http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Koniec rynku pracodawcy

wnp.pl
2007-02-19, ostatnia aktualizacja 2007-02-19 13:54

Nikt nie wie, ilu Polaków wyjechało szukać pracy za granicą. Statystyki są bezradne wobec zjawisk, które nie wymagają szczegółowej biurokracji, a na tym polega wolny unijny rynek pracy. Jednak skutek nowej fali emigracji dla gospodarki jest jednoznaczny - czas opierania przewagi konkurencyjnej polskich firm na taniej pracy odchodzi w przeszłość.

Od początku przemian gospodarczych w Polsce na każdym spotkaniu z potencjalnymi inwestorami zagranicznymi pojawiał się jeden argument na rzecz Polski: dostęp do taniej i dobrze wykształconej siły roboczej. Argument mocny i często decydujący, bo niezależny - w przeciwieństwie choćby do wielkości rynku - od gospodarczej koniunktury.

Jednak w ostatnich miesiącach sporo się zmieniło. Polacy, i to wcale niekoniecznie młodzi (choć tych jest najwięcej), coraz częściej biorą paszport, kontaktują się ze znajomymi lub krewnymi, którzy już pracują za granicą, wybierają najlepsze dla siebie miejsce, kupują bilet na kursowy autobus i... pozbywają się przymiotnika "tani". Wolą przygodę za lepsze pieniądze za granicą niż zderzenie z obojętnym na ich potrzeby urzędnikiem biura pracy bądź potencjalnym pracodawcą, często wciąż tkwiącym mentalnie w świecie, gdzie o zarobkach decydowała przede wszystkim wysoka stopa bezrobocia.

Mit taniej siły roboczej pryska na naszych oczach. Financial Times donosi, że nawet zagraniczni inwestorzy, u których praca była najbardziej pożądana, zaczynają mieć problemy ze znalezieniem ludzi do polskich fabryk.

Jeśli wierzyć szacunkom, z Polski wyjeżdża co minutę w poszukiwaniu pracy od jednej do niemal czterech osób. To największy drenaż od pokoleń, być może największy w historii. Skala nowej emigracji ewidentnie zaskoczyła wielu przedsiębiorców. Pytanie brzmi: czy rynek pracy w Polsce jest nadal zdominowany przez pracodawców, czy też odpływ kadr za granicę zmienił układ sił na tyle, by mówić o rynku pracownika? I co to naprawdę znaczy dla konkurencyjności polskich firm?

Doświadczenie firm HR wyraźnie wskazuje, że w Polsce rynkiem zaczyna rządzić pracownik.

- Wystarczy mieć wykształcenie zawodowe lub średnie, aby natychmiast otrzymać propozycje pracy. Gorzej jest z kobietami bez wykształcenia i ludźmi z wykształceniem podstawowym - mówi Tomasz Szpikowski, prezes Work Service. - Efektem takich zmian jest presja na płace. Największa w bankowości, farmacji i FMCG. Jeśli spojrzeć na regiony, największy wzrost jest w Warszawie, potem na liście są Poznań, Kraków i Wrocław. Płace rosną najwolniej w regionach wschodniej Polski i miastach poniżej 100 tys. mieszkańców - ocenia.

Ale i tam presja będzie coraz większa, bo punktem odniesienia stają się w Polsce zarobki w Irlandii czy Hiszpanii.

Wyższe pensje to wyższe koszty działania przedsiębiorstw, czyli niższa konkurencyjność. Casus części firm budowlanych, które mają problemy z realizacją umów podpisanych w ubiegłym roku, bo nie doszacowały wzrostu kosztów pracy, jest początkiem lawiny. Wzrost wynagrodzeń zaczyna przeganiać wzrost wydajności pracy. W 2006 r. wynagrodzenia wzrosły nominalnie o ponad 5 proc. W 2007 r. ta tendencja ma jeszcze przyspieszyć. Przy czym sam wzrost płac nie byłby problemem, gdyby szedł z nim wzrost efektywności pracy. Ale tak nie jest, a to oznacza pojawienie się trwałego trendu prowadzącego do spadku konkurencyjności polskiej gospodarki.

