Agnieszka Kublik, Monika Olejnik: Zgadza się pan z prezydentem Lechem Kaczyńskim, że media są zagrożeniem dla demokracji?
Andrzej Urbański: Sądzę, że jest dużo gorzej. Media pożarły politykę. To, co jest fundamentem zdrowego demokratycznego obyczaju, że polityka jest czymś ważnym, poszukiwaniem dobra wspólnego i realizacją interesu społecznego, zostało przez media, w tym przez "Gazetę Wyborczą", zniszczone. Bo "Gazeta Wyborcza" uznała, że jej interesy, albo jej fobie, są ważniejsze niż dobro Polaków. I w tym sensie według mnie prezydent jest człowiekiem niezmiernie delikatnym. Ja mógłbym opowiadać o tym godzinami i byłbym mniej delikatny.
Jakie fobie "Gazety" pan ma na myśli?
- Te najgroźniejsze to coś, co nazwałbym erupcją emocji, jeżeli chodzi o prezydenta, o każdą próbę formułowania innych celów funkcjonowania Polski we współczesnym świecie. To jest fobia, której nie rozumiem.
"Erupcja emocji, jeżeli chodzi o prezydenta". Może pan to objaśnić?
- To dziesiątki, jeżeli nie setki tekstów, w których oskarża się prezydenta, że zagraża demokracji w Polsce. Albo dzisiejszy tekst, że prezydent nie ma prawa wyrażać swojej opinii, co myśli o mediach.
Paweł Wroński w tekście "Czy prezydent da się zmienić" ["GW", 7.05.08] wcale nie zabrania prezydentowi wyrażania opinii o mediach, tylko ją przytacza z krytycznym komentarzem. "Dziennik" też o tym pisze.
- Ale zupełnie inaczej. Jeśli prezydentowi odmawia się prawa do wyrażania opinii, a przez sześć miesięcy kierownictwo PO atakuje kompletnie bezpodstawnie media publiczne i "Gazeta" milczy, to taka busola, która jest w każdej redakcji, nie działa. Obiektywizm wobec wszystkich stron w "Gazecie Wyborczej" dawno umarł śmiercią naturalną.
Rozumiemy, że ponieważ pan jest człowiekiem prezydenta, to jest pan zbulwersowany tym, co znalazło się w "Gazecie Wyborczej" na temat prezydenta?
- Od której strony jestem człowiekiem prezydenta, który mówi, że nie jest zadowolony z TVP? W tym samym sensie jestem człowiekiem wielu innych znanych osób. Np. Donalda Tuska, którego ugrupowanie dzisiaj ma 2,5-krotną przewagę w czasie antenowym w telewizji publicznej nad pozostałymi ugrupowaniami, a nad prezydentem chyba dziesięciokrotną.
Pan był kiedyś urzędnikiem państwowym podległym Tuskowi?
- Byłem zastępcą przewodniczącego klubu parlamentarnego Polski Program Liberalny, w tym sensie podlegałem Donaldowi Tuskowi.
A czy był pan urzędnikiem podległym prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu?
- Tak. W stolicy trwało to trzy lata, w Kancelarii Prezydenta - sześć miesięcy.
I jest pan w tym samym sensie człowiekiem Tuska i człowiekiem Kaczyńskiego?
- Mnie łączy z Lechem i Jarosławem Kaczyńskimi od co najmniej 20 kilku lat przekonanie, że Polskę trzeba zmieniać.
To może w tym sensie jest pan jednak człowiekiem prezydenta?
- W tym sensie to jestem człowiekiem Stanisława Brzozowskiego, bo to on mnie tego nauczył. Mogę jeszcze wymienić kilku znanych autorów.
Prezydent twierdzi, że pański poprzednik Bronisław Wildstein został odwołany, bo "kilka sprzyjających PiS informacji o gospodarce nie ukazało się w Wiadomościach ". Prezes telewizji powinien być odwoływany z takiego powodu?
- Nie jestem rzecznikiem prezydenta. Sądzę, że informacje o tym, jaka jest kondycja gospodarki, nie należą do żadnej partii.
Źródło: Gazeta Wyborcza