Właściwie każdy, kto reprezentuje poglądy i zachowania niezrozumiałe, inne lub niezgodne z pewnymi prostymi wyobrażeniami - jest obcym. A obcość tę trzeba nazwać i napiętnować, bo to znacznie prostsze, niż polemizować.
Kim w takim razie są bliscy? Zapewne to ci, którzy żyją wraz z nami, w tej samej przestrzeni. Słowo intymny, pochodzące z łac. <i>intimus</i>odnosi się do wspólnej, wewnętrznej sfery, w której przebywają osoby powiązane ze sobą więzami krwi, bliskiego sąsiedztwa lub silnej tradycji. Od tysięcy lat tożsamość rodzinna i wspólnotowa budowała się tyleż na poczuciu bliskości wobec podobnych do nas, co na poczuciu obcości i wrogości wobec tych, którzy przybywają z zewnątrz.
Tyle że w dzisiejszych czasach nie ma tego "z zewnątrz". Internet jest przestrzenią otwartą, wspólnie budowaną i obcym jest raczej ten, który inaczej myśli, niż ten, który przybył z daleka i ma zielony kolor skóry (byle nie czarny).
Problem w tym, że obcymi wydają nam się nader często - bliscy. Na przykład sąsiedzi. I to nie dlatego, że nie znamy ich poglądów lub że są one inne niż nasze. Nie lubimy ich. Po prostu.
Tak jak w internecie w małych, intymnych wspólnotach jest wiele wrogości, zawiści, niechęci. Obserwuję to na co dzień w rodzinach (dla których "wzorem" jest Kain i Abel) i na wakacjach wśród dobrze mi znanych ludzi.
Sąsiedzi znają się od lat, wspólnie żyją ściśnięci często na małej przestrzeni, mają wspólne problemy, wspólny Kościół, ale żyją obok siebie, w jakiejś odwiecznej ciągle reprodukowanej wrogości. To często nie są wspólnoty, lecz zgrupowania "obcych" gotowych do walki, podstępu, donosu, intryg i zawiści. Niczego nie budują, nie pomagają sobie, nie interesują się wzajemnym losem. Skąd to się bierze? Dlaczego w społeczeństwie, które jest tak politycznie nastawione na krzewienie uczuć wspólnotowych, narodowych i patriotycznych, na krzewienie tradycji i stałą budowę więzi religijnych, istnieje tyle wzajemnej obcości w małej, intymnej przestrzeni lokalnej? Myślę, że jest to specyfika bardzo polska. I to bardzo polski problem.
W innych krajach małe wspólnoty znacznie bardziej świadomie i skutecznie współtworzą się, organizując się politycznie lub chociażby "docelowo", po to by rozwiązać pewien problem, osiągnąć jakiś drobny cel (wspólny wywóz śmieci, wspólne dekorowanie ulicy, opieka nad dziećmi, plac zabaw, świetlica, boisko). Znam maleńkie wspólnoty we Francji, które dwa razy w roku wspólnym wysiłkiem organizują wielki
obiad dla wszystkich mieszkańców, by zwaśnieni się pogodzili, a pogodzeni coś dla wszystkich zrobili. W Danii, gdzie kapitał społeczny jest największy, małe wsie mimo rozproszenia są szkołą zaradności i samorządności. W Polsce jedyną strukturą, która jednoczy ludzi, jest Kościół. Ale to bardzo ograniczony rodzaj "zjednoczenia" - ludzie spotykają się w kościele i dają na kościół. To wszystko. Na stosunki sąsiedzkie religia się nie przekłada, a i proboszcz nie zawsze jest zainteresowany życiem wspólnoty.
Czego nam tu, w Polsce, brak? Edukacji obywatelskiej? Organizacji pozarządowych? Przywództwa? Pomysłów? Ciepła? Pracy u podstaw? Kto miałby ją wykonać? Myślę jednak, że jest to jeden z poważniejszych problemów politycznych i edukacyjnych zarazem, którego nie da się rozwiązać inaczej niż razem. Tylko tego "razem" nie ma.