Marek Górlikowski: Ukrywał się pan ponad cztery lata. Tylko Zbigniew Bujak ukrywał się dłużej. Bogdan Borusewicz: Tak, wpadłem w styczniu 1986 r., a Zbyszek w maju. Odkąd uciekłem z domu w Sopocie w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r., gdzie w moim kierunku strzelał kapitan SB Jan Protasewicz, mieszkałem w około stu miejscach.
Protasewicz chciał pana potem dopaść przez cały stan wojenny. - Miał obsesję. Przychodził do pracy dwie godziny przed wszystkimi, o 6 rano, brał z sobą dwa wina marki Alpaga i wymyślał kombinacje operacyjne, by mnie złapać. Rozpił się na moim tle. W1984 r. zwolnili go z SB. Odwiedziłem go w domu w 1990 r., by zapytać, czemu do mnie strzelał. Zaprzeczył, że strzelał.
Gdzie się pan ukrywał? - Na początku to były lokale u ludzi związanych jeszcze z działalnością korowską czy z grupą znajomych ze szkoły średniej.
Po wyjściu z internowania w 1982 r. Alina Pienkowska szukała mi lokali. Ludzie przekazywali mnie sobie z rąk do rąk. Starałem się nie przebywać w jednym miejscu dłużej niż miesiąc.
Każdy z ukrywających się przeszedł przez kilkadziesiąt mieszkań. I każdy z ukrywających się miał swoje zasoby. Olek Hall, Bogdan Lis, Marian Świtek czy później Andrzej Michałowski. Podziemie było zdecentralizowane, tak aby wpadka w
Warszawie nie spowodowała wpadki w Gdańsku.
Do tego były dodatkowe
mieszkania służące tylko do kontaktów. Nigdy nie spotykałem się tam, gdzie mieszkałem. To wszystko udało się dzięki wielu anonimowym bohaterom.
Ile razy musiał pan uciekać? - Wiele, ale najbardziej dramatycznie to właśnie 12 grudnia, kiedy strzelał ten Protasewicz, i 13 stycznia 1982 r. z domku w gdańskiej Zaspie. Ukrywałem się u mojej nauczycielki polskiego Marii Morawskiej. Poprosiłem, by mnie przyjęła. Zwaliliśmy się jej na głowę: Rysiek Pusz oraz Kazimierz Kiżewski i pan Kiciński, którzy byli ze mną w stoczni i, z którymi się ukrywałem we Wrzeszczu u pani Haliny Wieczorek. Mieszkaliśmy z nią w jednym pokoju.
Zasadą było, że nie mieszkało się razem, ale w wyjątkowych przypadkach kogoś się jednak przygarniało. To był pierwszy miesiąc stanu wojennego, więc jeszcze nie mieliśmy wielkich możliwości. Dwaj koledzy pojechali do rodzin. Zostałem w mieszkaniu z Rysiem.
Zanim jednak dojdziemy do dnia ucieczki, trzeba powiedzieć, że z Marią Morawską skontaktował się inny mój nauczyciel, chemik Benedykt Szumilewicz zwany przez nas w Liceum Plastycznym Beniem. Powiedział jej, że ukrywa grupę drukarzy u siebie w domu w Oliwie. Maria Morawska mi to przekazała, ufałem temu nauczycielowi, lubiłem go. Zgodziłem się, by powiedziała mu, że się u niej ukrywam.
Jak się później okazało, zdradził mnie esbecji za kanister benzyny.
No, ale jest 13 stycznia 1982 r... - Pierwsza zauważyła esbeków córka pani Morawskiej. Dom był otoczony, ale nie wchodzili. Nie pozwolił im szef wydziału mjr Jerzy Domski.
Chciał osobiście zatrzymać Borusewicza, by otrzymać gratyfikacje i medal. Gdy oni czekali na szefa, w piwnicy zakopaliśmy z córką pani Morawskiej spisy internowanych, jakieś materiały i wałki do drukowania. Ściągnąłem też zasłony, a potem zapaliłem światło. To był umówiony znak z moimi kolegami, że jest kocioł.
Esbecy czekali na szefa. Chodzili w tę i z powrotem, bo było zimno. Gdy się akurat odwrócili plecami do budynku, wyszedłem przez okno na drabinę i potem na dach. Czołgałem się po nim na następny szeregowiec.
Po godzinie przyjechał Domski z antyterrorystami. Jak ich zobaczyłem, zeskoczyłem z dachu z ostatniego budynku na balkon. Akurat jakaś rodzina oglądała "Dziennik Telewizyjny", powiedziałem: "Dobry wieczór". Trochę się zdziwili. Zeskoczyłem z balkonu w śnieg i do przodu.