http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mała encyklopedia stanu wojennego

Praca zbiorowa
2006-12-12, ostatnia aktualizacja 2006-12-13 12:23

(dla początkujących)

Warszawa, 1981. Anka Kowalska z przyjaciółmi
Fot. foto Erazm Ciolek
Warszawa, 1981. Anka Kowalska z przyjaciółmi
ZOBACZ TAKŻE
Arłamów

Miejsce, w którym internowany był przewodniczący "Solidarności" Lech Wałęsa po wprowadzenia stanu wojennego.

Arłamów znajduje się na miejscu wioski, gdzie w XVII wieku osadzano jeńców tatarskich, na Przedgórzu Przemyskim. Ośrodek rządowy powstał tam w połowie lat 70. i był ulubionym miejscem polowań I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka oraz jego gości. Potężny płot otoczył 23 hektary lasów i łąk.

Wałęsa przebywał w dwupokojowym apartamencie. Według wspomnień strażników najbardziej lubił grać w ping-ponga. Rozmów z władzami odmawiał. Na pytanie, gdzie znajduje się stolica Polski, zwolennicy "S" odpowiadali żartem: "nie w Warszawie, nie w Krakowie, ale w Arłamowie".

W listopadzie Wałęsa napisał list do gen. Wojciecha Jaruzelskiego podpisany "kapral Wałęsa" proponujący mu rozmowy. Wtedy władza nie chciała rozmawiać. Jednak 14 listopada 1982 roku Wałęsa został wypuszczony z ośrodka.

Ośrodek rządowy w Arłamowie przestał istnieć w 1989 roku. Obecnie w tym miejscu jest hotel, gdzie można się przespać w "łóżku Wałęsy".

Bibuła

„Bibułą w żargonie rewolucyjnym zowią każdy druk nielegalny, nieopatrzony sakramentalną formułą » dozwolono cenzuroju «” - pisał w 1903 roku w broszurze „Bibuła” Józef Piłsudski.

To samo określenie w stanie wojennym przylgnęło do wszystkich niezależnych, a więc również nielegalnych publikacji. Bibułę drukowano na zakonspirowanych powielaczach, ale też na tzw. wrzutach, czyli w zakładach państwowych dysponujących małą poligrafią. Stosowano również technikę sitodruku. Bibułą była więc największa podziemna gazeta "Tygodnik Mazowsze" (pierwszy numer ukazał się w lutym 1982), ale też gazetki, komunikaty lub ulotki, a nawet solidarnościowa konfekcja (znaczki czy kalendarze) wydawane przez podziemne komisje zakładowe "S" lub inne nielegalne organizacje. Lecz - w przeciwieństwie do czasów Piłsudskiego - bibułą nie były publikowane poza cenzurą książki.

Nikt nie zliczył, ile tytułów bibuły wydano w stanie wojennym; z całą pewnością były tego tysiące. Wiadomo jedynie, powtarzając za Marszałkiem, że "ilość tej bibuły wzrasta, wsiąkając coraz głębiej w warstwy ludowe, zataczając coraz szersze koła". I znów, cytując Piłsudskiego, "jest więc bibuła klerykalna, patriotyczna, socjalistyczna, nawet ugodowa. Znajdziemy wśród niej utwory artystyczne wysokiej jakości i lichoty patriotyczno-klerykalne". Zaś "brak bibuły to brak krwi, anemia skazująca organizację na suchotniczy żywot".

W stanie wojennym bibuły nigdy nie zabrakło.

Bojkot aktorski

Akcja protestacyjna środowiska aktorskiego polegająca na odmowie występów w państwowej telewizji i radiu. Trwała od stycznia do listopada 1982 roku. Idea wyszła od władz Związku Artystów Scen Polskich (choć nie było żadnej oficjalnej odezwy). Chodziło o to, by nie uwiarygadniać działań władzy poprzez występy w środkach masowego przekazu będących narzędziem propagandy. Dopuszczalny był jedynie udział w spektaklach na deskach teatrów, w widowiskach estradowych i filmach kinowych.

Nazywany najdłuższym strajkiem w historii PRL-u bojkot okazał się niezwykle skuteczny. Spowodował zatrzymanie produkcji Teatru TV, władze zmuszone były przenosić do telewizji przedstawienia z pozastołecznych teatrów, gdzie protest był słabszy. Protestowi towarzyszyło gremialne oddawanie legitymacji PZPR, w niektórych teatrach z braku członków rozwiązano Podstawowe Organizacje Partyjne. Do zakończenia bojkotu wezwał na wniosek samych aktorów prymas Józef Glemp w homilii wygłoszonej 29 listopada 1982 roku w kościele Nawiedzenia NMP w Warszawie podczas widowiska "Modlitwa o zmierzchu", w którym brało udział wielu aktorów, uczestników akcji.

Ubocznym skutkiem bojkotu było bojkotowanie aktorów, którzy nie zawiesili swoich występów w telewizji albo poparli publicznie stan wojenny. Publiczność ich wyklaskiwała lub "wychrząkiwała". W ten sposób potraktowano m.in. Stanisława Mikulskiego w Teatrze Polskim, Janusza Kłosińskiego w Teatrze Narodowym i śpiewaka Kazimierza Kowalskiego w Teatrze Wielkim w Łodzi. Karą za polityczne zaangażowanie środowiska aktorskiego było rozwiązanie ZASP w grudniu 1982 roku.

Św. Brygida i ks. Jankowski

Wyobraźmy sobie Lecha Wałęsę w nocy 13 grudnia. Jest godzina 5.25 nad ranem, jego żona jest w ciąży, a pod drzwiami stoi specjalna grupa bojowa wyposażona w łomy. Wywożą go na lotnisko, potem awionetką przerzucają dalej, aż trafia do Otwocka. Czeka, nie wie, czego się spodziewać.

W Wigilię pojawia się u niego ksiądz proboszcz Henryk Jankowski z kościoła św. Brygidy w Gdańsku. Potem odwiedza go co kilka dni, dowożąc jedzenie i bieliznę.

Mimo stanu wojennego Kościół utrzymał rolę mediatora między reżimem a opozycją, a ksiądz Jankowski był jednym z tych, którzy mieli dostęp do internowanego Wałęsy. Dzięki mszom polowym w strajkującej Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku był dla przywódcy "Solidarności" jednym z najbardziej zaufanych ludzi.

Po zwolnieniu z internowania 14 listopada 1982 roku Wałęsa wraca do domu na Zaspie. Jest uznany za "osobę prywatną". Osiedle obstawione tajniakami, w domu zainstalowane podsłuchy. A kontakty ze światem nie mogły ustać.

- Gościną służył mi wtedy ksiądz kanonik Jankowski - wspomina Wałęsa. Na plebanii kościoła pojawiali się wówczas m.in. Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek, Jacek Kuroń po wyjściu z więzienia i zagraniczni dziennikarze.

W Brygidzie znajdowały schronienie także nastolatki, które co sobota na uliczkach gdańskiego Głównego Miasta toczyły bitwy na kamienie z oddziałami ZOMO. Na plebanii rozdawano paczki i pieniądze z Zachodu. W listopadzie 1982 roku ośrodek przy kościele św. Brygidy udzielał stałej pomocy 60 rodzinom internowanych, 211 rodzinom skazanych i 178 rodzinom aresztowanych.

Przeciw księdzu, który głosił antykomunistyczne kazania, wszczynano śledztwa: "w sprawie nadużywania wolności sumienia i wyznania" czy "rozpowszechniania fałszywych wiadomości". Ksiądz w zamian zasypywał władze skargami na brutalność ZOMO w czasie tłumienia demonstracji wyruszających spod jego kościoła, gdzie 13. każdego miesiąca odprawiane były msze św. w intencji Ojczyzny.

To był ten "pierwszy" ksiądz Jankowski. Ten "drugi" w 1995 roku pytał w trakcie kazania (msza św. z udziałem Lecha Wałęsy): "A któż z tych, którychście wybierali do Sejmu, do władzy, do rządu, rzekomo Polaków, powiedział swój rodowód, skąd przybył, czy z Izraela, czy z Moskwy?". Arcybiskup Tadeusz Gocłowski przepraszał potem i polecił prałatowi "unikać akcentów politycznych". Nie przestał i dostał od biskupa zakaz głoszenia kazań. Więc zaczął się realizować plastycznie np. w 2001 - "roku Jedwabnego" - Grób Pański w św. Brygidzie to nadpalona stodoła, z której wystaje szkielet. Obok figura Chrystusa w otoczeniu czaszek i napis: "Żydzi zabili Pana Jezusa i proroków, i nas także prześladowali".

Ostatecznie arcybiskup odbiera prałatowi probostwo i - co bardzo boli księdza Jankowskiego - każe mu opuścić piękne apartamenty w św. Brygidzie. Dziś ksiądz mieszka na poddaszu plebanii jako rezydent.

Godzina milicyjna

Najpierw obowiązywała od 22 do 6 rano, ale władze szybko się zorientowały, że ten przepis uniemożliwia chodzenie do pracy na pierwszą zmianę i powrót z drugiej zmiany, więc godzinę milicyjną skrócono - od 23 do 5 rano. Jednorazowo zawieszono godzinę milicyjną w Wigilię, a zupełnie zniesiono w maju 1982 roku.

Milicyjne patrole wyłapywały głównie tych, którym uciekł ostatni autobus i szli do domu pieszo. Kwitło łapownictwo, wielu milicjantów traktowało to jako zapłatę za niewdzięczną służbę i zadowalało się niewielkimi kwotami.

Hornsund

Najbardziej wysunięty na południe fiord Spitsbergenu. Jest tam Stacja Polarna PAN, która 13 grudnia została zupełnie odcięta od świata. Łączność telefoniczna była przerwana, a radiowa bardzo słaba. W czasie nocy polarnej z powodu zaburzeń magnetycznych do polarników docierały tylko strzępki informacji o tym, co się dzieje w kraju. 14 grudnia 12 polarników - wszyscy członkowie,Solidarności" - postanowiło bronić polskiej stacji polarnej na Hornsundzie. Obawiali się, że choć Spitsbergen jest międzynarodowym terytorium pod zwierzchnictwem Norwegii, to Rosjanie mieszkający w dwóch znajdujących się na wyspie miastach będą chcieli zająć polską bazę. Na każdego z polarników przypadał jeden sztucer, jedna dubeltówka, około 200 sztuk amunicji oraz rakietnice.

Radiotelegrafista (w wojsku był w stopniu kapitana) poinstruował naukowców i studentów, jak za pomocą dubeltówki najłatwiej zestrzelić radziecki helikopter Mi-8 - podobno trzeba strzelać w układ hydrauliczny pod wirnikiem, wtedy od razu po helikopterze.

16 grudnia rano nad stacją zawarczał helikopter - na szczęście norweski. Z helikoptera wysiadł norweski gubernator Spitsbergenu. - Wszyscy Polacy na Spitsbergenie znajdują się pod opieką Królestwa Norwegii - oświadczył i dodał, że na wszelki wypadek ma dla wszystkich wnioski azylowe. Dodał, że inwazja Polakom nie grozi, bo rosyjskie helikoptery nie są przystosowane do lotów w czasie nocy polarnych.

