20 maja mieszkańcy województwa podlaskiego mają odpowiedzieć w referendum, czy są za budową inwestycji przez
torfowiska Rospudy ]. Ponieważ to pierwsze referendum lokalne, okazało się, że nie ma przepisów, jak powołać komisje wyborcze.
W wyborach do Sejmu czy do samorządu sprawa jest prosta: komisje wyborcze są wyłaniane z kandydatów zgłoszonych przez komitety wyborcze. Chodzi o to, by byli tam przedstawiciele wszystkich stron. W przypadku referendum wojewódzkiego
MSWiA wybrało jednak inny wariant - komisje zostaną powołane tak jak w lokalnych referendach o odwoływaniu wójtów, burmistrzów i prezydentów. Czyli połowę składu wskaże inicjator referendum, a drugą połowę - władze gminy. Przepis logiczny: dzięki niemu w komisji są i zwolennicy odwołania lokalnych władz, i reprezentanci tych władz.
Ale co będzie, gdy wedle tych przepisów powoła się komisję do referendum w sprawie drogi przez Rospudę? Połowę miejsc dostanie PiS, inicjator referendum i zwolennik budowy drogi ustaloną przez rząd trasą. Resztę - przedstawiciele gminy. Może znajdzie się wśród nich przeciwnik budowy takiej drogi, ale nie jest to pewne. Można założyć, że wiele komisji będzie się składało wyłącznie ze zwolenników budowy drogi w wersji rządowej.
- Nie powinno tak być, bo to stawia pod znakiem zapytania wiarygodność całego referendum. Należało wydać osobne rozporządzenie, które pozwoliłoby uniknąć takiej sytaucji - uważa profesor Piotr Winczorek, konstytucjonalista. Jego zdaniem źle się w ogóle stało, że sprawa obwodnicy ma być poddana referendum w sytuacji, w której jej zgodność z prawem rozpatruje unijny trybunał.
- Ale jeżeli już zdecydowano się na takie rozwiązanie, to należało zrobić wszystko, by uniknąć podejrzeń o wiarygodność wyników takiego głosowania - mówi profesor.