Osobiście słyszałem, jak Lech Kaczyński nieszczerze zdziwiony oporem wobec nowej ustawy lustracyjnej - powiedział (cytuję z pamięci): "Jestem wysoce zaniepokojony tym, że jak komuś w Polsce jakaś ustawa nie odpowiada, to mówi, że nie będzie jej stosował. Powstaje pytanie, skąd taki potężny opór". Podzielam niepokój pana prezydenta na okoliczność tego oporu, tym bardziej, że w praktyce społecznej odnotować można niejeden podobnie dziwaczny fakt.
Bo weźmy na przykład taki gwałt: gwałcona osoba broni się, krzyczy, nawet wierzga, choć - jak powszechnie wiadomo - seks to przyjemność. Ktoś chce nam zrobić dobrze, a my niezadowoleni. Kto za tym stoi? W czyim interesie "określone elementy" i "wiadome środowiska" swoją "wrogą postawą" godzą w... itd. (cytaty z frazeologii PRL-u, która znów płynie z głośników).
Ale nie róbmy zbytniego dramatu: knot ustawowy jest tak nieudolny, że bez utraty godności nas, gwałconych, a nawet z pewną dozą komizmu - da się go na sto sposobów wyminąć, zapętlić, sprowadzić ad absurdum, byle tylko nie tracić ducha i poczucia humoru, dzięki któremu nie takie tarapaty już przeszliśmy. Przecież za niechęć do durnoty, nawet w IV Rzeczpospolitej nie idzie się (na razie!) do gułagu! Chciałbym więc poddać pod rozwagę czytelnikom i prawnikom dwa, skuteczne moim zdaniem sposoby na uniknięcie wyrzucenia z pracy w następstwie lustracji.
Pierwszy sposób nazwałbym sposobem "twardym". Byłoby to zrobienie użytku z prawa pracy. Na razie jeszcze nie całe prawo i sądownictwo zostało "odzyskane" przez nawiedzonych misją a niezdolnych do konstruktywnego działania w sferze "realu" braci i ten stan zapewne utrzyma się do wyborów, a to już wystarczy. Otóż najczęściej pracodawcę któremu przyjdzie wyrzucić z pracy opornego wobec lustracji pracownika łączy z nim "umowa o pracę" (typowa sytuacja nauczycieli akademickich i innych "etatowych" pracowników, także etatowych dziennikarzy). Zawarta przez strony umowa określa wzajemne obowiązki i zakres zadań pracownika a wszystkie z niej wynikające spory rozstrzyga prawo pracy. Kodeks pracy nie nakłada na pracownika obowiązku składania jakichkolwiek deklaracji i oświadczeń, np. o liczbie dzieci, o krewnych za granicą czy dziadku w Wehrmachcie.
Cóż zatem mówi "Kodeks pracy" w sytuacji odmowy złożenia oświadczenia lustracyjnego? W rozdziale II Podstawowe zasady prawa pracy znajdziemy zaraz na wstępie artykuł 10 §1, który stanowi, że "Każdy ma prawo do swobodnie wybranej pracy. Nikomu, z wyjątkiem przypadków określonych w ustawie, nie można zabronić wykonywania zawodu. Nic tu dodać ani ująć nie potrzeba! Każdy sąd pracy musi uznać zwolnienie z tytułu niezłożenia oświadczenia lustracyjnego za bezprawne i nakazać przywrócenie do pracy. Świadomy tego pracodawca nie musi więc nikogo zwalniać i ma po temu podstawę prawną.
Ponadto Kodeks pracy stwarza mu w tym dodatkowe wsparcie w Art. 281, który stanowi, że: "Kto, będąc pracodawcą lub działając w jego imieniu: 4) stosuje wobec pracowników inne kary niż przewidziane w przepisach prawa pracy o odpowiedzialności porządkowej pracowników... podlega karze grzywny. "Zwolnienie z pracy za niezłożenie oświadczenia lustracyjnego z całą pewnością nie należy do kar przewidzianych w Kodeksie Pracy, a więc pracodawca, wiedząc o tym - nie może z mocy prawa takiej kary stosować.
Oczywiście pracodawcy takiemu bracia będą chcieli dokopać - po to właśnie "odzyskują" kolejne stanowiska kierownicze, ale i tak podane wyżej przepisy w znacznej mierze zmniejszają liczbę potencjalnych represjonowanych. Powie ktoś: czy po to obalaliśmy komunizm, żeby teraz znów powróciły w majestacie prawa bolszewickie obyczaje? Pewnie nie, ale jak wiadomo wolność nie jest dana raz na zawsze i co i raz znajdzie się hydra, której łeb trzeba uciąć. Dobrze, że tym razem nie mieczem a kartką wyborczą.
