http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gadacz, Hiob i niesmak

Magdalena Środa
2009-12-30, ostatnia aktualizacja 2009-12-30 14:29

Życie Tadeusza Gadacza przedstawione w komiksowej formie wywiadu w świątecznym "Dużym Formacie" poraziło mnie. I to nie tylko dlatego, że nie znoszę komiksów ani (pop)dziennikarzy, którzy jak nie pogrzebią w czyimś prywatnym życiu, to się czują zawodowo niespełnieni. Nie, nie dlatego

Magdalena Środa
fot.
Magdalena Środa
ZOBACZ TAKŻE
Z komiksu dowiedziałam się, że wielki filozof najpierw robił karierę jako zakonnik. Była to kariera duchowa, akademicka, administracyjna. Jednym słowem - wielka kariera. Potem, dzięki osobie, z która się przyjaźnił i do której się przytulał (była to kobieta - co sugeruje dociekliwy dziennikarz), odkrył, że "człowiek jest nie tylko myślą, ale i ciałem". Odkrycie to pozwoliło mu przebudować jego wizję chrześcijaństwa, jako religii afirmującej ciało, a nie negującej je, o czym nauczali ojcowie i doktorzy Kościoła. A potem Tadeusz Gadacz dowiedział się, że jest ojcem i że "został pozbawiony wszystkiego". Kościół zachował się w sposób pełen hipokryzji ("ukryj" - mówi jakiś zakonnik na jednym z obrazków). Można się domyślać, że prof. Gadacz odszedł z zakonu. Potem rodzi mu się dwójka dzieci z poważną wadą genetyczną. Dzieci umierają. Hiob zawzięcie pracuje, tłumaczy, wykłada.

To wszystko prawda i właściwie powinnam się pochylić nad straszliwym losem Hioba, gdyby nie kilka pytań, które mnie nękają. Kim była ta kobieta, z którą Gadacz się przyjaźnił i o której mówi "matka mojego syna", tak jakby była wyłącznie jakąś funkcją, a nie osobą. Co łączyło ją z wielkim profesorem? Czy jest ona jakąś żyjącą i czującą istotą, czy tylko bożym instrumentem doświadczającym bohatera? Wiemy, że miała ciało, bo pozwoliła się dotykać, dzięki czemu profesor przebudował swą wizję chrześcijaństwa. Rodziła mu dzieci "z przyjaźni", by potem rozpłynąć się we mgle? Może Hiob, który tak szczerze mówi o swoich intymnych doświadczeniach z panem Bogiem, uczłowieczyłby swoją żonę i pokazał, że był ktoś, kto nie tylko dzielił z nim jego cierpienie, ale cierpiał okrutniej, bo nie mógł zagłuszyć tego stanu tłumaczeniem Rosenzwiega i wcielaniem się w postać pracowitego Hioba?

Czy Hiob w swych samotnych potyczkach z bezwzględnym Kościołem i równie bezwzględnym losem nie miał przyjaciół? Czy nikt nie pomógł mu w jego świeckim życiu? Wszak nie tylko Bóg postarał się, by przeżył. Hiob zapomniał o ludziach, którzy byli wokół niego przez wiele lat, kiedy Hiob piął się po szczeblach kariery w górę, często odrzucając stopnie, które nie były mu już potrzebne.

Znam tragedię Tadeusza i nigdy nie zabierałabym głosu w tej sprawie, bo jest zbyt bolesna, ale to on opowiedział o niej sam, czyniąc z niej sprawę publiczną. Opowieść jest jednak niepełna. I pozostawia po sobie nie tylko smutek, ale i niesmak.

  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    104 głosy