Oto moja historia: Jestem ojcem 10-letniej Martynki. Z jej matką nie mieliśmy ślubu, dziecko urodziło się po dwóch latach bycia razem. Na początku układało nam się zupełnie nieźle, ale stopniowo zaczęło się psuć. Gdy Martynka miała cztery lata, rozstaliśmy się. I zaczęły się schody. Mimo że mieszkamy dwie ulice od siebie, z dzieckiem miałem coraz rzadszy kontakt. Matka utrudniała to, jak mogła. Umawialiśmy się, że przyjdę do córki w sobotę - bo przecież w tygodniu pracowałem - a tu drzwi zamknięte, nikogo nie ma, żadnej informacji czy wyjaśnienia. