Dyktator Generał Jaruzelski nie był aż takim dyktatorem. Był przeciwnikiem na jakimś tam przynajmniej poziomie. Przynajmniej elokwentny. Czasami nawet ujmujący. Jeden z nielicznych wyjątków kolejnych władz powojennej Polski Rzeczypospolitej Ludowej. Ludowej, tak, bo to były rzeczywiście rządy ludzi wywodzących się z prostego jak budowa cepa ludu. Te ich bezwstydnie chełpliwe mordy na ówczesnych billboardach. Musieliśmy patrzeć na nich nawet w szkołach, byli wszędzie, jak pył radioaktywny. Nigdy więcej rządów ludu. Lud ma mieć pracę, ma iść do
pracy, a z pracy do domu. Oczywiście, lud może skoczyć sobie po drodze na piwo, karuzelę lub mecz, na grzyby lub do operetki. A raz na jakiś czas na wybory, ale tam mu się, leniowi śmierdzącemu, nie zawsze chce. Ale pod żadnym pozorem lud nie może już sobie skoczyć do rządu. Bierut, Gomułka powinni być w najlepszym wypadku
magazynierami, Gierek w najlepszym wypadku
brygadzistą, Generał zaś generałem.
On reprezentował racje swojej politycznej formacji. Nigdy nie rozumiałem tych wszystkich protestów naszej strony przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Powtórzę się, chcieliśmy rzeczywiście rozwalić ten system za pomocą konia trojańskiego w postaci "Solidarności". Albo my, albo oni. Gdybyśmy wtedy mogli ich internować, tobyśmy ich internowali, tak samo jak oni nas. Podeprę się tu Danutą Wałęsą, która w swej autobiografii rozsądnie zauważa, że nie ma do Generała żalu i pretensji, ponieważ robili oni to, co było słuszne z ich punktu widzenia.
Udała nam się ta
Polska. Opłacało się. Za czterdzieści lat względnego terroru, od 1956 r. bardzo względnego, którego to względność, fakt, sami sobie wywalczyliśmy, żyjemy w dynamicznie rozwijającym się do tej pory państwie i kraju o przesuniętych na zachód granicach. Nigdy nie rozumiałem hasła "Precz z Jałtą". To my właśnie z powojennego układu skorzystaliśmy najbardziej. Ziemie Odzyskane zyskaliśmy, a nie odzyskaliśmy, one nie były nasze. Z "bękarta historii" staliśmy się jej beneficjentem. Udała nam się ta Polska jak ślepej kurze ziarno.
Trzynastego Grudnia w Marszu (Kaczyńskiej) Niepodległości wziąłbym chętnie udział. Idąc pod jej prąd. W kierunku Europy spod znaku Merkozy. A jeśli miałbym udać się wieczorem pod dom Generała, to tylko po to, żeby wyrwać kamienie z rąk tym, którzy do dzisiaj jeszcze nie wyszli z umysłowego internatu.
*Janusz Rudnicki - pisarz, felietonista "Gazety Wyborczej". Internowany w Opolu i Nysie od 13 grudnia 1981 do jesieni 1982 r.