http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Bohaterowie Wujka już nie żyją

Józef Krzyk
2011-12-16, ostatnia aktualizacja 2011-12-16 08:06

Wiedzieliśmy, że władza będzie chciała nas wykurzyć, ale nikt się nie liczył z tym, że będą do nas strzelać. Gdyby spróbowali nas spacyfikować dwa dni wcześniej, pewnie by nikt nie zginął - wspomina Jerzy Wartak, jeden z liderów strajku w kopalni Wujek

Jeden z przewodniczących komitetu strajkowego w kopalni Wujek - Jerzy Wartak
Fot. MARCIN TOMALKA / AG
Jeden z przewodniczących komitetu strajkowego w kopalni Wujek - Jerzy Wartak
Górnicy, którzy zginęli podczas pacyfikacji kopalni Wujek
Górnicy, którzy zginęli podczas pacyfikacji kopalni Wujek
GALERIA ZDJĘĆ
Józef Krzyk: Władza miała milicję i wojsko, a wy tylko swoją kopalnię. Wierzyliście, że wasz strajk na Wujku się uda?

Jerzy Wartak: Są takie momenty, zwłaszcza na kopalni, że nikt nie rozważa, czy coś ma sens, czy też nie. Wśród górników liczy się solidarność. Taka zwyczajna, międzyludzka. Jak jest wypadek i przysypuje jednego, to reszta kolegów rusza mu na ratunek i nie zastanawiają się, czy sami nie ryzykują, bo liczy się tylko to, żeby zdążyć mu pomóc. Tak właśnie było wtedy, 13 grudnia, gdy się dowiedzieliśmy, że esbecja wzięła z domu Janka Ludwiczaka, naszego przewodniczącego komisji zakładowej "Solidarności", od razu wiedzieliśmy, że nie możemy go zostawić samego.

Żądania mieliście ostre. Nie tylko uwolnienie Ludwiczaka, ale też zniesienie stanu wojennego. Nie trzeba było znać się na polityce, żeby wiedzieć, że władza tych warunków nie przyjmie. Po co było z nimi występować?

- Na początku mówiliśmy tylko o Ludwiczaku, ale każda kolejna grupa, która przystępowała do strajku dołączała jakieś swoje żądanie. Byliśmy bojowo nastawieni, ale wszystko mogło się inaczej potoczyć i strajk mógł się skończyć bez ofiar.

Wątpię, żeby ten konflikt można było rozwiązać po dobroci.

- Spodziewaliśmy się, że w ruch pójdą milicyjne pałki, ale my byliśmy twarde chłopy i bicia się nikt nie bał. Poza tym na kopalni byliśmy u siebie i wiedzieliśmy, że łatwo nie damy się wykurzyć. Nikt jednak nie brał pod uwagę tego, że władza każe do nas otworzyć ogień i będą ofiary śmiertelne. Świeżo mieliśmy w pamięci słowa Edwarda Gierka. Przecież gdy dochodził do władzy po masakrze w grudniu 1970 roku, obiecywał, że władza ludowa już nigdy nie będzie strzelać do robotników.

To dlaczego stało się inaczej?

- W tym wszystkim było trochę przypadku. 14 grudnia, kiedy ks. Henryk Bolczyk odprawiał u nas mszę świętą, z Piotrowic ruszyła kolumna czołgów i transporterów opancerzonych. Przejechała niedaleko nas, ale się nie zatrzymała, lecz ruszyła pod Hutę Baildon i kopalnie Staszic i Wieczorek. Z dokumentów wynika, że ktoś tam na górze zdecydował, aby nie zadrażniać stosunków z Kościołem i nie pacyfikować "Wujka" akurat w tym samym momencie, gdy na jego terenie odprawiana była msza. W rezultacie do końca dnia mieliśmy spokój, a przecież gdyby wtedy ktoś postanowił inaczej, łatwo by było ten nasz strajk rozkurzyć pałkami. Pewnie by wielu wyszło z siniakami, ale nikt by nie zginął. W następnych godzinach sytuacja jednak się zmieniła, bo gdy dotarły do nas wieści o urządzonych przez milicję "ścieżkach zdrowia" w Baildonie i Staszicu, uznaliśmy, że tanio skóry nie sprzedamy. W nocy działy się u nas sceny jak z obrazu Artura Grottgera "Kucie kos". Młodzi chłopcy, 18 - i 19-letni szykowali sobie broń, którą zamierzali przywitać wkraczających milicjantów. Nikt nimi nie kierował i nie dało się już tego w żaden racjonalny sposób zatrzymać.

Chyba myśleliście się zastanawiać nad tym, jak ten strajk zakończyć?

- Jeszcze 16 grudnia wyciągnęliśmy rękę do władzy. Postawiliśmy sprawę jasno: przywieziecie nam Ludwiczaka i kończymy. Daliśmy też do zrozumienia, że jak wkroczy wojsko, to nie będziemy stawiać oporu, ale milicji naszej kopalni nie oddamy, będziemy jej bronić.

Te propozycje trafiły w próżnię, bo komuś najwidoczniej zależało, żeby pokazać siłę i nauczyć ludzi, że nie wolno zadzierać z władzą.

No i 16 grudnia władza tę siłę pokazała. Jak to wyglądało z waszej strony?

