Na planie ''80 milionów'': Krzysztof Czeczot (jako Józef Pinior) i Maciej Makowski (jako Piotr Bednarz)
Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta
W rocznicę 13 grudnia dobrze obejrzeć sobie film "80 milionów" jako odtrutkę na żałobne uroczystości. O czasach "Solidarności" tuż przed stanem wojennym Waldemar Krzystek opowiada w konwencji komedii kryminalnej, na dodatek z happy endem, nawiązując do swojego filmu sprzed 20 lat "Ostatni prom".
Fot. Maciej Zienkiewicz / AG
Tadeusz Sobolewski
Przesłanie obu filmów jest podobne, przekorne wobec straceńczych nastrojów. Te filmy mówią: przecież wygraliśmy! Ale dziś mówienie o wygranej stało się herezją. Pasażerowie promu, który 13 grudnia zawraca do Świnoujścia, skaczą w kapokach do morza wyławiani przez niemiecki kuter niczym nowi "boat people". "W Polsce wojna, trzeba uciekać!" - wołają z rozpaczą. Ale sekwencja ta przebija martyrologiczny balon. Nie ma w niej litości dla uciekinierów. Czy fakt mieszkania w bloku i stania w kolejce po mięso rzeczywiście był jakimś szczególnym, niewidzianym dotąd w świecie męczeństwem? Obrazy tego rzekomego męczeństwa przysłaniają dziś to, co było istotą czasów "Solidarności": rozwój, ożywienie duchowe, poczucie wspólnoty, odpowiedzialności za innych, zdolność do ponoszenia ofiar. Czy stan wojenny nie zjednoczył i nie umocnił skłóconej "Solidarności"?
Kiedy ogląda się dokumenty tamtego czasu - "Robotników '80" Zajączkowskiego i Chodakowskiego, "Narodziny Solidarności" Kosińskiego czy filmy Trzosa-Rastawieckiego z papieskich pielgrzymek 1979 i 1983 r. - widać w nich twarz społeczeństwa bynajmniej nie stłamszonego, wychylonego ku wolności.
Dziś pamięta się wyłącznie o jego cierpieniach, a nie o tamtych nadziejach, rozbudzonych w wyjątkowym stopniu. Jak to pokazać?
Krzystkowi się to udaje. Miesza komizm z tonacją serio, żonglując nimi jak Makuszyński w swoich powieściach. O ile "Ostatni prom" brzmiał jeszcze zbyt deklaratywnie, o tyle "80 milionów" mruga do widza konwencją sensacyjnego filmu o "napadzie na bank". Pościg esbeków za chłopcami z "Solidarności" w polskich fiatach podskakujących na wrocławskich wybojach wygląda jak parodia "Bullitta".
A przecież mimo maskującego komizmu lub właśnie dzięki niemu te sceny wzruszają, bo dla tych chłopców jest to prawdziwa próba charakteru i wierności. I właśnie to, że są w naturalny sposób wierni swojej idei, niweluje pretensję do przeciwnika, "czerwonego". Ci chłopcy mogliby powtórzyć za Karolem Modzelewskim, który powiedział kiedyś w wywiadzie, że nie ma pretensji do tych, co go więzili: "Bo przecież ja właśnie z nimi walczyłem".
Nasza pamięć PRL-u wikła się w paradoksach. Nie znajduje języka, żeby uchwycić dwuznaczność ówczesnego życia, jego normalność pomimo nienormalnych warunków. Pozostaje pytanie: gdyby tamten ustrój był ludziom rzeczywiście tak całkowicie obcy, traktowany wyłącznie jako narzucony na bagnetach, skąd szok i zdziwienie represjami?
Opozycja peerelowska, począwszy od rad robotniczych z 1956 r. aż do "Solidarności", domagała się realizacji praw zapisanych w konstytucji, a więc spełnienia obietnic ustrojowych. Kiedy w filmie Józef Pinior i jego koledzy telepią się z odebranymi z banku milionami, uliczne propagandowe hasła jakby się udosłowniają. "Czynem upiększymy nasze miasto" - głosi napis na wiadukcie. Zgadza się. Oni właśnie dokonali takiego czynu. "Socjalizm" - woła inny transparent. Ale czy "Solidarność" nie była socjalistyczna w tym sensie, że wyzwalała robotnika, dopuszczała do władzy, przezwyciężała jego "alienację"? To państwo było w tym wypadku wyzyskującym go "zgniłym kapitalistą"! Społeczeństwo ówczesne mówiło do państwa jak bohater filmu Koterskiego do swojej żony: "Chciałbym z tobą, tylko żebyś była inna...".