Internat

Niewinne słowo "internat" w stanie wojennym radykalnie zmieniło znaczenie, bo tak zaczęto nazywać "ośrodki odosobnienia" dla ludzi, którzy nie byli skazani przez sądy, ale w trybie administracyjnym uznani za zagrażających bezpieczeństwu publicznemu. W pierwszy dzień stanu wojennego internowano 3392 osoby spośród 4318 przewidzianych do internowania, w tym 88 członków i współpracowników KOR, 78 członków KPN, 135 osób z Komisji Krajowej "Solidarności". W ciągu następnych dni dowożono kolejne osoby. "Internaty" mieściły się w normalnych więzieniach, gdzie wydzielano odrębne oddziały, albo na terenie poligonów wojskowych. Liczba internowanych stale się zmieniała, bo część zwalniano (zwykle z przyczyn zdrowotnych), ale też wciąż zamykano nowych.

Internowani prowadzili ożywioną działalność. Drukowano (oczywiście nielegalnie) własne znaczki pocztowe, prowadzone wykłady z różnych dziedzin, wykorzystując to, że siedziało w nich wielu profesorów i wybitnych specjalistów.

Kartki

Pomimo nieustannych trudności zaopatrzeniowych władze PRL bardzo długo nie decydowały się na reglamentowanie podstawowych towarów. Powód był prosty - wprowadzenie kartek byłoby odczytane jako dowód porażki i budziłoby fatalne skojarzenia z czasami niemieckiej okupacji.

Dlatego pierwsze kartki - w formie znaczka pocztowego i nazwie "bilet towarowy" - wprowadzono dopiero w 1976 roku i tylko na cukier (co miesiąc każdy obywatel mógł na kartki kupić 2 kilogramy). Kryzys roku 1980 zmusił władze do powolnego wprowadzania kartek na mięso, mąkę czy ryż.

Dopiero stan wojenny wyzwolił prawdziwą kartkową orgię. Kartki wprowadzono na niemal wszystkie podstawowe artykuły konsumpcyjne, także na alkohol, słodycze, kaszę mannę, papierosy, proszki do prania, mydło.

Przykładowy miesięczny przydział z roku 1982: mąka - 1 kg, przetwory zbożowe -

1 kg, cukier - 1,5 kg, cukierki - 25 dag, papierosy - 12 paczek, alkohol - 1 butelka, smalec - 25 dag.

Na kartki była też benzyna (30 litrów miesięcznie na fiata 126p, 45 litrów na fiata 125p) i buty (1 para w sezonie).

Osobne kartki obowiązywały na mięso. Normy przydziałów zmieniały się co kilka miesięcy i były obiektem oficjalnych i nieoficjalnych dyskusji narodowych. Osoby pracujące umysłowo dostawały kartki z symbolem M I dające prawo do zakupu 2,5 kg mięsa miesięcznie (w 1989). Pracownicy fizyczni (kartki M II) mieli prawo do zakupu 3,9 kg mięsa i wędlin. Najbardziej uprzywilejowani byli górnicy - na kartki z symbolem "G" dostawali 7 kg mięsa i wędlin.

Z biegiem czasu na kartkach pojawiały się takie produkty jak "wyrób czekoladopodobny" - wyśmiewany przez ludność ersatz czekolady.

Ważną rolę odgrywały odcinki kartek z napisem "rezerwa". W zależności od aktualnych braków na rynku na rezerwę kupowało się np. papier toaletowy lub rajstopy w ilości ogłaszanej przez codzienną prasę.

Prasa przypominała, że obywatel ma swobodę w wyborze dostępnych na kartki towarów. Papierosy i wódkę można było np. wymieniać na cukier i słodycze. Była to okazja do publicystycznych pogadanek o tym, że należy przedkładać zdrowy tryb życia oraz miłość do dzieci nad skłonność do używek.

System kartkowy miał wyeliminować kolejki, co nie bardzo się udało, bo ogonki - zwłaszcza po mięso - pozostały.

Kartkowe przydziały traktowane były jako niezbędna baza, a wiele towarów kupowało się poza oficjalnym obiegiem po cenach kilkakrotnie wyższych. Czarny rynek rozkwitał.

Koksownik

Metalowe kosze z żarzącym się koksem, wokół których grzali się żołnierze z transporterów opancerzonych oraz patrole zomowców, stały się jednym z symboli stanu wojennego. Dziennikarze oficjalni prześcigali się w opisywaniu lirycznych scenek, jak to przechodnie grzeją się razem z żołnierzami, którzy marzną dla nas i czuwają, aby wróg nie zburzył wspólnego dobra.

Komisarze wojskowi

Zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego pracownicy m.in. kopalń, hut, stoczni, PKP i komunikacji miejskiej zostali poinformowani o militaryzacji swoich przedsiębiorstw. Zmilitaryzowano też radio, telewizję i wiele innych firm, jak drukarnie, papiernie, szpitale, ale i zakłady mięsne.

Dla pracowników oznaczało to, że podlegali rygorom wojskowym, musieli np. wykonywać rozkazy, nie mieli prawa do strajku. Rygorów tych pilnowali komisarze wojskowi - skierowani do zakładów oficerowie służby czynnej LWP, którzy mieli patrzeć na ręce zarówno pracownikom, jak i kierownictwu.

Założeniem ekipy Jaruzelskiego było dać społeczeństwu sygnał, że wojsko przejmuje władzę na wszystkich poziomach. Pracowników zachęcano, by do komisarzy zwracali się ze skargami na przełożonych, a nawet na przywódców partii. "Partia kroczyć powinna taktycznie pół kroku z tyłu, pod osłoną wojska powinna odbudować swoje siły" - napisano w programowym dokumencie Komitetu Obrony Kraju z początków stanu wojennego.

Według danych IPN władze stanu wojennego posłały w kraj ok. 4,7 tys. komisarzy. 108 wojskowych z wykształceniem prawniczym oddelegowano do pracy w sądownictwie, by stali na straży wyroków w procesach politycznych.

Porządku stanu wojennego w największych zakładach pilnowali oficerowie w stopniach pułkowników i podpułkowników. W mniejszych firmach nie starczało zawodowych kadr, sięgano więc po emerytowanych wojskowych. Fundacja "Karta", zbierając świadectwa stanu wojennego, znalazła przypadek warszawskiej Spółdzielni Inwalidów "Mazowianka", gdzie komisarzem został emerytowany pułkownik, który 18 grudnia '81 rozkazał pracownikom wyruszyć do odśnieżania Traktu Lubelskiego.

Kopalnia Manifest Lipcowy

Dziś to - jak przed laty - kopalnia Zofiówka. Symbol górniczego protestu przeciwko władzy. Tutaj 27 sierpnia 1980 roku rozpoczął się strajk zakończony po tygodniu podpisaniem porozumień nazwanych później jastrzębskimi. Były one formą nacisku górników na władzę, by za-gwarantowała realizację postulatów porozumień gdańskich i szczecińskich.

W stanie wojennym strajk okupacyjny zaczął się tutaj rano 14 grudnia 1981 roku. Najpierw kopalnię zajęły 2 tysiące górników, potem przyszły jeszcze 4 tysiące. Przez kopalniane głośniki nadawali na przemian organizatorzy strajku i dyrekcja kopalni oraz komisarz wojskowy. Pierwsi informowali o planie strajku, drudzy nawoływali do jego zaprzestania.

Czołgi podjechały pod bramę kopalni 15 grudnia o godz. 10. Ponieważ górnicy się zabarykadowali, ZOMO obrzuciło ich petardami. Strajkujący nie odpuścili: petardy przerzucili z powrotem za mur i dwa razy obronili bramę przed atakiem czołgu. Nie dali rady dopiero za trzecim razem. Gdy brama puściła, na teren kopalni wszedł pluton specjalny. Zomowcy strzelali. Trafili Czesława Kłoska, Franciszka Gąsiorowskiego, Bogusława Tomaszewskiego oraz Zdzisława Kraszewskiego. Wszyscy z ranami postrzałowymi znaleźli się w szpitalu. Potem uznano, że zomowcy strzelali w obronie własnej.

Czesław Kłosek poszedł na studia prawnicze, by reprezentować rodziny zabitych w Wujku podczas procesu zomowców.

Kopalnia Piast

Gdy dyrektorzy kopalni Piast usłyszeli, że górnicy zawiązali komitet strajkowy i żądają odwołania stanu wojennego, zagrozili konsekwencjami, włącznie z karą śmierci. 14 grudnia nie zgodzili się na zjazd nocnej zmiany na dół. Górnicy jednak sprytnie oznajmili, że strajk to nie ich sprawa i chcą pracować.

Tysiąc mężczyzn zostanie na dole kopalni przez następnych 14 dni. Bez toalety, bieżącej wody, w chłodzie. Radzili sobie, jak mogli: organizowali wieczory kabaretowe i modlitewne. Śpiewali i dyskutowali. Docierały do nich wieści z powierzchni: o pacyfikacji kopalni Wujek i o nieudanym szturmie na ich kopalnię (kobiety i dzieci stworzyły żywą barykadę, uniemożliwiając przejazd milicji). Kilku załamuje się i wyjeżdża na powierzchnię, większość się jednak dzielnie trzyma - zabezpieczają ściany, wydobywają węgiel.

W wigilię świąt Bożego Narodzenia wygłodzeni górnicy przeszli kopalnianymi chodnikami do sąsiedniej kopalni Ziemowit (są połączone 10-kilometrowym korytarzem). Tam jednak już nikogo nie było. Piast był bowiem tego dnia jedynym strajkującym zakładem pracy w Polsce. Kilka godzin później na dół zjechał biskup Janusz Zimniak z trzema księżmi. Nie namawiał górników do przerwania strajku, przypomniał tylko, że czekają na nich rodziny, i udzielił im rozgrzeszenia. Na Wigilię górnicy dostali po kawałku chleba i jabłka.

Strajk przerwano 28 grudnia ze względu na zagrożenie zdrowia górników. Przywódcy strajku zostali aresztowani, a potem wyemigrowali z kraju.

Ostatnia szychta w KWK "Piast"

"Wyjeżdżajcie już chłopcy od Piasta,

Pora chłopcy opuścić tę dziurę,

Baby płaczą, napiekły Wam ciasta,

Złota klatka uniesie Was w górę.

Wyjeżdżajcie, już szychta skończona,

Pielęgniarki i lekarz są w szatni.

Porozwożą Was "suki" po domach,

Mają wszystkich. Wasz szyb był ostatni.

Pan pułkownik wyciągnie sam rękę,

Gdzieś w kantorku bulgoce już czajnik,

Żona z Wujka ma czarną sukienkę,

A poza tym jest wszystko normalnie.

*

Śpijcie w domach spokojnie do rana,

Nikt nie będzie się z Wami targować,

Jutro druga pojedzie w dół zmiana.

