W sobotę, 12 grudnia, kończyłyśmy biuletyn informacyjny "Solidarności" Rolników Indywidualnych. Około szóstej po południu Ania Krzywoszyńska zaniosła gotową makietę świątecznego biuletynu do druku do NZS-u. W parę godzin później studenci wynieśli go razem ze stertą innych papierów i ukryli. O północy zaczęła się wojna.
Chłopi prowadzili strajk okupacyjny w Siedlcach, w Toruniu, w gminach podwarszawskich. Chodziło o niewywiązywanie się rządu z obietnic porozumienia rzeszowskiego. Było o czym pisać. Zajęte ściąganiem informacji, sprawdzaniem ich przez teleks, pisaniem, nie śledziłyśmy, co się dzieje dookoła.
Coś mówiono o wojsku w pobliżu. Ale alarm o wojsku idącym na warszawski Dom Chłopa już raz przeżyliśmy. W październiku mówiło się, że wojsko zaraz zajmie biuro i wszystko zabierze. Potem nic się nie działo, można było sądzić, że tak będzie i tym razem.
Poszłam do szpitala odwiedzić Dorotkę, chorą na białaczkę.
Na tę niedzielę nie puszczono jej do domu. Leżała słaba i przygnębiona. A my z Natalią niosłyśmy jej kotlety z cielęciny. Zdobyła ją gdzieś Małgośka Lanota po 500 złotych za kilogram.
Waldek wrócił z redakcji "Tygodnika Solidarność" późno, podekscytowany wiadomościami o ruchach wojsk. Kiedy na chwilę wyszedł odprowadzić Jagę, naszego gościa, na schodach go aresztowali. Jaga wróciła.
Maciek z balkonu zdążył zobaczyć odjeżdżający samochód. Nie mieliśmy telefonu. Poprosiłam Jagę więc, żeby ze swojego domu zadzwoniła do domu Mazowieckich i do Regionu Mazowsze - z ostrzeżeniem. Nie wiedziałam, że już nigdzie dodzwonić się nie można.
Maciek dopytywał się, o co chodzi. Albo to nieporozumienie, albo coś się w Polsce dzieje, odpowiadałam, ale wiedziałam już, że to nie pomyłka.
Noc była mroźna. Włączyliśmy piecyk elektryczny i siedzieliśmy przy nim długo. Radio milczało.
W 68 roku, gdy Waldka zabrali, też siedziałam z Maćkiem pod kaloryferem, zastanawiając się, co będzie dalej, jak to się wszystko skończy. Miał wtedy niewiele ponad rok.
W niedzielę, 13 grudnia, obudziła nas Zośka Golikowa z wiadomością, że przemawiał Jaruzelski, ogłaszając stan wojenny. Z okna Golików widać skota i posterunek na rogu Gagarina. Maciek pomknął oglądać, a ja wzięłam Znajdę na spacer. Pod krzaczkiem siusiała psica Jerzego Saleckiego z "Trybuny Ludu", jednego z czołowych obszczekiwaczy "Solidarności". - No i co - zapytał. Waldka zamknęli? - Ano zamknęli.
- I mnie też mogą zamknąć. Zaglądajcie wtedy do moich dzieci. Gdyby zmarniały bez opieki, to choćby po śmierci w roli upiora przyjdę i gardła poprzegryzam.
Mówiłam niby żartem.
Salecki przychodził przez pierwsze dziesięć dni. Kupił nam karpia. Wziął kartkę mięsną Waldka z pieczątką "Tygodnika Solidarność" i przyniósł z bufetu "Trybuny Ludu" smaczną kiełbasę, która pojechała potem w paczce do Jaworza, gdzie był internowany Waldek.
Był świt pierwszego dnia wojny. Martwy głos Jaruzelskiego w
radiu przeplatany był muzyką pogrzebowo-koturnową.
Co w Regionie Mazowsze? Jedziemy zobaczyć. Co kilkaset metrów stoi skot i posterunek zmarzniętych żołnierzy. Posterunki na skrzyżowaniach każą zawracać. Na budynku widać ślady nocnego ataku ZOMO - powybijane szyby, zdarte plakaty. Są ulotki przywiezione z Ursusa.
Od placu
Unii Lubelskiej nadjeżdża kolumna samochodów milicyjnych. Wyskakują oddziały w kamizelkach i kaskach, z tarczami. Odchodzę. Z daleka widzę szamotanie, kogoś prowadzą. Tłum krzyczy "My z wami", śpiewa "Jeszcze
Polska nie zginęła".
Jedziemy pod Pałac Mostowskich. Wejście ogrodzone półkolem skotów i samochodami.
Idę pytać o Waldka. Wejść nie można, ale pytam dwu żołnierzy, czy to prawda, że zatrzymanych katują. Chłopcy chcieliby pocieszyć, z przekonaniem zaprzeczają, radzą szybko stąd odejść. Paru zomowców szybkim krokiem idzie w stronę samochodu Ścibora. Uciekamy. Łapiemy gumę, Ścibor morduje się z kołem, a mróz tężeje. W domu drzwi się nie zamykają. Wszyscy wiemy niewiele.
W szpitalu byłam o drugiej. Dzieci w pokoju słuchały
radia. Tatę zamknęli? - pyta Dorotka. Zamknęli. Słuchamy razem komunikatów, zza szyby kiwa na mnie lekarka. Ma mi za złe, że nie ukrywam przed Dorotą aresztowania ojca.