W tym świecie słowa mają podmienione znaczenie. Solidarnościowi "napastnicy" działają legalnie, a napastnikiem jest państwo. Lecz nawet funkcjonariusze tego państwa nie wierzą w ustrój. Nie wierzy w niego nawet "esbecki pies" - czarny charakter tego filmu. Ten kamuflaż jest dziś najtrudniejszy do rozszyfrowania. Z publicznego spotkania z Jackiem Kuroniem, krótko przed stanem wojennym, zapamiętałem jego określenie: "Rewolucja w maskach i kostiumach". Stwierdzał: "Partia się rozpadła". W tej sytuacji potrzebna jest już tylko "koalicja rozsądku i rozwagi" ludzi dobrej woli.
Krzystek w swoim filmie dotyka kwestii polskich masek tamtego czasu. Wszyscy są zamaskowani: arcybiskup sprzyjający "Solidarności", który mówi do podsłuchu; dawny cichociemny w SB pracujący dla "Solidarności"; partyjny teść jednego z bohaterów filmu, który będzie go krył w razie wpadki; major kontrwywiadu, który gra na dwie strony, rozumiejąc, "co znaczy być polskim oficerem"; prowokatorka zagrzewająca chłopców do walki zbrojnej, która okazuje się esbeczką. Tylko oni - trójka głównych bohaterów "80 milionów" - nie noszą masek. Nie założyli też ich później, w III RP, gdy znów zapanował swego rodzaju polityczny karnawał masek.
Udało się - może najlepiej w polskim kinie po 1989 r. - pokazać ludzi "Solidarności" w tonacji nietragicznej, w sposób czysty. Czego chcieli? Może tak: zamożności jak w kapitalizmie i socjalizmu w pracy? Chcieli niemożliwego. To właśnie było w nich piękne. Kto ich dziś zastąpi?
W dwóch zdaniach dialogu dotknięty tragiczny dylemat mniejszego zła. W noc 13 grudnia 1981 kobiety w szpitalu budzi odgłos czołgów. "Ruskie czy polskie?" - pyta jedna. "Polskie". Nie mówi nic. Płacze. A widz, patrzący na to z perspektywy czasu, dopowiada za nią w myśli: to lepiej.
Rocznicę 13 grudnia chcą opanować katastrofiści. Ci sami, którzy wyprowadzają na ulicę pochody 10 kwietnia i 11 listopada, krzycząc, że grozi nam nowa niewola - ze strony Rosji, Niemiec, Unii Europejskiej, Tuska... Tak jakby podświadomie do tamtego czasu tęsknili. Katastrofiści opanowali pamięć PRL. Tamta pojałtańska Polska, której tak imponująco udawało się bronić swojej tożsamości w radzieckiej półniewoli, jest dziś widziana wyłącznie od strony destrukcji i represji. W oczach IPN-owskich historyków tamten pulsujący życiem kraj przypomina jeden wielki łagier, a społeczeństwo dzieli się wyłącznie na prześladowców i prześladowanych. Jest w tym megalomania cierpienia hodowana dziś przez polityków ultraprawicy. Ta spłaszczona wersja historii PRL nie bierze pod uwagę procesu wolnościowego, którego świadkiem i uczestnikiem było pokolenie Waldemara Krzystka. Bynajmniej nie stracone.
Ten wolnościowy proces był nieporównywalny z tym, co działo się w tym czasie w innych krajach podporządkowanych ZSRR. U nas wychodzenie z komunizmu zaczęło się już w roku 1956. Dwadzieścia kilka lat później doprowadziło do powstania "Solidarności". A w trzydzieści kilka - do upadku narzuconego ustroju, który odpadł jak strup z zagojonej rany.