Trza fedrować! Fedrować! Fedrować.

*

Ze dwudziestu nie wróci górników,

Pięciu zniknie, czterech stanie przed sądem,

Trzech oplują w wieczornym "Dzienniku",

Dwóch jest nie stąd. A reszta? Jest z rządem.

(...)

Ład i spokój, i praca na górze, Pojedyncze są jeszcze przypadki...

Wolny kraj. Co Was trzyma w tej dziurze?

Czas się zbierać, czas wchodzić do klatki".

Tekst napisał Jan Michał Zazula-Jaśko, muzykę - Jan Krzysztof Kelus, który też śpiewał tę piosenkę.

Źródło: "Noc generałów. Zbiór poezji wojennej 13 XII 1981-13 II 1982", Wyd. Wojenna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1982

Kopalnia Wujek

Znajduje się w dzielnicy Brynów, niedaleko śródmieścia Katowic. Miejsce najbardziej tragicznych wydarzeń stanu wojennego - śmierci dziewięciu górników. Po północy 13 grudnia 1981 roku esbecy rozwalili siekierą drzwi Jana Ludwiczaka, przewodniczącego kopalnianej "Solidarności", i internowali go. Wściekli górnicy ogłosili strajk. Zażądali uwolnienia Ludwiczaka, odwołania stanu wojennego, przywrócenia działalności "S" oraz realizacji porozumień jastrzębskich.

Pacyfikacja rozpoczęła się 16 grudnia rano. Wszystko działo się na oczach zrozpaczonych mieszkańców Brynowa i rodzin strajkujących górników. Najpierw kopalnię ostrzelano gazem łzawiącym i wodą z armatek, potem czołg staranował bramę i weszło ZOMO. Górnicy bronili się zaciekle. Unieruchomili czołg, wsadzając pręty między koła, rzucali w zomowców śrubami i kamieniami. Ci wycofali się pod magazyn odzieży i zaczęli strzelać. Siedmiu górników zginęło na miejscu, dwóch zmarło w szpitalu. Kilkudziesięciu zostało rannych. Przywódcy strajku zostali skazani przez sąd wojskowy na więzienie. Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach uznała, że pluton specjalny użył broni zgodnie z przepisami, w obronie własnej.

W 1997 roku skończył się pierwszy proces w sprawie Wujka: część zomowców uniewinniono, sprawy pozostałych się przedawniły. Sąd uznał, że prokuratura nie zebrała wystarczających dowodów winy oskarżonych. Podobny finał miał drugi proces, w 2001 roku. Trzeci proces w sprawie Wujka właśnie się kończy. 19 grudnia powinny zacząć się mowy końcowe.

Kożuch Bujaka

2 marca 1983 roku około godziny 17.30 ukrywający się Zbigniew Bujak, jeden z przywódców podziemnej "Solidarności", spotyka się w konspiracyjnym mieszkaniu na warszawskim Gocławiu z Aleksandrem Małachowskim. Nie wie, że Małachowski został namierzony przez SB, która wkracza tam o ósmej wieczorem.

Bujak legitymuje się dowodem osobistym lekarza Michała Wroniszewskiego, który mieszka na Ursynowie. Esbecy na razie nie orientują się, że mają Bujaka. Jadą z nim na adres widniejący w dowodzie. Po wyjściu z samochodu dwóch esbeków prowadzi Bujaka pod ręce. Bujak to były komandos, jest wysportowany i silny. Ma na sobie gruby, mocno zużyty kożuch. Niepostrzeżenie rozpina guziki i gwałtownym ruchem wyszarpuje się esbekom, którym w rękach zostaje tylko kożuch. Jest szybszy od pogoni. Wybiega pod przejeżdżającą wolną taksówkę. Zatrzymuje ją, wsiada i każe się wieźć do Ursusa. W samej koszuli, przy kilkustopniowym mrozie idzie do domu, w którym ukrywał się na samym początku. Umówił się z gospodynią, że to będzie lokal awaryjny. Jest już późna noc. Bujak długo puka, ale nikt nie odpowiada. Dom stoi na odludziu, mieszkają w nim dwie samotne kobiety, które boją się otworzyć.

Bujak rusza pieszo do znajomego do Włoch. Z naprzeciwka jedzie milicyjny łazik. "Już po mnie", myśli, bo przecież milicja na pewno zatrzyma się na widok człowieka w samej koszuli. Zaczyna biec, udając jogging. Gazik mija go obojętnie. Znajomy wywozi go do wsi pod Skierniewicami.

SB aresztowało Bujaka dopiero 31 maja 1986 roku.

Bujak dostał ten kożuch od rodziny Naumczyków, u których się ukrywał. Został mu zwrócony, gdy szefem MSW był Andrzej Milczanowski. Kożuch był starannie pozszywany.

Lojalka

"Ja niżej podpisany oświadczam i zobowiązuję się do zaniechania wszelkiej działalności szkodliwej dla Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, a w szczególności do przestrzegania obowiązującego porządku prawnego".

Takie oświadczenia podsuwano do podpisu po każdym przesłuchaniu na milicji czy SB ludziom podejrzewanym o wrogą działalność. Tekst był bełkotliwy (obywatel miał zaniechać, a w szczególności przestrzegać), ale podpisanie lub nie lojalki miało przede wszystkim znaczenie psychologiczne. Dla SB był to sygnał, że ten, kto podpisał, może być podatny na zastraszenie i zmuszenie do współpracy.

Msze za ojczyznę

Na początku stanu wojennego ksiądz Jerzy Popiełuszko podjął się prowadzenia mszy za ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Msze te były odprawiane tam już wcześniej dzięki proboszczowi Teofilowi Boguckiemu. Na pierwszą taką eucharystię ks. Bogucki zaprosił parafian już w październiku 1980 roku. Potem powierzył msze wikariuszowi księdzu Jerzemu, duszpasterzowi warszawskiej Huty. Ten odprawił pierwszą mszę za ojczyznę 17 stycznia 1982 roku. Następna odbyła się w ostatnią niedzielę lutego i ustaliło się, że terminem będzie ostatnia niedziela miesiąca, godz. 19.

Msze były starannie przygotowane, dekoracje wykonywali artyści plastycy, nabożeństwo kończyły programy poetycko-muzyczne prezentujące wielką polską literaturę romantyczną wykonywane przez znakomitych aktorów. Były transparenty, śpiewy zbiorowe, szczególnie wzruszała pieśń "Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana". Zjeżdżały się z całej Polski tysiące ludzi, którzy stali także wokół kościoła. Msze miały oczywisty wydźwięk polityczny, ale były autentyczną modlitwą, powodowały powroty do Kościoła. Ks. Popiełuszko domagał się poszanowania wolności, ale nie podburzał; mówił wręcz: - Chcemy wszystkim naszym winowajcom przebaczać, jak Ty przebaczasz nam nasze winy.

Msze za ojczyznę odprawiano nie tylko tutaj, ale w wielu kościołach w całej Polsce.

Na podstawie książki Mileny Kindziuk "Świadek prawdy. Życie i śmierć księdza Jerzego Popiełuszki"

Mundurowy "Dziennik Telewizyjny"

Dowcip z czasów stanu wojennego: "Pytanie: jaki jest najwyższy stopień wojskowy w telewizji? Odpowiedź: starszy Tumanowicz".

13 grudnia w telewizji przemówienie do narodu wygłosił w galowym mundurze gen. Wojciech Jaruzelski. W stanie wojennym mundurowy szyk dziennika został utrzymany. "Dziennik Telewizyjny" był początkowo nagrywany w tzw. bunkrze przy ul. Żwirki i Wigury, gmach telewizji był otoczony przez wojsko i zamknięty. Niebawem wydanie poprowadzili lojalni spikerzy przebrani na zielono.

Byli wśród nich: Andrzej Racławicki, Adam Bronikowski, Witold Stefanowicz, Jerzy Rosołowski, Krzysztof Bartnicki i najsłynniejszy Marek Tumanowicz. Nie udało się ubranie w mundur specjalisty do spraw międzynarodowych Grzegorza Woźniaka, który wyglądał w nim zupełnie niewojskowo. Początkowo materiały przygotowane przez SB ukazywały "arsenały" "Solidarności", która dążyła do eksterminacji Polaków popierających PZPR. Były to dzidy, piki, pałki z kabli oraz "znalezione" samopały i amunicja. W "Dzienniku" nadawane były szczególnie często fragmenty nagranej i przemontowanej przez SB taśmy z narady Komisji Krajowej "Solidarności" w Radomiu, w czasie której nawoływano do konfrontacji z rządem.

Prezenterzy zdjęli mundury dopiero po odwołaniu stanu wojennego, o czym Tumanowicz śpiewał nawet w kadzącej władzy szopce noworocznej.

Słowo "Dziennik" tak źle kojarzyło się w Polsce, że po upadku komunizmu audycja została przechrzczona na "Wiadomości".

Najwyższy wyrok stanu wojennego

Najbardziej drastyczny wyrok w stanie wojennym wydał sąd marynarki wojennej. Dziesięć lat więzienia i pięć lat pozbawienia praw publicznych dostała Ewa Kubasiewicz - członkini Zarządu Regionu Gdańskiego "S", z wykształcenia polonistka i bibliotekarka, pracownica Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni, wówczas uczelni zmilitaryzowanej. Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego współorganizowała strajk w WSM, a później podpisała własnym nazwiskiem ulotkę - powieloną w pięciu egzemplarzach i rozwieszoną na uczelni - o zakończeniu protestu. Została aresztowana pod koniec grudnia 1981 roku.



Proces Kubasiewicz oraz innych działaczy „S” i studentów WSM trwał trzy dni, od 1 do 3 lutego 1982 roku. Sędzia, komandor podporucznik Andrzej Grzybowski, oparł się na zeznaniach dwóch świadków oskarżenia oraz na treści ulotki kończącej strajk. Inni oskarżeni w tym samym procesie dostali od dziewięciu do trzech lat pozbawienia wolności.Paweł Smoleński
Niemowlętom się należy

Uchwałą "w sprawie reglamentowanej sprzedaży podstawowych artykułów codziennego użytku dla niemowląt" opublikowaną w Dzienniku Ustaw Rada Ministrów przyznała każdemu nowo narodzonemu prawo do zakupu:

- 1 kilograma kaszy manny na miesiąc;

- 2 kilogramów cukru na miesiąc;

- 2 i 1/2 kilograma mleka w proszku miesięcznie.

Następnie - wolą rządu - zapewniono im jeszcze:

- proszku do prania Cypisek (istnienia innego uchwała Rady Ministrów nie przewidywała) 900 gramów miesięcznie;

- waty 100 gramów miesięcznie;

- mydła 2 kawałki miesięcznie;

- oliwki zaś 1 opakowanie na dwa miesiące.

Przydziały przysługiwały "dzieciom od 0 do 11 miesięcy i 29 dni".

