Reakcje na artykuł Renaty Grochal
"Polki: Oddajcie nam połowę władzy" były więcej niż stereotypowe. Internauci pisali, że parytety są niesprawiedliwe, dziwaczne, ograniczają wolność wyboru i że są sztuczne. Bo jest przecież rzeczą sprawiedliwą, że o świecie decydują głównie mężczyźni, bo jest czymś najzupełniej normalnym, że we wszystkich gremiach decyzyjnych kobiety praktycznie nie mają głosu, że prawdziwa wolność wyboru polega na wybieraniu spośród wielu mężczyzn, a jej poważnym ograniczeniem jest pojawienie się kobiet, wreszcie, że jak kobieta chce, to może i wszelka sztuczna pomoc będzie ją upokarzać znacznie bardziej niż to, że jest teraz bezgłośnym przedmiotem większości decyzji dotyczących na przykład jej macierzyństwa, których sprawcami są mężczyźni.
Ktoś podniósł argument, że kiedyś był system punktów na studia, który nie dał żadnego efektu. Otóż dał. I żałuję, że w jakiejś formie nie stosowano go w czasach transformacji. W latach 90. pracowałam często przy egzaminach wstępnych na UW i z roku na rok obserwowałam rosnące dysproporcje intelektualne kandydatów wynikające wyłącznie z miejsca zamieszkania i statusu materialnego. Młodzież biedna, z prowincji, chodziła do gorszych szkół, miała ograniczony dostęp do bibliotek, kultury, gorzej formułowała swoje poglądy, była mniej przebojowa. Miała niby te same prawa do studiowania co wszyscy inni, ale nie miała takich samych szans, by na studia się dostać. Warszawiak z dobrego liceum i dobrego domu, będąc nawet bardziej leniwym i przeciętnym intelektualnie, wygrywał w cuglach. W Stanach Zjednoczonych dzięki kwotom Afroamerykanie zwiększyli swoje szanse studiowania i zyskali pomoc w robieniu karier, co dało efekt chociażby w postaci kariery obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Na całym świecie stosuje się kwoty i parytety, jeśli chce się wpierać grupy i jednostki, nie z własnej winy znajdujące się w gorszym położeniu lub też niemające pewnych umiejętności (co nie znaczy kompetencji), np. politycznych, które inne grupy nabyły bez problemu, uczestnicząc w tradycją usankcjonowanych praktykach rządzenia. Wspiera się też ojców, którzy po rozwodzie mają co prawda równe prawa do zajmowania się dziećmi, ale nie mogą ich wyegzekwować, bo nie potrafią przebić się przez usankcjonowane tradycją przekonania, że najlepszą (i jedyną) opiekunką jest matka.
Jakiś internauta bardzo dowcipnie dowodził, że skoro kobiety powinny mieć parytety, to system kwotowy powinien objąć również rudowłosych i łysych. Owszem, gdyby o poziomie zarobków, byciu ofiarą przemocy i wykluczeniu decydował kolor włosów lub ich brak, a nie płeć, to z pewnością łysi i rudzi powinni mieć jakieś instytucjonalne wsparcie, by być równo traktowani. Bo taka rzeczywista, a nie tylko formalna równość jest teraz najpoważniejszym wymogiem demokracji.
O ile jeszcze w ogóle myślimy, że żyjemy w demokracji. Bo przecież - jak napisał inny internauta - "światem rządzi FIFA, PZPN, piłka nożna, kibole, faceci. I nie ma tu miejsca dla bab". I po co więcej argumentów?