- Kilku moich kolegów zginęło, ale dopiero następnego dnia, gdy przeczytałem o tym w gazecie, doszło do mnie, że moi rodzice mogą myśleć, że jestem jednym z tych zabitych. Przecież telefony nie działały i nie było żadnej możliwości dostarczenia wiadomości, że jestem cały. Wsiadłem więc w autobus i pojechałem do Dąbrowy Górniczej, a tam, przed Hutą Katowice milicjanci zgarniali akurat do suki jakiegoś człowieka.

Szukali kogoś innego?

- Mnie zaczęli kilka dni później. Dowiedziałem się o tym podczas mojej następnej wizyty u rodziców, 21 grudnia. Powiedzieli mi, że dzień wcześniej przyszła taka ekipa w mundurach i po cywilnemu; przeczesali cały dom od piwnicy aż po strych. Niczego nie wzięli, ale zostawili dla mnie wezwanie, miałem się zgłosić na komendę w charakterze świadka. Mogłem, oczywiście, grać z nimi w kotka i myszkę i ukrywać się, ale bałem się, że wtedy nadal będą nachodzić moich rodziców. Mój ojciec po przebytym wylewie był już w tamtym momencie sparaliżowany, bałem się, że wystarczy kilka takich wizyt i nie przeżyje. Następnego dnia przyszedłem więc na komendę przy Kilińskiego w Katowicach. Ktoś z boku może uzna, że stchórzyłem, ale nie miałem prawa ryzykować życiem moich najbliższych.

Czego chciała milicja?

- Wiedzieli, że jestem jednym z tych, którzy reprezentowali załogę "Wujka" podczas rozmów z dyrekcją. Przetrzymali mnie jedną noc w piwnicy, następną spędziłem w komendzie przy Lompy, a stamtąd przewieźli mnie do obozu dla internowanych, który był urządzony w więzieniu w Zaborzu. Siedziałem tam do Nowego Roku.

Nawet nie przesłuchiwali?

- Przecież dobrze wiedzieli, kogo mają. Cieszę się, że udało mi się nie pociągnąć za sobą nikogo innego, wiedziałem, że trzeba trzymać język za zębami. W Nowy Rok przewieźli mnie z powrotem na komendę przy Lompy, a następnego dnia zostałem przesłuchany przez wojskowych prokuratorów i postawili mi zarzut, że nie odstąpiłem od działalności związkowej. Wszystko działo się błyskawicznie, bo proces rozpoczął się 2 lutego, a 9 już zapadł wyrok. Dostałem 3,5 roku, choć prokurator żądał dla mnie 13 lat. Staszka Płatka skazali na cztery lata, a Adam Skwira i Marian Głuch dostali po trzy lata. Pozostałych uniewinniono.

Teraz dla wielu ludzi pacyfikacja Wujka to tak jak II wojna światowa. Czujecie się bohaterami?

- Ja sam nie czuję się bohaterem tamtych wydarzeń. Prawdziwi bohaterowie leżą pod ziemią. Bohaterami są też ich bliscy, którzy musieli sobie ułożyć życie bez mężów i ojców. Świat im się zawalił i trudno to zrozumieć tym, którzy nie byli na ich miejscu. Śmieszy mnie też, jak teraz próbuje się przedstawiać strajk na Wujku jak IV powstanie śląskie. Czuję się odpowiedzialny za to, żeby przekazać ludziom jak najwięcej z tego, co sam widziałem. Dlatego jestem na każde zawołanie moich kolegów z muzeum, które powstało przy pomniku na Wujku, i gdy tylko ktoś chce słuchać, opowiadam, jak to wyglądało.

Niektórzy narzekają, że młodych ludzi te historie już nie obchodzą.

- Mamy wspaniałą młodzież, głodną wiedzy, tylko trzeba znaleźć odpowiedni sposób, żeby do nich dotrzeć. Inaczej mówić do gimnazjalistów, a inaczej do licealistów, i pamiętać, że żyją w zupełnie innych realiach niż te w 1981 roku. Tym, którzy mówią, że młodych dziś nie obchodzi historia, chętnie bym posłał na takie spotkania, w których ja uczestniczę. Są dużo lepsze od naukowych akademii albo lekcji. Ostatnio w Zespole Szkół nr 6 na osiedlu Witosa w Katowicach oglądałem inscenizację z pacyfikacji. Wokół mnie siedzieli ludzie, którzy ukradkiem ocierali łzy, bo tak sugestywnie to zostało zagrane.

16 grudnia wyleczył was z naiwności?

- Gdy pod koniec lat 80. znów wybuchły strajki, załoga Wujka podchodziła już do nich bardzo ostrożnie, ale w 1981 roku świadomość górników była bardzo niska. Prawdziwą polityczną szkołę przeżyłem dopiero za kratami w obozie internowanych. Siedziałem między studentami i profesorami. Miałem też dużo czasu na czytanie i słuchałem o rzeczach, o których nie miałem szans dowiedzieć się w zawodówce, o prawdziwej historii i o tym, że władza nas okłamywała. Zamykając takich jak ja ludzi, w takim towarzystwie władza zrobiła bardzo głupio.

Najlepszy wniosek z Wujka to nie wychylać się?

- Nie, absolutnie! Ale nie wolno rozwiązywać konfliktów między władzą a społeczeństwem na ulicy. Trzeba z sobą rozmawiać i negocjować, nawet gdyby to trwało godzinami. Bo w razie konfrontacji ci, którzy przeżyją wcale nie będą zwycięzcami. Jak spojrzą w twarz tym, którzy stracili swoich bliskich?

Wniosek z Wujka jest taki, że jak się nie ma silnych argumentów, to używa się argumentu siły.

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice
  • 1
  • 1
  • 1
  • 28 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':