Nobel dla Wałęsy

5 października 1983 roku o drugiej w nocy Wałęsę budzi telefon od Krzysztofa Wyszkowskiego. - Lechu, masz Nobla! - Dobra, dobra - odpowiada zaspany Wałęsa i odkłada słuchawkę. Rano jedzie na grzyby do wsi Kaszuba, 120 kilometrów od Gdańska. Za Wałęsą jak zwykle kilka samochodów z zagranicznymi dziennikarzami. Już w ubiegłym roku spodziewano się, że dostanie pokojowego Nobla. O dziesiątej kawalkada samochodów wjeżdża na podwórko znajomych Mażula, ochroniarza Wałęsy. Dziennikarze otaczają Lecha. Tylko dziennikarz niemiecki zostaje przy samochodzie i słucha radia. Nagle krzyczy: - Nobel! Nobel! Wałęsa zachowuje spokój, sam chce to usłyszeć. O jedenastej wszyscy zastygają przy radiach. Jedna z niemieckich rozgłośni podaje, że laureatem został Lech Wałęsa. Polskie radio mówi o tym dopiero o czwartej po południu, w suchym komunikacie PAP, bez żadnych komentarzy. - Jeszcze nie wiedzą, co powiedzieć - uśmiecha się Wałęsa.

Do domu wraca około szóstej. Na ulicach ludzie już wiedzą i pozdrawiają noblistę. Wałęsa odpowiada znakiem V. Pod domem cały tłum. Drogę od samochodu do mieszkania Wałęsa odbywa na rękach ludzi. Po chwili staje w oknie i wygłasza krótkie przemówienie. - To jest nasza wspólna nagroda, uznanie dla nas wszystkich, którzy chcemy iść do prawdy pokojową drogą, przez porozumienie. Uważam, że skoro rozumieją nas mądrzejsi od nas, o czym świadczy choćby ich gospodarka, poziom życia (tłum reaguje śmiechem i brawami), to zostaniemy też uznani, wcześniej czy później, i we własnym kraju. Wierzę, że zasiądziemy do stołu i porozumiemy się dla dobra Polski, ponieważ jesteśmy skazani na porozumienie. Innej drogi nie ma.

Kilka dni później dziennikarze pytają go, czy nagrodę odbierze osobiście. Wałęsa odpowiada: - Czy moi koledzy, którzy siedzą w więzieniu lub są pozbawieni pracy, mogliby mi towarzyszyć w tym dniu? Jeśli nie - to znaczy, że nie nadszedł jeszcze dla mnie czas świętowania nagród, nawet tak wspaniałych.

Do Oslo jedzie odebrać nagrodę żona Danuta z najstarszym synem, Bogdanem.

Opornik

Pierwsi wpadli na to sympatycy "Solidarności" z fabryk półprzewodników i szybko stało się to w kręgach opozycyjnych modne: w miejsce zakazanego znaczka "Solidarności" przypinało się do marynarek, swetrów czy roboczych fartuchów tranzystorowe oporniki. Było to granie na nosie dyrekcji w zakładach pracy - wszyscy wiedzieli, że chodzi o "Solidarność", a zakazać nie było można.



Moda ta miała uboczny skutek gospodarczy - oporników zabrakło w sklepach z częściami elektronicznymi.Jerzy Skoczylas
Pacyfikacja Stoczni Gdańskiej

- Rano 13 grudnia, jak się obudziłem i usłyszałem głos Jaruzelskiego, natychmiast pojechałem do stoczni - wspomina Klemens Gniech, dyrektor Stoczni Gdańskiej w Sierpniu '80. - Ludzie są na wydziałach, ale panuje atmosfera przestrachu. Stoją czołgi przed bramą. Oczywiście pracować to nikt nie pracował. Czy to był zorganizowany strajk? Trudno powiedzieć... W takiej atmosferze nie można było po prostu pracować.

Następnego dnia dyrektorów gdańskich przedsiębiorstw wezwano na odprawę do komendy wojewódzkiej MO. Nadgorliwcy przyszli w mundurach. Dyrektor Stoczni Komuny Paryskiej w wysokich butach i w moro. Padł rozkaz, żeby zrobić listy aktywistów "Solidarności".

15 grudnia w stoczni pojawił się Bogdan Borusewicz. Był załamany, że ludzi jest tak mało, może kilkaset osób: - Sił nie starczało nawet, żeby porozstawiać ludzi pojedynczo wzdłuż płotu, nie mówiąc o skoncentrowaniu w jakichś grupach, w newralgicznych punktach - wspomina organizator sierpniowego strajku w książce "Konspira. Rzecz o podziemnej Solidarności". - Strajkujący byli przestraszeni. Dochodziło do takich sytuacji jak pod bramą numer dwa, że prawie siłą trzeba było wyrzucać ludzi ze stołówki, aby poszli zmienić kolegów mar-znących na warcie.

Borusewicz tłumaczył ludziom, by trzymali w rękach "broń" - kije, łańcuchy. Żeby pokazali determinację. Dopiero jak wojsko wkroczy, radził odrzucić kije i nie wdawać się w walkę.

Zomowcy uderzyli 16 grudnia, w kilku miejscach jednocześnie. Możliwości obrony nie było żadnej.

Gniech: - To był straszny dzień. Stoczniowcy w swojej naiwności zablokowali bramę jakimiś przyczepami. Czołgi rozwaliły to w jednej chwili. Wojskowi i zomowcy wpadli do środka, rozbiegli się po stoczni jak barbarzyńcy po zdobytym mieście. Wlecieli do dyrekcji, rozbili drzwi, zajęli mój gabinet. Ludzie uciekli na Ostrów, wyspę na terenie stoczni. A potem ich stamtąd pędzili. Całą załogę, jak bydło. Widziałem starych robotników, szli z tej wyspy i płakali. Wyszedłem im naprzeciw, stałem przy moście. Szła ich cała kolumna w brudnych drelichach, eskortowani przez uzbrojone wojsko, przypominali więźniów.

Pałowanie, polewanie, gazowanie

W Polsce stanu wojennego pałowanie dotyczyło każdego, kto podejmował brzemienną w skutki decyzję o wyjściu na ulicę wraz tłumem ludzi protestujących przeciwko Wojciechowi Jaruzelskiemu. W pałowaniu ważny był zatem kontekst, na drugi plan schodziły normalne w państwach demokratycznych procedury i zbiór przepisów na to pozwalających. W biciu najmniej istotny był pałujący, który był bezmózgim ramieniem zbrojnym reżimu, istotni byli wydający polecenie pałowania i samo narzędzie.

Pałka milicyjna tamtych czasów, ta występująca na co dzień, miała niewiele więcej ponad 40 centymetrów i 22 milimetry średnicy. Była biała, a zatem symbolizowała niewinność czy może raczej czystość - intencji oczywiście. Z racji skromnych rozmiarów nie służyła do rozpraszania nielegalnych demonstracji, była raczej atrybutem nieco maskowanej siły przytroczonym do raportówki i rzadko używanym w innych niż symboliczne i publiczne celach. Czasem milicjant na służbie na ulicy prześwięcił małą pałą jakiegoś pijaczka, używano ich też na posterunkach i w aresztach, zważywszy na ich poręczność. Male pałki, zwane też "lolami", można było zobaczyć w kronice filmowej, gdy pokazywano, jak milicjant o dobrotliwym obliczu przeprowadza z pałą u boku dziatwę przez ulicę.

Do pałowania na ulicach polskich miast używano pał szturmowych, też białych, ale dłuższych. Miały 61,5 centymetra długości i 22 centymetry średnicy. Zwyczajni milicjanci z nimi nie chodzili, można je było zobaczyć wyłącznie w rękach członków Zmechanizowanych Oddziałów Milicji Obywatelskiej podczas akcji rozpraszania bądź pacyfikowania, czyli podczas działań w terminologii fachowej zwanych "kontrolowaniem tłumu".

W grudniu 2000 roku prof. Łukasz A. Turski pomieścił w piśmie "Wiedza i Życie" pożyteczny tekst pt. "Fizyka stanu wojennego". Była to szczegółowa analiza fizyczna gazowania, polewania i pałowania właśnie. Autor dokładnie porównał siły działające na ciało bitego, zarówno w sytuacji, gdy bijący posługuje się pałką sztywną, jak i elastyczną, czyli gumową. Bezwzględnie lepiej dostać pałą tego pierwszego gatunku, bowiem deformacja, której podlega gumowa pałka podczas zamachu, powoduje, że gromadzi się w niej znacznie większa energia kinetyczna, gwałtownie uwalniana, gdy bijący trafia do celu.

Chodziły plotki, że pały były produkcji amerykańskiej, co należy uznać za element esbeckiej propagandy. Pały policyjne są na całej kuli ziemskiej żałobnie czarne, powód preferencji kolorystycznej władz PRL jest tajemnicą niezbadaną.

Polewanie za pomocą polewaczek milicyjnych było nieprzyjemne w zimie i absolutnie do zniesienia w lecie. Wodę czasem barwiono, co ułatwiało milicji identyfikację zadymiarza, gdy ubranie wyschło, ale miało na przykład czerwone plamy. Prof. Turski we wspomnianym tekście bardzo dokładnie opisuje zjawiska zachodzące podczas tłoczenia i wytryskiwania wody przez lufę polewaczki. Jej jakość poznaje się po tym, w jakiej odległości od momentu wytryśnięcia strumień wody zaczyna się rozdymać, czyli zamienia się w mgiełkę, a tym samym staje się nieszkodliwy dla polewanego. Im dalej, tym polewaczka jest lepsza i skuteczniejsza, mogąca "rozpraszać" sprawniej. Od Turskiego dowiedziałem się, że "każdy strumień cieczy posiadający symetrię walcową musi się rozpaść, nawet gdyby poruszał się w idealnej próżni i pod nie-obecność pola grawitacyjnego". W praktyce nie sposób tego uniknąć, co jest też dowodem, że komunizm nie mógł przetrwać, nie łamiąc prostych zjawisk fizyki.

Rozpraszanie tłumu za pomocą gazu łzawiącego to temat historycznie rozległy, zatem znów trudno nie przytoczyć analizy prof. Turskiego, który za początek obezwładniania w ten sposób uznaje moment ekologicznego wyposażenia londyńskiego konstabla (z połowy XIX wieku) w mieszek zawierający gaz łzawiący tamtych czasów - mieszaninę drobno mielonego pieprzu i mąki. Gazowanie tłumów na ulicach polskich opierało się (i opiera wciąż) na zasadach identycznych z tymi, które wykorzystują specjaliści od perfum i dezodorantów, a mianowicie dyfuzji i konwekcji. „Konstruktor gazu musi tak dobrać masę cząsteczki i unoszącej ją substancji, by proces konwekcji zbyt szybko nie » zabrał «chmury gazu łzawiącego z miejsca jego zastosowania i zarazem tak, aby proces dyfuzji zbyt szybko jej nie powiększył i nie rozcieńczył substancji drażniącej drogi oddechowe i skórę” - pisze Turski.

Milicja nie zawracała sobie głowy fizyką, wystrzeliwała po prostu gigantyczną liczbę pojemników, zagazowując całe dzielnice, przez które nie dało się - nie łzawiąc - przejść nawet po paru dniach.