Innym sposobem "twardym" jest wykorzystanie artykułu 113 Kodeksu Pracy, który stanowi, że: "Jakakolwiek dyskryminacja w zatrudnieniu, bezpośrednia lub pośrednia, w szczególności ze względu na płeć, wiek...jest niedopuszczalna" oraz Art. 183a § 1. (Pracownicy powinni być równo traktowani w zakresie nawiązania i rozwiązania stosunku pracy... w szczególności bez względu na płeć, wiek...) i § 2. (Równe traktowanie w zatrudnieniu oznacza niedyskryminowanie w jakikolwiek sposób, bezpośrednio lub pośrednio, z przyczyn określonych w § 1.) A tu ustawa lustracyjna wyraźnie dyskryminuje w dostępie do pracy osoby urodzone przed 1 sierpnia 1972, poddając je procedurom lustracyjnym o nieprzewidywalnych skutkach, bo samo licho wie, co zawierają lub czego nie zawierają ubeckie teczki - podczas gdy pracownicy o tym samym statusie, ale młodsi - procedurom tym nie będą poddawani.
Ale przy okazji uwaga, co za siurpryza! Ten sam Art. 183a w § 5 stanowi, że: " Przejawem dyskryminowania w rozumieniu § 2 jest także: 1) działanie polegające na zachęcaniu innej osoby do naruszania zasady równego traktowania w zatrudnieniu ". Mamy więc, UWAGA! - bardzo poręczny młot na nadgorliwych lustratorów z "wiadomej" partii i ich przydupasów. Otóż naciskając na rektorów, redaktorów naczelnych czy innych pracodawców - dopuszczą się oni obrazy Art. 183a Kodeksu Pracy i za to mogą i powinni być pozywani przed sądy pracy. A więc: nie strasz, nie strasz... Myślę zupełnie serio, że różne naciski mogą być przy pomocy Art. 183a KP skutecznie parowane, a przynajmniej moderowane.
Teraz, wracając znów do samych lustrowanych - przejść możemy do drugiego sposobu wywinięcia się z opresji, który nazwać można sposobem "miękkim". Jak wiadomo wyrzucać się będzie z pracy z dwóch przyczyn: za niezłożenie oświadczenia lustracyjnego w terminie lub za kłamstwo lustracyjne. Pierwsza przyczyna jest jednoznacznie bezlitosna, druga - na dwoje babka wróżyła, ale, uwaga! tylko w przypadku, gdy nie byliśmy "współpracownikami". Nie wiemy, co jest w naszych teczkach (zob. casus Zyty Gilowskiej czy wcześniejszy Małgorzaty Niezabitowskiej), a poza tym - nie miejmy złudzeń: nawet, gdyby nie było nic - zawsze może się coś znaleźć, gdy zajdzie potrzeba.
Jest zatem jedno i to całkiem proste wyjście: wystarczy w oświadczeniu lustracyjnym (Załącznik nr 1 do ustawy z dnia 18 października 2006 r) podkreślić: "byłem/byłam świadomym i tajnym współpracownikiem". Otóż, jak streszcza zasady lustracji Gazeta Prawna (Nr 34 z 2007-02-160): "Przyznanie się do powiązań ze służbami bezpieczeństwa PRL nie powoduje żadnej kary, pracodawca rozwiązujący z pracownikiem umowę nie może przed sądem powołać się na ten argument, natomiast karalne jest kłamstwo lustracyjne" lub zignorowanie lustracji. Niegdyś, znacznie przed datą 1 sierpnia 1972 niezbyt rozgarnięci młodzieńcy zwracali się, bywało, do swych wybranek słowami: "oddaj mi się, co ci szkodzi...".
Warto zastosować ten modus operandi do ustawy lustracyjnej, bo... co nam szkodzi? I tak my i nasze środowisko wiemy, kim jesteśmy, żadna infamia z tej strony nam nie zagraża, formalności załatwione pozytywnie (oświadczenie złożone w terminie) a ewentualne dowody na współpracę? A ileż to teczek czasowo lub bezpowrotnie zaginęło? Nasze, oczywiście, zaginęły bezpowrotnie, możemy więc przed sądem pleść banialuki (oskarżony, broniąc się ma takie prawo), powinniśmy tylko wybrać sobie jakąś najdogodniejszą dla nas kategorię współpracy, np. "kontakt poufny" KP (kategoria nierejestrowana), lub "dysponent zakrytego punktu obserwacyjnego" ZPO (kategoria pomocnicza) i... pieprzyć byle co, bawiąc tą farsą siebie i publikę, tym bardziej, że rozprawy mają być jawne (pewnie jednak, jak znam życie, będą utajniane z ważnych przyczyn państwowych). Straszne byłyby, excusez le mot, jajca, gdyby to sąd lustracyjny, nie mając na to żadnych dowodów - usiłowałby nam dowieść, że nie współpracowaliśmy, zatem jesteśmy kłamcami lustracyjnymi. Ech, łza się kręci...
Jestem przekonany, że pracodawcy w mediach, nauce i w nowoczesnej gospodarce itd. są, jak to wykształciuchy, ludźmi przyzwoitymi a zmuszeni, wbrew interesom prowadzonych przez siebie instytucji i własnemu sumieniu - do wsadzania palca w g... chętnie, podchwycą sugerowane tu rozwiązania.
Warszawa, 2007-03-14