"Znaleźliśmy się w chwili, gdy rozgrywa się przyszłość Europy. Wyjdziemy z tego razem lub osobno" - powiedział Sarkozy 23 listopada w Pałacu Elizejskim. Rzeczywiście moment jest przełomowy. Europejska prasa i politycy straszą rozpadem, eskalacją kryzysu. Intelektualiści debatują o trwałości i koniecznych zmianach w Unii. Ważą się losy Wspólnoty Europejskiej.
Do Polski, zacisznej i spokojnej, wielka debata o Europie jakoś dotychczas nie docierała. Mamy swoje problemy: rozpad
PiS-u, nagłe złagodnienie Kurskiego i Ziobry, potworne zagrożenie "lewactwem", które właśnie odkrywa i opisuje "Rzeczpospolita" (pismo to odkryje zagrożenie nacjonalizmem, faszyzmem i kibolstwem dopiero podczas
Euro 2012).
Ale zaczęło się. Minister Sikorski wystąpił w Berlinie z propozycją bliższej współpracy w ramach UE i zwiększenia uprawnień europejskich instytucji. Rozwiązaniem kryzysu unijnego ma być więcej Unii w Unii. Rozwiązaniem kłopotów z integracją - większa integracja. Uważam, że to słuszna linia.
Jestem za ograniczeniem wpływu państw narodowych, za budowaniem nowej tożsamości europejskiej, za pełnym ujednoliceniem ekonomicznym, politycznym, monetarnym, fiskalnym, a przede wszystkim edukacyjnym i kulturowym Europy. Ale nie będzie łatwo.
Na skromne, integracyjne propozycje Sikorskiego od razu zareagował Kaczyński. Po nim Błaszczak. Zaraz zapewne różni inni panowie z prawej strony sceny politycznej będą się prześcigali w protestach i hasłach o konieczności obrony naszej niepodległości, polskości, wiary, naszego zaścianka, naszej krwi przelanej i pól umajonych .
I nie będzie żadnej debaty o tym, jakiej Europy potrzebujemy, kim chcielibyśmy być w tej Europie i czy nie warto dążyć do wzmocnienia integracji? I to nie tylko dlatego, że w obliczu różnych zagrożeń globalnych i rosnących konkurencyjnych potęg ekonomicznych tylko jako Europa możemy mieć głos, ale również dlatego że jest to jedyna droga do wzmocnienia naszego społeczeństwa.
Nie będzie debaty, bo znów odezwą się liczne koguty, które pianiem pragną bronić swojego podwórka. Nie ze względu na jego wartości, lecz by podrażnić inne koguty i zwrócić na siebie uwagę wyborców oraz mediów. Wielka szkoda, że nie rozmawiamy na poważnie o przyszłej Europie. Ale też myślę, że nie mamy do tego żadnego przygotowania, żadnej otwartości, potrzeby debaty czy nawet wyobraźni, jak rozliczne mogą być jej modele.
Polska szkoła przygotowuje kolejne pokolenia głównie do obrony niepodległości, do ciągłego przeżywania narodowych klęsk, do wzruszeń związanych z naszą wiarą, tradycją, obyczajem.
Szkoła produkuje albo przyszłych narodowców, albo ludzi indyferentnych na losy wspólnoty, odwróconych do niej tyłem, zajętych konsumpcjonizmem i własną karierą.
Premier powiedział w eksposé, że rewolucji obyczajowej i kulturalnej nie będzie. A Polska w moim przekonaniu właśnie takiej rewolucji potrzebuje. I jej początkiem powinna być szkoła. Edukacja obywatelska powinna opierać się na wspólnotowych europejskich programach. Do europejskiej perspektywy powinny się odwoływać podręczniki do historii. Trzeba do szkół wprowadzić filozofię, aby młodzież nie tylko poznała korzenie europejskiej kultury, ale również wspólnotę pytań i problemów, które łączą Europejczyków ponad narodowymi podziałami. No i by nauczyła się brać udział w debacie.
Do tego wszystkiego trzeba wielkiej rewolucji. Bez niej będziemy w nieskończoność "bronili swojej niepodległości", "swojego zaścianka" i swoich obyczajów. I obudzimy się kiedyś, mentalnie, poza Europą.
Magdalena Środa, filozof, etyk