Piosenka z Kołobrzegu

Na pytanie, kiedy skończy się stan wojenny - odpowiadano: wtedy, gdy Polacy nauczą się na pamięć wszystkich piosenek z Kołobrzegu. Przez pierwsze miesiące stanu wojennego piosenki żołnierskie z Kołobrzegu były podstawą programu muzycznego polskiej telewizji.

Przez ekran przewijała się plejada wokalistów i wokalistek, którzy dzięki nagłemu zaistnieniu tej kategorii muzycznej w mediach zaznali chwili sławy: Regina Pisarek, Teresa Tutinas, Barbara Książkiewicz, Adam Zwierz, Ryszard Arning.

Furorę robiła trafiająca w gusta członków WRON pieśń "Kiedy Polska da nam rozkaz" wykonywana przez Adama Zwierza. W refrenie pojawiały się słowa: "Kiedy Polska da nam rozkaz / stanie cały naród nasz jak zielony młody las / zgłosimy się do wojska, żeby socjalizmu bronić wraz".

Roman Gierczak śpiewał "Nie ma rycerza bez pancerza" (to ku czci jednostek pancernych), Adam Szajewski w piosence "Weźcie mnie z rezerwy" aż rwał się do służby.

Coroczne festiwale w Kołobrzegu były otoczone niebywałą celebrą (konferansjerkę prowadził zazwyczaj J-23 Stanisław Mikulski), a nowe przeboje, np. "Chabry z poligonu", bębniły wszystkie rozgłośnie radiowe (z wyjątkiem "Trójki"). Pojawiały się i elementy dydaktyczne, np. piosenka "Wojsko wszystkiego za nas nie załatwi, ma przecież swoje własne ważne sprawy...".

Festiwal w Kołobrzegu przetrwał 1989 rok. Padł z przyczyn ekonomicznych w połowie lat 90.

Pomarańczowa Alternatywa

Chyba najsłynniejszy ruch happenerski Europy Środkowo-Wschodniej. Mało kto wie, że powszechnie znana z akcji odbywających się pod koniec lat 80. Pomarańczowa Alternatywa to nazwa pisma studenckiego publikowanego przez Majora Fydrycha i Andrzeja Dziewita w czasie pierwszego strajku studenckiego we Wrocławiu w 1981 roku. Natchnieniem dla wrocławskiej PA był holenderski ruch kontrkulturowy albo - jak kto woli - anarchistyczny Provos z lat 60. To z tego ruchu w 1970 roku wyłoniła się partia Krasnoludków, która co rusz usiłowała mieszać absurd do polityki.

Liderem PA został Waldemar Frydrych "Major" (major dlatego, że mianował się on samozwańczym dowódcą twierdzy Breslau). Pierwszą znaną akcją było malowanie w 1982 roku krasnoludków na zamalowanych przez władzę antyrządowych hasłach. Akcje PA przybrały na sile w drugiej połowie lat 80. Z początku władze i opozycja nie miały pojęcia, jak na nie reagować. Dla jednych i dla drugich problemem było to, że nijak nie pasowały one do normalnego wzorca demonstracji opozycyjnych. Na przykład w czasie strajku w Nowej Hucie w 1988 roku odczytano list do robotników, który zawierał entuzjastyczne poparcie dla ich protestów. Autorem listu był Lenin. Albo uczestnicy happeningów rozdawali poszukiwany papier toaletowy. Albo ustawiali się w szeregu w koszulkach z literami układającymi się w napis "Precz z U-pałami".

Kulminacyjnym punktem historii PA był marsz krasnoludków 1 czerwca 1988 roku, kiedy na ulice Wrocławia wyszło kilkanaście tysięcy osób ubranych w pomarańczowe czapeczki lub mających inne insygnia w tym kolorze. Milicja z początku była trochę ogłupiała, ale w końcu zatrzymywała wszystkich, którzy mieli coś pomarańczowego. W 1988 ruch rozlał się na całą Polskę. W Łodzi po Piotrkowskiej biegał ktoś przebrany za galopującą inflację, klepano też biedę, czyli walono w tabliczki z napisem "bieda". Z łódzkiej części PA pochodzi Skiba, lider zespołu Big Cyc. Natomiast w Warszawie PA była nazywana Białą Alternatywą i organizowała takie happeningi jak "Grudnia nie oddamy" na placu Dzierżyńskiego (dziś Bankowy) albo Rewolucyjna Rewia Soc-Mody.

Tradycje PA nadal są żywe w narodzie i ugrupowanie Krasnoludki i Gamonie pod wodzą "Majora" odniosło w ostatnich wyborach samorządowych w Warszawie druzgocące zwycięstwo nad kandydatem LPR Wojciechem Wierzejskim.

Pomoc Kościoła

Stan wojenny byłby o wiele bardziej dolegliwy, gdyby nie Kościół. Jego rola jest nie do przecenienia. Kościoły odgrywały rolę punktów informacyjnych o osobach aresztowanych, a także miejsc, gdzie można było ominąć zakaz zgromadzeń. 17 grudnia 1981 roku dekretem prymasa Polski Józefa Glempa powołany został Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i Ich Rodzinom, któremu przewodził biskup Władysław Miziołek.

W każdym większym mieście był co najmniej jeden kościół aktywnie wspierający opozycję, łącznie z ukrywaniem działaczy, którzy uniknęli aresztowania. Wszystkich wymienić nie sposób, bo były ich setki. Wymieńmy choć niektóre:

- kościół św. Marcina w Warszawie (z księdzem Bronisławem Dembowskim, mieścił się tu komitet pomocy, na który 3 maja 1983 roku "nieznani sprawcy" z SB dokonali napadu);

- kościół św. Stanisława Kostki w Warszawie (msze za ojczyznę księdza Jerzego Popiełuszki);

- kościół przy ul. Żytniej w Warszawie (rozkwitała tam kultura niezależna, z koncertami i występami aktorów);

- kościół św. Brygidy w Gdańsku z księdzem Henrykiem Jankowskim;

- kościół w Mistrzejowicach w Krakowie (w mszach za ojczyznę odprawianych przez księdza Kazimierza Jancarza uczestniczyło zwykle ponad tysiąc wiernych; działał tu również Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy);

- kościół Arka Pana w Bieńczycach (Nowa Huta), gdzie ks. Władysław Palmowski współzakładał Społeczny Fundusz Pomocy Pracowniczej;

- kościół Najświętszej Marii Panny w Stalowej Woli, gdzie ksiądz Edward Frankowski (obecny biskup) wspierał hutników;

- kościół Jana Chrzciciela w Zbroszy Dużej w powiecie grójeckim, gdzie ksiądz Czesław Sadłowski przewodził rolnikom.

Do kościołów przynoszono listy i paczki, które potem zawożono internowanym. Można tam było kupić podziemne wydawnictwa, uczestniczyć w dyskusjach, koncertach, a nawet spektaklach teatralnych w wykonaniu najsłynniejszych polskich aktorów, którzy bojkotowali telewizję i teatry. Do kościołów przychodzili również ludzie niewierzący, bo były to jedyne miejsca, gdzie można było usłyszeć słowa pociechy. Władze przyglądały się temu ze wzrastającą irytacją, ale nie odważyły się na rozciągnięcie zakazu zgromadzeń na kościoły.

Porwania toruńskie

We wrześniu 1983 roku szefem Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Toruniu zostaje płk Stanisław Łukasiak. Na spotkaniu z sędziami i prokuratorami oświadcza, że w ciągu roku "zlikwiduje podziemie w mieście". Powołuje specgrupę oficerów SB pod kierunkiem kpt. Henryka Misza. Misz i siedmiu innych esbeków w lutym i marcu 1984 roku porywają kolejno czwórkę działaczy "S": Piotra Hryniewicza, Gerarda Zakrzewskiego oraz (jednocześnie) Antoniego Mężydłę i Zofię Jastrzębską, jego żonę.

- Na ulicy, w biały dzień, zajeżdża mi drogę nyska - wspomina Mężydło, dziś poseł PiS. - Wyskakuje trzech, wpychają do środka, kajdanki, na głowę szalik. To już było po zabójstwie Piotra Bartoszcze i po tym, jak esbecja porwała Janusza Krupskiego, którego w Puszczy Kampinoskiej polali chemikaliami. Pomyślałem, że może nie wiozą mnie tylko na przesłuchanie. W końcu wyprowadzają mnie w lesie, przywiązują do drzewa i jeden zaczyna kopać dół. Myślę: "egzekucja". O nic nie pytają. Szaro się robi, jeden z nich przeładowuje pistolet, drugi podchodzi i kopie mnie w tyłek, za chwilę dostaję kijem w głowę. "Odmawiaj zdrowaśki!" - krzyczy któryś. Przyciskam twarz do pnia, zaciskam oczy - żeby tylko żadnego z nich nie oglądać. Bartoszcze pewnie kogoś rozpoznał i dlatego zginął. Słyszę: "Drukarnia!". Mówię: "Pomyłka...". Znowu cios. Jest już ciemno, kiedy pakują mnie do auta i wiozą dalej. Zawożą do jakiegoś budynku, przykuwają. Lampa w oczy. Strasznie zimno. Oni mają na twarzach pończochy. Znowu bicie, w pięty, godzinami. Kiedy próbuję zasnąć, polewają lodowatą wodą. Jeden mówi, że mają moją żonę: "Jest z nią dwóch naszych ludzi, zrobią, co im każemy". Puszczają mi z taśmy jej głos: "Antek, powiedz panom". Głos sztywny, poznaję po tonie, że to jest wymuszone nagranie. I dalej milczę.

Mężydło był trzymany w nieczynnym ośrodku wczasowym nad podtoruńskim jeziorem 50 godzin. Na koniec, spojony na siłę wódką, został wyrzucony na wysypisku śmieci pod Brodnicą. W kieszeni znalazł ulotkę, w której "organizacja terrorystyczna" Anty-Solidarność przyznaje się do porwania i tłumaczy, że "rząd zbyt miękko traktuje opozycję".

Porwany składa oficjalne zawiadomienie o napaści. "Śledztwo" szybko zostaje umorzone z powodu niewykrycia sprawców (decyzję podpisuje prokurator Antoni Białowicz). Nie pomaga fakt, że Mężydło na własną rękę odnajduje jednego z porywaczy - Marka Kuczkowskiego - i wskazuje go prokuratorom.

Dochodzenie zostaje wznowione w 1990 roku i policja bez problemu ustala, kto dokonał porwań. Przed sądem staje sześcioro esbeków, w tym Kuczkowski, który przyjmuje zaskakującą linię obrony: porwania były fikcją, operacją nastawioną na uwiarygodnienie w podziemiu grupy agentów. Na dowód pokazuje sądowi pokwitowania pieniędzy podpisane przez Hryniewicza. Sugeruje, że pozostali porwani też byli agentami SB. Szok.

Proces wykazuje, że Hryniewicz faktycznie współpracował z SB, Kuczkowski był jego oficerem prowadzącym. W trakcie porwania pozostali esbecy nie wiedzieli, że torturują agenta.

