Mam wrażenie, może mylne i społecznie szkodliwe, że tego rodzaju akcje są jedynym wyrazem ruchów obywatelskich umykających kontroli władzy czy niedających się przez nią wykorzystać. A więc rzeczywiście wolnych. Politycy zawładnęli wszelkimi ruchami masowymi: strajkami, kibolami, a nawet działalnością charytatywno-medialną Jurka Owsiaka. Wszystko kontrolują lub interpretują (medialnie), co też jest pewną formą zawłaszczenia. Dziś każdy spontaniczny ruch obywatelski (nawet przed jego powstaniem) może być komentowany jako wynik nieudolnych rządów Tuska (poseł Błaszczak nie musi nawet chodzić do
studia, wystarczy, że media będą odtwarzać jego stare nagranie: "Wszystko jest winą Tuska, wszystko jest winą Tuska, wszystko "), lub - przeciwnie - jako spontaniczne zadowolenie z tych rządów (rzecznik Graś był wyraźnie ukontentowany "zapchaniem się" stron internetowych premiera). Być może taka jest natura polityki albo jej polska specyfika.
Można z żalem powiedzieć: dziś prawdziwej zadymy już nie ma! A jeśli jest, to tylko w internecie. Może tam kiełkuje prawdziwe, młode społeczeństwo obywatelskie? Może tam przechowywane jest naczynie św. Graala, czyli troska o wolność?
Ta troska przez lata była polską specyfiką. O nią walczyliśmy! Bez rozsądku, bez umiaru, niepomni na straty i koszty. I co? Kiedy przyszła i zadomowiła się w niepodległej Polsce, okazała się towarem łatwym do sprzedania. Przejrzałam nasze głosowanie nad ustawą ACTA w Parlamencie Europejskim.
Polska była na ostatnim miejscu wśród przeciwników ustawy. Jedynie 14 proc. posłów głosowało przeciw jej uchwaleniu i byli to głównie posłowie z
SLD. Wszyscy
PiS-owscy obrońcy "wartości, krzyża, niepodległości i polskości" byli za przyjęciem ustawy. PO głosowała - jak zwykle - różnie: ci "z prawa" głosowali za ustawą, ci "z lewa" - przeciwko.
Wbrew powszechnemu krzykowi nie jest to ustawa rewolucyjna. Raczej promocyjna. Koncentruje ona to, co zawarte jest w innych narodowych aktach prawnych, ale nadaje tym przepisom wyraźne sankcje prawne oraz rozgłos. Najważniejsza w niej i najbardziej niepokojąca jest jej "filozofia", zgodnie z którą różne dobra i wartości stają się towarem i elementem transakcji (świetnie opisał to
Jacek Żakowski, "Gazeta", 21 stycznia). Kategoria "dobra publicznego", "wspólnego", "duchowego" staje się naiwna i pretensjonalna. Internet podlega niemal pełnemu urynkowieniu, co niewątpliwie zgodne jest z logiką globalnego kapitalizmu, ale niekoniecznie z - szerszą niż afirmacja rynku - tradycją naszej kultury. Toteż dziwi mnie bardzo, że zwolennicy tradycji i wartości duchowych (a premier Tusk też do nich należy) nie zareagowali, a protestem zajęli się internauci, którzy żadnych deklaracji w sprawie obrony-bardzo-ważnych-wartości nigdy nie składali. Jest więc jakaś nadzieja, że rośnie nam lub dojrzewa w wirtualnym świecie pokolenie ludzi czułych na wolność. I nawet jak głupio jej bronią, to czy kiedykolwiek obrona wolności była rozsądna i praworządna?
Magdalena Środa, filozof, etyk