Upadek muru berlińskiego miał charakter historyczny, symboliczny i polityczny zarazem. Połączył nie tylko Berlin i Niemcy, ale również całą Europę. Rozpoczął realizację wielkiego projektu zjednoczenia wschodu i zachodu.
Berlin jest bodaj najbardziej wyrazistym przykładem tych zmian i ich liderem. Jest miastem otwartym, zróżnicowanym, eksperymentującym, tolerancyjnym, nowoczesnym, ciekawym architektonicznie, pełnym pokory wobec historii, a jednocześnie zwróconym do przodu, ku przyszłości. Ulubione miasto studentów, homoseksualistów, artystów, intelektualistów, smakoszy, ludzi kochających muzea i zakupy. Do Berlina przyjeżdża się jednak przede wszystkim po klimat. Klimat wolności.
Dlaczego w Polsce, "liderce przemian", Okrągły Stół nie spowodował w żadnym mieście takich zmian? Dlaczego Polska, która w czasach komunizmu była krajem względnie otwartym ("najweselszy barak w obozie"), a nawet awangardowym, jeśli chodzi o aspiracje wolnościowe, indywidualizm i mnogość postaw kontestujących porządek polityczny, stała się dziś miejscem zamkniętym, konserwującym tradycję, zapatrzonym w przeszłość, ksenofobicznym, pełnym obaw przed otwarciem, nowością, obcością; kontestującym tolerancję, równość płci, prawa kobiet, gejów i różnorodność?
Dlaczego Polacy, którzy tak rwali się do wolności, gdy tylko ją uzyskali, zaczęli się jej bać, zaczęli ją potępiać i schronili się w religii, w kultywowaniu obyczajów, tradycji i piłki nożnej? Dlaczego Warszawa tak bardzo zwraca się ku przeszłości (liczba muzeów upamiętniających narodową martyrologię przypadająca na stu mieszkańców jest zapewne najwyższa w całej Europie, zaś muzeów nowoczesnej sztuki - jak na lekarstwo), a jej nowoczesność polega głównie na nowym wystroju ulic, a nie na otwarciu kulturowym? W dzisiejszej Warszawie najważniejsze są stadiony, a nie odważne projekty artystyczne i architektoniczne. Ważna jest religijna celebra, a nie różnorodność i kulturowa prowokacja.
W czasie obchodów 20. rocznicy upadku muru berlińskiego patrzyłam na Lecha Wałęsę, którego rola na świecie nie jest jeszcze kwestionowana, ale który w kraju skarlał, bo jego dawni polityczni sojusznicy zobaczyli w nim agenta i od lat próbują tego dowieść, a autorytety, media i politycy wyznają pogląd, że niepodległość dla Polski wywalczył Jan Paweł II wraz z Duchem Świętym. W tej sytuacji Lech Wałęsa nawet z Matką Boską w klapie nie ma szans na historyczną pozycję. Sam jednak na to pracował.
Dekomunizacja w Polsce znaczyła tak silną rewitalizację tradycji, religii, przesądów i narodowych stereotypów, że praktycznie stłumiła całą radość z wolności, a zwłaszcza ograniczyła perspektywę kulturowego rozwoju, którą cieszy się na przykład Berlin. A wraz z nim cała Europa.
W czasie obchodów święta narodowego myślałam - podobnie jak Marcin Król ("Dziennik", 10.11) - dlaczego to święto nie jest radosne, tak jak święto Francuzów i Amerykanów? I szybko znalazłam odpowiedź w wystąpieniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który dowodził, że polskość to martyrologia, ksenofobiczny patriotyzm i silne państwo stojące na straży kompleksów jego przywódców targanych strachem przed wrogami, zagrożeniem i obcością, co eufemistycznie nazywa się troską o narodową substancję.
Otwarcie, odwaga i radość z różnorodności są podejrzane. Nasza narodowa tożsamość z powodu małości i tchórzostwa jej przywódców tkwi w okowach strachu przed zmianą, w dętym szacunku wobec narodowej martyrologii i nieufności przed Europą, postępem, eksperymentem i otwarciem.
Mamy nowoczesną gospodarkę, bo politycy są tak nieudolni, że - Bogu dziękować - nie potrafili jej zniszczyć. Mamy Kościół i Euro 2012. Mamy muzea upamiętniające narodowe męczeństwo. No i jeszcze mamy radość, że możemy bez przeszkód pojechać do Berlina i napawać się jego świeżością, otwartością, rozmachem i wolnością.
W dwudziestolecie niemieckiego zjednoczenia i w 91-lecie niepodległości Polski chciałoby się krzyczeć: Polsko - otwórz się wreszcie! "Wyrwij murom zęby krat, zerwij kajdany, wyrzuć bat, a mury runą, runą, runą ".