W 1991 roku Misz, Kuczkowski i inni dostają kilkuletnie wyroki. Załamany i skompromitowany Hryniewicz wyjeżdża na stałe do Niemiec. Mężydło oddaje się działalności biznesowej i politycznej.

PRON

Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego miał zastąpić skompromitowany Front Jedności Narodu i skupić Polaków wokół Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego i generała Wojciecha Jaruzelskiego. Powstał w lipcu 1982 roku. Utworzyły go PZPR, ZSL, SD oraz koncesjonowane partie katolickie, m.in. PAX i ChSS. Przewodniczącym został pisarz, przedwojenny działacz narodowej demokracji, powojenny PAX-u - Jan Dobraczyński. Z formalnego punktu widzenia swoje zadanie "skupienia" wykonał. W połowie lat 80. działacze PRON chwalili się, że mają dwa razy więcej członków niż "Solidarność" przed rozwiązaniem, czyli około 20 mln. Jednak do PRON "zapisywane" były całe organizacje: OPZZ, Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, ZHP, a nawet Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Każdy Polak miał więc szansę kilkakrotnie "być" w PRON-ie i nawet o tym nie wiedzieć.

PRON był organizacją fasadową, której najistotniejszym zajęciem poza popieraniem władzy było fundowanie sztandarów wojsku i milicji. Stał się obiektem wielu dowcipów, których większość łączyła się z niefortunnym skrótem nazwy. Zakończył działalność w 1989 roku. Ostatnią jego "ofiarą" okazał się jego sekretarz generalny Jerzy Jaskiernia, któremu w roku upadku PRON-u Uniwersytet Jagielloński nie przyjął opasłej pracy habilitacyjnej o znaczeniu tej organizacji dla polskiego systemu politycznego.

Przerwany program TV

W Programie I jest półgodzinny polski film baletowy "Rzeźbiarze powietrza" (o Pantomimie Olsztyńskiej), więc niemal wszystkie telewizory przełączone są na Program II, gdzie leci włoski film fabularny "Święty Michał miał koguta" (reż. Paolo i Vittorio Taviani), o XIX-

-wiecznym anarchiście walczącym z uciskiem społecznym. Według gazetowych zapowiedzi film miał trwać od 22.00 do 23.30, ale - jak zwykle podczas "Studia 2" - jest narastający poślizg i tuż po wpół do dwunastej film wciąż trwa. Główny bohater Giulio Manieri konwojowany jest łodzią do więzienia na wyspie. W chwili gdy zamierza zepchnąć wartownika do wody, nagle na ekranie telewizorów ukazują się prezenterzy "Studia 2" Bożena Walter, Edward Mikołajczyk i Tomasz Hopfer, którzy mówią, że z przyczyn technicznych program zostaje przerwany. Ekran gwałtownie ciemnieje. Jest sobota 12 grudnia 1981 roku, 20 minut przed północą (Gabriel Meretik w słynnej książce "Noc generała" błędnie napisał, że stało się to równo o północy).

Wszyscy są zdziwieni, ale nikt niczego nie podejrzewa. Nawet ci, którzy próbują słuchać radia. Wszystkie trzy programy milczą. Ci, którzy włączyli radio natychmiast po przerwaniu filmu, zdążyli usłyszeć tylko końcówkę hymnu państwowego nadawanego na koniec programu.

W niedzielę rano ci, którzy mają małe dzieci, włączają telewizory o dziewiątej na "Teleranek". Radiosłuchacze niedzielę zaczynają o dziesiątej, od ogromnie popularnej audycji "60 minut na godzinę" nadawanej w Programie III. Jednak nie ma ani "Teleranka", ani "Sześćdziesiątki". "Trójka" nie nadaje niczego, a w telewizji w kółko powtarzane jest przemówienie generała Jaruzelskiego poprzedzane hymnem państwowym.

Rozmowa kontrolowana

Telefony w całym kraju wyłączono w sobotę 12 grudnia 1981 roku, tuż przed północą.

5 stycznia 1982 przywrócono łączność w 10 najmniejszych województwach (na 49), takich jak bialskopodlaskie, przemyskie czy włocławskie. 10 stycznia wróciła łączność telefoniczna w miastach, a połączenia międzymiastowe w całym kraju - 29 marca 1982.

Po wybraniu numeru i uzyskaniu połączenia słychać było komunikat "rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana". Z dekretu o stanie wojennym: "Organy cenzury łączności zostały uprawnione do przerywania rozmów telefonicznych oraz połączeń telegraficznych i teleksowych, których treść może zagrażać interesom bezpieczeństwa lub obronności państwa". Wyłączono centrale automatyczne, wszystkie połączenia realizowały ręcznie telefonistki, których brakowało. W urzędach pocztowo-telekomunikacyjnych wisiały ostrzeżenia, że centrala może przerwać rozmowę trwającą dłużej niż sześć minut.

Poczta zawiesiła też przyjmowanie paczek z wyjątkiem leków, odzieży i żywności. Waga paczki nie mogła przekraczać 5 kg. Należało ją dostarczyć otwartą do urzędu pocztowego i zapakować w obecności pracownika poczty.

Skarb Piniora

Józef Pinior w 1981 roku był rzecznikiem finansowym dolnośląskiej "Solidarności".

3 grudnia, 11 dni przed stanem wojennym, wycofał z banku 80 mln zł, co było wtedy ogromnym majątkiem (średnia pensja wynosiła około 7 tys. zł). Pieniądze te służyły związkowi do podziemnej działalności.

Żeby uchronić pieniądze przed inflacją, za 7 milionów przez podstawionego człowieka kupiono działkę ze szklarnią. W 1983 roku w ręce SB wpadł akt notarialny działki, którą skonfiskowano jako "mienie związane z przestępstwem". Na licytacji kupił ją funkcjonariusz SB Zdzisław Kmetko, który po 1989 roku miał największą prywatną firmę transportową w Polsce. W 1994 roku aresztował go UOP za wyłudzanie kredytów.

Ukrywającego się w stanie wojennym Piniora wytropiono 23 kwietnia 1983 roku. Komunistyczna propaganda robiła z niego pospolitego złodzieja, telewizja pokazywała jego rzekomy majątek i wystawny tryb życia (dowodem była butelka koniaku i gustowne kieliszki w barku). Sąd skazał go na cztery lata więzienia. Siedział do amnestii w 1984 roku.

Na mocy ustawy majątek "Solidarności" przeszedł na własność OPZZ. Do drzwi Piniora zapukał komornik, domagając się wydania 80 mln zł.

SB nigdy nie odkryła, gdzie przechowywane są pieniądze, choć słusznie podejrzewała o to wrocławską kurię i kardynała Henryka Gulbinowicza.

Władysław Frasyniuk, legendarny przywódca "Solidarności", szef dolnośląskiej "S": - Najpierw przekazaliśmy kurii w depozyt 10 milionów pobranych wcześniej, wiosną 1981 roku. Nie było to tajemnicą. Po wprowadzeniu stanu wojennego SB zażądała, aby kuria wydała jej te pieniądze. Ukrywałem się, ale z kardynałem pozostawałem w kontakcie. Poradził wtedy, abym napisał oświadczenie, że związek przekazał te pieniądze na cele charytatywne. Przekazał im to moje oświadczenie w odpowiedzi i sprawa ucichła.

2 marca 1990 roku II Walny Zjazd Delegatów Regionu Dolny Śląsk "Solidarności" w pełni zaakceptował gospodarowanie finansami i udzielił Piniorowi absolutorium. Uczestnicy zjazdu byli nawet zdziwieni, że mimo wydatków na działalność, pomoc dla innych ośrodków i galopującej inflacji udało się zwrócić kasie związku 55 tysięcy dolarów.

Spacery w czasie "Dziennika"

5 lutego 1982 roku w Świdniku na wezwanie tamtejszych władz podziemnej "Solidarności" odbyła się pierwsza "demonstracja spacerowa" w czasie "Dziennika Telewizyjnego" o 19.30.

Władze w odpowiedzi wprowadziły w mieście godzinę milicyjną od 19 (wcześniej, jak w większości kraju, od 22 do 6 rano). Mieszkańcy miasta spacerowali więc w czasie popołudniowego "Dziennika" o 17. "W piątek 12 lutego druga zmiana (większość to pracownicy WSK), bojkotując DTV, spacerowała o 10 (dziennik poranny). Ulicę Sławińskiego zradiofonizowano i mieszkańcy podejrzewają, że władze zaczną nadawać DTV przez głośniki" - donosił "Tygodnik Mazowsze".

Za przykładem Świdnika poszli mieszkańcy Lublina, tłumnie spacerując w porze dziennika. "Sto kilkadziesiąt osób zostało zatrzymanych na 48 godzin, kilkuset innych wylegitymowano i spisano" - pisał "Informator Lublin".

"Tygodnik Mazowsze" donosił, że "mieszkańcy Garwolina spacerują w czasie DTV ulicą Kościuszki - ściągnięto tam posiłki milicyjne z Siedlec" i że "spacery w porze DTV podjęli ostatnio również mieszkańcy Sochaczewa - na czele spacerujących idzie czterech księży". A mieszkańcy Sieradza na czas "Dziennika" zaczęli wystawiać telewizory w oknach.

Na podstawie książki Anny Bikont, Piotra Bikonta i Wojciecha Cesarskiego "Małe vademecum Peerelu z wycinków gazet podziemnych w formie kalendarza robotniczego na rok 1990", Agora, 1990

Suka

Suka to nic innego jak milicyjna nyska. Właśnie nyska, a nie olbrzymi star, który był nazywany budą lub kibitką.

Nyska to samochód, który ruszył na podbój Polski i innych krajów socjalistycznych w 1957 roku i był czymś w rodzaju twórczej krzyżówki dwóch innych słynnych samochodów tamtej epoki - żuka i warszawy. Nyski występowały jako sanitarki, obwoźne kina, samochody dostawcze i chłodnie.

Ale najsłynniejsza okazała się nyska w wersji wyprodukowanej w 1967 roku na zamówienie MSW. Miała odsuwane boczne drzwi, przez które wysypywali się zomowcy albo sobie przez nie strzelali petardami z gazem łzawiącym. W stanie wojennym krążył dowcip, że Janusz Przymanowski, wielki zwolennik stanu wojennego i autor słynnej powieści "Czterej pancerni i pies", pisze nową powieść: "Czterej zomowcy i suka". Natomiast przez tylne, otwierane drzwi ładowano schwytanych demonstrantów.

Skąd jednak nazwa suka? Czy dlatego, że to był pojazd milicji, czyli "psów"? W każdym razie w swym wewnętrznym slangu milicja, a później policja, też nazywała nyski "sukami", a radiowozy typu polonez "jamnikami". Pamięć o nich musiała przetrwać w organach ścigania, skoro na nissany służące obecnie w policji mówi się nyski.

