16 grudnia 1981 r. w katowickiej kopalni Wujek od milicyjnych kul zginęło sześciu górników, a trzech zmarło w szpitalu.
Po ogłoszeniu stanu wojennego górnicy dowiedzieli się, że aresztowano Jana Ludwiczaka, szefa komisji zakładowej "S". Rozpoczęli strajk i zażądali: uwolnić Ludwiczaka, odwołać stan wojenny, respektować porozumienia jastrzębskie.
Pod kopalnię podjechały oddziały ZOMO, wojska i czołgi. Rozkaz pacyfikacji dotarł do nich 16 grudnia w południe. Czołgi zrobiły wyłomy w murze kopalni, do środka wdarło się ZOMO.
Sekcje zwłok górników zaczęły się 17 grudnia. Lekarze, którzy je przeprowadzali, mówią o tym "Gazecie". Po raz pierwszy od 30 lat.
- Od razu było widać, że nie były to strzały przypadkowe. Kule trafiały w głowy, klatki piersiowe - mówi dr Krystian Rygol, specjalista medycyny sądowej. Ale w kartę zgonu jako przyczynę śmierci lekarze mieli wpisywać "egzekucję prawnie uznaną". Dr Rygol: - Zbuntowaliśmy się. Wpisywaliśmy "zabójstwo przez postrzał".
Zdenerwowany prokurator zadzwonił do swoich przełożonych. Meldował, że "rozkaz jest niewykonalny". Z rozmowy wynikało, że jego przełożony się burzył, a prokurator tylko powtarzał: "Niewykonalny".
Lekarze umówili się, że jeśli ktoś znajdzie w ciele kulę, postara się ją zatrzymać. Większość ran była na przestrzał, ale dr Stanisława Kabiesz-Neniczka u "swojego" górnika kulę znalazła. Prokurator w wojskowym mundurze patrzył jej na ręce. I zabrał kulę.
Prof. Nasiłowski: - W prosektorium ginęły dowody. Musieliśmy przy wojskowych rozbierać ciała. Zabrali nie tylko kulę, ale i ubrania. Szkoda, bo ten pocisk mógł być dowodem. Dzięki niemu można było ustalić, który z zomowców zabił, wystarczyło przeprowadzić badania balistyczne. Nie zrobiono tego.
Lekarze w tajemnicy przed nadzorcami sporządzili dokumenty w kilku kopiach i ukryli. Papiery były uporządkowane, spięte w szarej teczce. Dzięki temu po latach łatwo było odtworzyć, w jakim stanie były ofiary.
Także dzięki lekarzom rodzinom wydano ciała. Prof. Nasiłowski: - Pospiesznie napisałem tekst oświadczenia prokuratora, że zwłoki należy wydawać wyłącznie rodzinie. Podsunąłem to prokuratorowi i on podpisał. Tym sposobem wyprzedziliśmy ich krok.
Tego samego dnia (17 grudnia) wieczorem prof. Nasiłowski miał w domu gości: - Wyciągnęli pistolet i położyli na stole. Nie grozili, tylko powiedzieli, że władze chcą same dysponować zwłokami, bo jest stan wojenny i życzeniem władzy jest, żeby nie było manifestacji. Odmówiłem - wspomina.
20 stycznia 1982 r. Prokuratura Garnizonowa w Gliwicach umorzyła śledztwo wobec 17 funkcjonariuszy plutonu specjalnego ZOMO. Wszyscy przyznali się do użycia broni, ale mówili, że strzelali w górę, na postrach.
W 1990 r., gdy komisja sejmowa zapytała prof. Nasiłowskiego, co o tym sądzi, odpisał: "We wszystkich przypadkach uderza względna celność postrzałów zadanych w zasadzie w ważne dla życia anatomicznie miejsca, tj. głowę, klatkę piersiową, tułów".
W ubraniach górników były tylko nakrętki od śrub. Chcieli nimi rzucać w czołgi. To podważa argument zomowców, że strzelali w obronie własnej.
Zomowców skazano dopiero w trzecim procesie w 2008 r., dowódcę plutonu na 6 lat więzienia, a jego podwładnych na 3,5 roku i 4 lata.
Tu przeczytasz więcej o wspomnieniach lekarzy z sekcji zwłok górników