Koniec rynku pracodawcy

- Jeszcze nie tak dawno praktycznie na każdą ofertę pracy wpływało po kilkaset podań. Bardzo często było tak, że kwalifikacje osób starających się o pracę były, przynajmniej teoretycznie, zdecydowanie zbyt wysokie jak na potrzeby pracodawcy - mówi Jeremi Mordasewicz, ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych "Lewiatan". - To sprawiło, że rynek się po części wypaczył. Znam niejednego przedsiębiorcę, który miesięcznie zarabia netto 60-70 tysięcy złotych, a jak ma zapłacić 4 tysiące pracownikowi uważa, że to zdzierstwo - ocenia Mordasewicz, też przedsiębiorca, od lat związany z branżą budowlaną.

Tę opinię potwierdzają inni eksperci. Michał Boni, były minister pracy, obecnie współpracujący ze spółkami portfelowymi funduszu Enterprise Investors, przyznaje, że w Polsce był klasyczny rynek pracodawcy - przez dłuższy czas praca była trudno dostępnym dobrem, przez co jej cena była relatywnie niska. Przy słabościach pośrednictwa pracy i polityki rynku pracy pracodawca stał się głównym rozgrywającym. Poza tym zmiany w Kodeksie pracy, jakie zostały wprowadzone w 2002 r., istotnie wzmocniły pozycję pracodawcy - przede wszystkim wzrosło znaczenie zatrudnienia na czas określony.

Wówczas były to bardzo potrzebne zmiany, bo gospodarka była w kryzysie i poluzowanie rynku pracy poprawiło jej konkurencyjność, ale nie ma co ukrywać - odbyło się to kosztem utrzymania niskich płac.

- Polscy przedsiębiorcy, redukując koszty w latach 2001-2004, dokonując restrukturyzacji, myśląc jak sprzedać produkt, analizując rynek, wykorzystując elastyczne formy zatrudnienia sprawili, że weszliśmy do UE przebojem, z wysokim eksportem i szybkim wzrostem PKB. To dzięki nim zachowaliśmy konkurencyjność - mówi Boni.

Nie zmienia to faktu, że przed polskimi firmami stoi kolejne trudne wyzwanie: przedsiębiorcy i menedżerowie muszą nauczyć się zarządzania kapitałem ludzkim.

Praca jak alkohol

Jednym z największych paradoksów polskiej gospodarki jest wysokie obciążenie pracy podatkami, rzędu 80 proc. Porównywalne jest ono z akcyzą na alkohol czy papierosy - towarami, których konsumpcję państwo ogranicza wysokimi podatkami, bo uznaje je za generalnie szkodliwe dla społeczeństwa.

- Ciekawy plan walki z bezrobociem - ironizuje Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum Adama Smitha.

W momencie upadku PRL składka, którą można porównać z obecną ZUS-owską, wynosiła 38 proc. Potem nie tylko ją zwiększano, ale jeszcze dodano Fundusz Pracy, Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, ubruttowiono wynagrodzenia (wszystkie składki zaczęto naliczać od bazy podwyższonej o 20 proc.). Decydentom zabrakło wyobraźni lub wiedzy, że trwanie w systemie ubezpieczeń społecznych powiązanym w sposób ścisły z wynagrodzeniami za pracę młodych ludzi musi doprowadzić do wysokiego bezrobocia. Zabrakło myślenia, że praca jest towarem, który kosztuje.

Tymczasem każdy podatek jest źródłem tzw. efektu akcyzowego. Jeżeli coś opodatkowujemy, to tego czegoś jest mniej. Dlaczego tak łatwo było u nas opodatkowywać pracę?

- Bo wychodzono z założenia, że praca jest w Polsce tania, zwłaszcza w porównaniu do niemieckiej czy francuskiej - mówi Gwiazdowski. - Bo to najwygodniejsza forma opodatkowania, od której oficjalnie zatrudniony nie może uciec. Co gorsza, to podejście dalej funkcjonuje.

Źródło: Nowy Przemysł
  • 157 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Dłuższa praca albo bieda

Rząd pokazał wczoraj projekt ustawy o podniesieniu wieku emerytalnego do 67 lat. - Bez tego musielibyśmy drastycznie podnieść VAT i składki emerytalne, a świadczenia obniżyć o połowę - przekonywał premier

Izrael siłą zabiera wodę

Może Izrael powinien ukarać Rzymian, którzy wybudowali cysterny na Zachodnim Brzegu? PAH je tylko remontuje - mówi szefowa organizacji Janina Ochojska

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W środę z ''Gazetą'':