Śpiwory Urbana

Śpiwory i koce obiecał wysłać dla bezdomnych w Nowym Jorku Jerzy Urban, rzecznik prasowy rządu gen. Jaruzelskiego. Obiecał je na jednej z konferencji prasowych dla zagranicznych dziennikarzy. W rewanżu za paczki żywnościowe, które Amerykanie zaczęli przysyłać opozycji solidarnościowej. Paczki i pomoc z USA przychodziły, śpiworów do bezdomnych rząd polski nie wysłał. "Dbałem, by na każdą konferencję przynieść żer" - mówi dzisiaj Jerzy Urban i dalej uważa, że zaserwował wtedy znakomity dowcip. "Śmiałem się tak - opowiada - że telewizja nie mogła tego puścić i musiała po zakończeniu konferencji nakręcić moją wypowiedź jeszcze raz, już na poważnie, i podmienić obraz".

Pierwsza konferencja prasowa Urbana odbyła się 13 grudnia 1981 roku, następna 9 stycznia 1982, a potem już regularnie w każdy wtorek w południe do końca rządów Jaruzelskiego. Telewizja (od drugiej konferencji) przygotowywała z nich 15-minutowe relacje emitowane po południu, a w szerszej wersji drukowane były w "Rzeczpospolitej". Według Urbana konferencje, na których dziennikarze zagraniczni zadawali pytania, a Urban na nie odpowiadał lub nie odpowiadał, "były najlepszym show, jaki kiedykolwiek miała telewizja, 60 procent oglądalności".

Dla zdecydowanej większości telewidzów zaś jego odpowiedzi były demonstracją arogancji i pogardy dla społeczeństwa, a Urban stał się najbardziej znienawidzonym członkiem reżimu. Od pierwszej pokazanej przez telewizję konferencji 9 stycznia 1982 roku. Powiedział wtedy, w reakcji na zapowiedziane przez rząd amerykański sankcje gospodarcze przeciwko Polsce, które miały być sprzeciwem wobec stanu wojennego, że sankcje te nie dotkną rządu, ale polskie społeczeństwo, bo w każdej sytuacji "rząd się wyżywi". To była niby prawda. Ale - wtedy - odebrana została jako szczyt cynizmu i tego cynizmu bardzo wiele osób do dzisiaj mu nie darowało.

Teatr Domowy

Podziemna grupa teatralna działająca od 1982 do 1989 roku. Założyli ją artyści związani z Teatrem Powszechnym: Ewa Dałkowska, Andrzej Piszczatowski i Maciej Szary. Swoje przedstawienia (ponad 300 w ciągu siedmiu lat) pokazywali w Warszawie i innych miastach w mieszkaniach prywatnych, pracowniach plastycznych, plebaniach, a nawet w stodole i kamieniołomie. Pierwszą premierą był montaż poetycki "O przywracaniu porządku" w reż. Elżbiety Bukowińskiej (1982), na który złożyły się fragmenty zdjętego po wprowadzeniu stanu wojennego widowiska poetyckiego "Wszystkie spektakle zarezerwowane" oraz teksty z wydawnictw podziemnych. Druga premiera to "Kabaret" (1983) - składanka satyryczna do tekstów Jana Pietrzaka, który niekiedy sam występował w przedstawieniu. Teatr Domowy wystawiał też pełnospektaklowe dramaty zakazanych autorów, jak "Dengregolada" Pavla Kohouta czy "Largo desolato" Václava Havla. Ten ostatni spektakl, grany w podziemiu od 1985 roku, w 1989 został wprowadzony oficjalnie na afisz Teatru Powszechnego.

Teatr Domowy tylko raz został nakryty przez SB. Podczas prezentacji "Degrengolady" w prywatnym mieszkaniu we Wrocławiu agenci przerwali przedstawienie i zatrzymali aktorów, widzów oraz właściciela. Publiczność do końca była przekonana, że to zamierzony efekt teatralny.

Telewizja "S" z balonów

Wojna toruńskich fizyków, astronomów i radioastronomów z WRON-ą zapisała się na zawsze w historii wynalazczości.

Nadajniki radiowe umieszczane przez solidarnościowe podziemie na dachach domów (m.in. w Warszawie) miały niewielki zasięg. Bezpieka szybko namierzała źródło antyrządowych audycji. Andrzej Jeśmanowicz, toruński elektronik, pasjonat szybownictwa, zauważył jednak, że nawet słaby nadajnik radiowy - ale umieszczony w samolocie - jest doskonale słyszalny na wielkim obszarze. Fizyk z UMK dr Jerzy Wieczorek (później prezydent Torunia) poszedł dalej - obliczył, że można unieść działający nadajnik na wiązce niewielkich baloników.

Balony były w sklepach sportowych. Chemik prof. Jerzy Tomaszewski załatwił wodór. Dr Zygmunt Turło, radioastronom, zbudował nadajnik. Wieczorek dorobił superlekką antenę z cienkiej folii miedzianej. Urządzenie czasowe włączało nadajnik 15 minut po starcie, dzięki temu ekipa wypuszczająca wiązkę balonów mogła zniknąć. Aparat działał - lecąc nad miastem zgodnie z kierunkiem wiatru - aż skończyły się bateryjki. Audycje - nadawane w 1982 i 1983 roku - słychać było w promieniu kilkudziesięciu kilometrów: poza Toruniem jeszcze w Grudziądzu, Bydgoszczy, Świeciu. Ludzie słuchali masowo, bo wiadomości "Radia Solidarność Toruń" zapowiadały rozklejane na murach ulotki informujące, o której i na jakim paśmie ich UKF szukać.

Jeden z balonów wylądował na Białorusi. Dwa razy torunianie "wystąpili gościnnie" w Katowicach. Balony puścili z Chorzowskiego Parku Kultury. Nigdy nie było wpadki, choć uprzedzeni ulotkami esbecy wysyłali śladem balonu pelengatory.

Wpadką zakończyła się dopiero akcja z solidarnościową telewizją. Nadajnik - z telewizora i komputera ZX Spectrum - zrobili ci sami ludzie. Antenę ustawili na wieżowcu. Efekt był piorunujący: na tle emitowanego programu telewizji państwowej - raz to był dziennik, innym razem "milicyjny" serial "07 zgłoś się" - widzowie zobaczyli napisy w rodzaju: "Solidarność Toruń - dość podwyżek cen, kłamstw i represji". Obraz trwał na ekranie przez cztery minuty, powodując szał władz. Esbekom jednak we wrześniu 1985 roku udało się namierzyć antenę. Wpadli Turło, Leszek Zaleski, Piotr Łukaszewski i Jan Hanosz, radio-astronom. Po czterech miesiącach aresztu zapadł wyrok: półtora roku w zawieszeniu.

W 1987 roku w Gdańsku podziemie podjęło próbę seryjnego wyrobu nadajników pomysłu Zygmunta Turły (już profesora). Pierwsze podejście do produkcji rozbił nalot SB, która zarekwirowała zgromadzoną aparaturę. Drugiego podejścia gdańszczanie nie zdążyli zrobić - komuna upadła.

"Tygodnik Mazowsze"

Było to największe pismo podziemnej "Solidarności", nakład dochodził do 80 tysięcy egzemplarzy.

Pierwszy numer ukazał się z datą 2-11 lutego 1982 roku. Jako numer drugi, bo redakcja chciała oddać hołd Jerzemu Zieleńskiemu, desygnowanemu w czasach legalnej "S" na redaktora naczelnego "Tygodnika Mazowsze", który nie zdążył wydać pierwszego numeru, a na wieść o wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce popełnił samobójstwo. Po raz ostatni "Tygodnik" - był to nr 290 - ukazał się z datą 12 kwietnia 1989 roku.



Ukazywały się w nim oświadczenia władz podziemnych Związku, możliwie pełny serwis informacji o strajkach i innych akcjach podziemnej „S” oraz stosowanych przez władze represjach, ale też artykuły ekonomiczne, wywiady, a nawet felietony sportowe. Zbigniew Bujak lubił żartować: - Co to jest słup telegraficzny? Drzewo zredagowane przez „Tygodnik Mazowsze”. Rzeczywiście styl był suchy, ale chodziło o to, by jak najwięcej notek zmieścić na czterech kartach formatu A4. Tygodnik był drukowany w kilkudziesięciu podziemnych drukarniach w różnych miastach i kolportowany w całej Polsce. Przez kolporterów „TM” spływały odwrotną drogą dziesiątki informacji z instytutów, zakładów pracy, innych miast. Tydzień w tydzień przez ponad siedem lat w zbieranie informacji, redagowanie, druk i kolportaż zaangażowane były setki osób. Niektórzy przypłacili to więzieniem, choć jak na skalę przedsięwzięcia wpadek było bardzo mało.Anna Bikont
Ucieczka Narożniaka

"Parę dni minęło - wie już Polska cała -

że Jasio Narożniak zrobił glinę w wała.

Mieli ze szpitala wziąć go do więzienia,

ale mu pomogli chłopaki z podziemia.

Pewnie ze szpitala uciekł w jednym bucie

i mu jacyś ludzie pomagali uciec".

Jan Krzysztof Kelus, "Polski broadside, czyli w więzieniu zasłyszana opowieść prawdziwa o ponownym ocaleniu Narożniaka Jana z rąk prokurator Bardonowej" (Białołęka, czerwiec 1982)

W listopadzie 1980 roku Jan Narożniak został wraz z Piotrem Sapełłą aresztowany pod zarzutem zdrady tajemnicy państwowej. Obaj wykradli i rozpowszechnili pismo prokuratora generalnego do podległych urzędników "Uwagi o dotychczasowych zasadach ścigania uczestników nielegalnej działalności antysocjalistycznej". Ujawnienie tego pisma było policzkiem dla władzy, bo demaskowało jej prawdziwe intencje w stosunku do działaczy opozycji. W odpowiedzi "Solidarność" zagroziła strajkiem całego Regionu Mazowsze. Dzięki negocjacji prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Stefana Bratkowskiego Narożniak i Sapełło zostali wypuszczeni z aresztu.

Po wprowadzeniu stanu wojennego Narożniak się ukrywał. 26 maja 1982 roku przypadkowo wylegitymował go dwuosobowy patrol ZOMO. Narożniak miał przy sobie dowód osobisty z nieważnym stempelkiem o zatrudnieniu (obowiązywała wtedy ustawa o zwalczaniu pasożytnictwa). Zomowcy gotowi go byli puścić, ale za 5 tys. zł łapówki. Narożniak miał tylko 1,2 tys. (dzisiaj to kilkadziesiąt złotych), więc postanowili go aresztować. Narożniak zaczął uciekać. Zomowiec strzelił do niego z kałasznikowa. Kula przebiła Narożniakowi biodro i urwała mały palec u prawej ręki. Ranny trafił do szpitala przy ul. Banacha. Tam wykonano mu dwie operacje, konieczna była transfuzja krwi (prawdopodobnie wtedy został zarażony żółtaczką). Cały czas pilnowała go grupa uzbrojonych w automaty zomowców oraz cywilnych funkcjonariuszy SB. Mimo to 7 czerwca Narożniak został wykradziony przez podziemną "Solidarność". Pod pozorem kolejnego zabiegu przewieziono go na blok operacyjny mieszczący się w osobnym budynku. Pilnujący nie wiedzieli jednak, że budynek operacyjny ma podziemne przejście do położonego o pół kilometra dalej prosektorium, przez które wywieziono Narożniaka zawiniętego w koc na podłodze nyski.

