"Jesteśmy najbardziej konserwatywnym społeczeństwem w Europie" - twierdzi prof. Janusz Czapiński, komentując wyniki swoich cyklicznych badań ("Przegląd", 18.01). W czym ten konserwatyzm się przejawia? Bynajmniej nie w obronie krzyży czy przywiązaniu do naszej martyrologicznej przeszłości. Krzyżami interesują się media, przeszłością - politycy, którzy mają niewiele do zaproponowania w sprawach przyszłości. Polak interesuje się własną rodziną. I jeśli jakaś przyszłość go obchodzi, to przyszłość własnych dzieci.
To naturalne zainteresowanie i ten naturalny horyzont aktywności wzmacnia dodatkowo polityka "prorodzinna" państwa i Kościoła. To znaczy, polityka takiego doktrynalnego wzmacniania roli rodziny, by państwo nie musiało się nią zajmować. By dawała sobie radę niezależnie od braku żłobków, przedszkoli, polityki socjalnej. Polska więc na rodzinach stoi.
Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że rodziny stanowią jedyny fundament wspólnoty, co zupełnie nie wystarcza, by stała się ona wspólnota obywatelską. Przeciwnie, siła polskiego familizmu jest odwrotnie proporcjonalna do siły społeczeństwa obywatelskiego.
Rodzina jest "wsobna", nastawiona na ochronę swoich członków, pomoc w ich karierze, zapewnienie bezpieczeństwa i dobrobytu. Członków rodziny się wspiera, broni, nawet wbrew zasadom i interesom publicznym. Rodzinie się pomaga, szukając pracy, zatrudniając na dostępnych posadach, korzysta się z rozlicznych znajomości, by zapewnić dzieciom dobry start niezależnie od tego, jakie mają kwalifikacje i umiejętności. Byle szczęśliwe były, o interes społeczny zadbają inni.
Według Czapińskiego im więcej familizmu, tym mniej kapitału społecznego. Im ważniejszy interes rodziny, tym mniej ważny interes wspólnoty. Im więcej familizmu, tym wolniejsze tempo wzrostu gospodarczego, a im więcej kapitału społecznego, tym wzrost większy. Bogacą się te kraje, które mają silne, zróżnicowane społeczeństwo obywatelskie, a nie te, które zamykają się w kręgu wartości i interesów rodzinnych.
Budowa kapitału społecznego nie oznacza bynajmniej zniszczenia rodziny, ale jej otwarcie. Na sąsiadów, na wspólnotę lokalną, na różne formy uczestnictwa i obywatelskiego zaangażowania. Czapiński nie zajmuje się prognozowaniem ani rozwiązywaniem problemów, ale z jego analiz wynika, że im szybciej zaczniemy budować kapitał społeczny, tym skuteczniej ominiemy szklane sufity gospodarczego wzrostu.
Kto ma to robić? Zapewne nie rodzina. Powinna to robić
szkoła, ale szkoła troszczy się o edukację religijną, a więc prorodzinną, a nie obywatelską. Młodzież nie uczy się w szkołach żadnych samorządowych, obywatelskich aktywności. Nie ma przedmiotu, który kształtowałby postawy obywatelskiego zaangażowania - uczył umiejętności uczestnictwa, wolontariatu - czy chociażby wolę zainteresowania się życiem lokalnej wspólnoty. Może pora rozpocząć narodową debatę o sposobach wzmacniania kapitału społecznego, bo - choć politycy bagatelizują problem - jest on ważniejszy niż niezależność energetyczna, krzyże w szkołach czy najbliższe wybory.