może nie jest kobietą, ale na kobietach stoi.