Gdy ucieczka się wydała, władze wpadły we wściekłość. Przesłuchiwano cały personel bloku operacyjnego, wielu aresztowano na 24 godziny, a doktora Jerzego Siwca i Andrzeja Sankowskiego na trzy miesiące.

Narożniak został przewieziony do mieszkania Małgorzaty Jastrzębskiej przy ul. Staffa na Żoliborzu, która później przechowywała także dezertera z armii sowieckiej. Narożniak w dalszym ciągu wymagał lekarskiej opieki, opatrunki zmieniał mu dr Ireneusz Kozicki ze szpitala przy ul. Czerniakowskiej. Rekonwalescencja Narożniaka wymagała, by zaczął chodzić. W mieście wychodzenie na ulicę było zbyt niebezpieczne. Został więc - w sutannie pożyczonej od księdza Jerzego Popiełuszki - przewieziony pod Warszawę, do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia.



Jan Narożniak ukrywał się do amnestii w 1983 roku i wtedy się ujawnił.Jerzy Skoczylas
Uczciwa praca

"Poszukuję uczciwej pracy. Jacek Maziarski" - takie ogłoszenie drobne zamieścił w "Życiu Warszawy" 12 marca 1982 roku znany dziennikarz, który został wyrzucony z pracy.

Victoria



Na wszystkich manifestacjach demonstranci pokazywali dwa palce (wskazujący i środkowy) ułożone w znak „V” (ang. victory - zwycięstwo), a na murach malowano wielkie piątki rzymskie, które potem władze gorliwie zamalowywały. Po ogromnych demonstracjach latem 1982 roku generał Jaruzelski szydził: „Na taką literę nie zaczyna się żaden polski wyraz”. Po latach ironia losu sprawiła, że promocja książki Jaruzelskiego „Stan wojenny. Dlaczego?” odbyła się w hotelu Victoria.Jerzy Skoczylas
Weryfikacja dziennikarzy

Rozpoczęła się w styczniu 1982 roku. Nie była ogłoszona oficjalnie, a rozmów nie protokołowano. W skład komisji wchodzili komisarze wojskowi, naczelni redaktorzy, pracownicy ideologiczni komitetów wojewódzkich PZPR, cenzorzy i najbardziej zaufani partyjni dziennikarze. Weryfikacja polegała na zadawaniu pytań o stosunek do stanu wojennego, "sił antysocjalistycznych", "Solidarności" oraz do pryncypiów ustrojowych, a zwłaszcza sojuszu ze Związkiem Radzieckim.

W "Solidarności" popierać można było tylko "zdrowy robotniczy nurt", a zdecydowanie potępiać przywódców.

Najwyższą karą był całkowity zakaz wykonywania zawodu, niższą - pozbawienie stanowiska kierowniczego lub zakaz pisania na tematy społeczno-polityczne.

Weryfikacji poddano ponad 10 tysięcy dziennikarzy. Szczególnie ostry przebieg miała w radiu i telewizji, skąd w całej Polsce zwolniono około 800 osób. W sumie pracę straciło około 2 tysięcy dziennikarzy. Niektóre pisma zlikwidowano (np. tygodnik "Kultura") lub radykalnie zmniejszono ich zasięg (tygodnik "Literatura" przekształcono w niskonakładowy miesięcznik). W innych wymieniono redaktorów naczelnych i trzon zespołów redakcyjnych (z "Życia Warszawy" wyrzucono ponad połowę dziennikarzy).



Rozmowy były dla weryfikowanych upokarzające, a postawa komisji na ogół wroga, choć zdarzali się redaktorzy naczelni, którzy bronili swoich podwładnych (i zwykle szybko tracili posady). Niektórzy dziennikarze wykorzystywali weryfikację do demonstracji politycznej. Ubrana na czarno Maria de Hernandez-Paluch z krakowskiego tygodnika „Student” na pytanie komisarza wojskowego, czy popiera Wojskową Radę Ocalenia Narodowego (błyskawicznie nazwanej „wroną”), odpowiedziała: - Nie widzi pan, że nawet przebrałam się za wronę?Jerzy Skoczylas
Wrona

"W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku ukonstytuowała się Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Jej przewodnictwo objął generał armii Wojciech Jaruzelski. Mając za sobą siły zbrojne Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, licząc na zaufanie i wsparcie przez wszystkie patriotyczne i postępowe siły społeczne, Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego jest zdecydowana zapewnić spokój wewnętrzny i bezpieczeństwo kraju" - to fragment proklamacji Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, ciała składającego się z generałów, jednego admirała i pułkowników.

To ona stała na czele tego całego zamieszania i oficjalnie to ona sprawowała władzę. Była to jednym słowem nasza polska junta wojskowa. Od razu w oczy, a raczej w uszy, rzucał się skrót WRON albo jeszcze prościej: wrona. Bo wrona powszechnie uważana jest za czarne, kraczące, głupie i niesympatyczne ptaszysko. Rysowano więc na ulotkach i w podziemnej prasie czarną wronę, bardzo wstrętną, czasami przypominającą niemiecką gapę (czyli ich orła) z czasów okupacji. Powiedzenie "Orła wrona nie pokona" było powszechne.

Tymczasem wrony, przynajmniej w naszej części Europy, wcale nie są czarne, tylko szaro-czarne. Na naszą wronę w odróżnieniu od wrony zachodnioeuropejskiej, która rzeczywiście jest cała czarna, mówi się wrona siwa. Co więcej, są to ptaki niezwykle inteligentne. I jakby tego było mało, w naturze potrafią pogonić kota nawet największemu naszemu drapieżnikowi skrzydlatemu, czyli orłowi bielikowi (sam widziałem).

Nieco mniej znanym niż wrona ptakiem z czasów stanu wojennego był ślepowron. Chodziło o krzyżówkę między wroną a generałem, który WRON-em dowodził, a miał to do siebie, że nosił czarne okulary. Często w prasie podziemnej pod wizerunkiem generała widniał właśnie podpis "ślepowron". Zapewne wielu myślało i myśli nadal, że to zbitka słów stworzona specjalnie dla gen. Jaruzelskiego. Nic bardziej mylnego. Ślepowron to herb szlachecki Jaruzelskich i pewien gatunek czapli, niezbyt duży i bardzo ładnie ubarwiony. A nazywa się tak nie dlatego, że podobny jest w czymkolwiek do generała, tylko dlatego, że aktywny jest głównie nocą, no i kracze niczym wrona.

Zakazane zostało

Na mocy dekretu o stanie wojennym zakazane zostało m.in.:

- zwoływanie i odbywanie w s z e l k i e g o rodzaju zgromadzeń, pochodów i manifestacji, imprez artystycznych, rozrywkowych i sportowych;

- rozpowszechnianie wszelkiego rodzaju wydawnictw, publikacji i informacji k a ż d y m sposobem, publiczne wykonywanie utworów artystycznych oraz użytkowanie jakichkolwiek urządzeń poligraficznych;

- organizowanie i przeprowadzanie wszelkiego rodzaju strajków i akcji protestacyjnych;

- opuszczanie lub przybywanie do o k r e ś- l o n y c h (ale właśnie nieokreślonych) województw, miast i gmin;

- dokonywanie zdjęć fotograficznych i filmowych oraz obrazów telewizyjnych o k r e ś l o-n y c h (ale właśnie nieokreślonych) obiektów i miejsc albo na o k r e ś l o n y c h (ale właśnie nieokreślonych) obszarach;

- używanie o k r e ś l o n y c h (ale właśnie nieokreślonych) odznak i mundurów;

- uprawianie turystyki oraz sportów żeglarskich i wioślarskich na morskich wodach wewnętrznych i terytorialnych (zimą!).

Zima wasza, wiosna nasza

Władzom udało się wprowadzić stan wojenny przy niemal całkowitym zaskoczeniu zarówno zwykłych ludzi, jak i przywódców "Solidarności". Dużo łatwiej, niż oczekiwały obie strony, zostały też złamane strajki. Pocieszaliśmy się hasłem "Zima wasza - wiosna nasza", że niby zimą trudniej jest strajkować, ale jak się zrobi ciepło, to pokażemy, kto silniejszy. Nadeszła wiosna i w maju rzeczywiście w wielu miastach odbyły się potężne manifestacje. Władze jednak je przetrzymały i nie poszły na żadne ustępstwa. A "wiosna nasza" nadeszła naprawdę dopiero w roku 1989.

ZOMO (Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej)

Znienawidzony symbol stanu wojennego. Milicyjne oddziały zwarte funkcjonujące na zasadach wojskowych. W stanie wojennym używane głównie do tłumienia strajków i demonstracji, znane z brutalności.

Zomowcy mieli hełmy z osłoną na twarz, tarcze i długie pałki, a na sobie kamizelki, nagolenniki i nałokietniki chroniące przed uderzeniami kamieniami czy kijami. Byli wyposażeni w transportery opancerzone, broń gazową i armatki wodne. Pod koniec istnienia ZOMO liczyło ponad 12 tys. funkcjonariuszy.

MO - Mogą Obić; ZOMO - Zwłaszcza Oni Mogą Obić.

Ani Ixi, ani Omo nie wypierze tak jak ZOMO.

Bijące serce partii.

Zrzuty

Stan wojenny wywołał w całej Europie falę współczucia i sympatii do Polski. Materialnym tego przejawem były dary z żywnością, odzieżą i lekarstwami, jakie do nas docierały z niemal całej Europy. Powszechnie mówiono na nie "zrzuty". Przyjmowaniem darów i ich rozdziałem zajmował się Kościół. Dary wysyłały charytatywne organizacje kościelne, związki zawodowe i zwykli ludzie. Niektórzy potrafili zebrać i wysłać po kilkanaście ciężarówek. Z Niemiec napływało też wiele paczek za pośrednictwem poczty, bo rząd niemiecki zwolnił dary z opłat pocztowych.

Władze nie odważyły się zablokować transportów ani ingerować w rozdzielanie darów, ale propaganda robiła, co mogła, aby obrzydzić całe przedsięwzięcie.

Chyba każdy obdarowany zapamiętał "zemstę Reagana" - amerykański żółty ser o konsystencji gumy, bez dziurek i absolutnie bez smaku, za to w intensywnie pomarańczowym kolorze.

*Wojciech Czuchnowski, Piotr Głuchowski, Aleksandra Klich, Sebastian Łupak, Stanisław Mancewicz, Michał Ogórek, Roman Pawłowski, Jerzy Skoczylas, Paweł Smoleński, Marek Sterlingow, Teresa Torańska, Marek Wąs, Adam Wajrak, Paweł Wroński

Źródło: Duży Format
  • 1
  • 19 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy