Mam 24 lata. Stan wojenny znam z opowiadań rodziców. Wspominają strajk studencki, zakończony tuż przed przemówieniem gen. Jaruzelskiego: "bo może być groźnie". I samo przemówienie, w grudniowy poranek, zamiast "Teleranka". A potem: czołgi na ulicach, zomowcy, godzina policyjna
Na mnie te opisy nie robiły wrażenia. Nie czuć w nich było grozy. Strajk studencki jawił się w nich jak wielodniowa impreza wśród najlepszych kumpli. Czołgi - owszem, w dzieciństwie widziałem kilka w Muzeum Wojska Polskiego. Wyglądały jak wielkie zabawki. Godzina policyjna kojarzy mi się tylko ze scenami z PRL-owskich komedii.
Dzisiaj, także ludziom takim jak ja, usiłuje się pokazać, czym był stan wojenny. Do PRL-u i jego ciemnych stron nabraliśmy już jednak nieco dystansu. Prócz poważnych dyskusji nad znaczeniem decyzji sprzed 30 lat, stać nas też na barwną rekonstrukcję tamtych wydarzeń. Od kilku lat z okazji rocznicy 13 grudnia na placu Zamkowym ZOMO pałuje opozycjonistów. Jedni i drudzy to członkowie grup rekonstrukcyjnych, pasjonaci historii. Pałki mają miękkie, kamienie są z papieru, a zamiast gazu rzuca się świece dymne. Wszystko wygląda bardzo realistycznie, bo o oryginalne rekwizyty (tarcze, mundury) nietrudno.
W tym roku rekonstrukcje będą dwie: na pl. Zamkowym (starcie ZOMO z opozycją) i na Chłodnej (tu przechodniów ma kontrolować milicja). Rok temu sceny uliczne z 1981 r. wiernie odtworzono pod Świątynią Opatrzności. Tradycja inscenizacji stanu wojennego powoli wpisuje się w stołeczny kalendarz imprez. Organizatorzy zastrzegają, by nie traktować rekonstrukcji wyłącznie jako zabawy. Coraz więcej jest jednak takich, którzy z prawdziwego stanu wojennego już nic nie pamiętają. Dla nich, także dla mnie, wtorkowa "impreza" jest przypomnieniem zdarzeń, których - na szczęście - nie dane nam było przeżyć.
To chyba znak, że stan wojenny - tak jak Powstanie Warszawskie, listopadowe czy bitwa pod Olszynką - stał się abstrakcyjnym elementem historii, barwnym na tyle, że można go inscenizować.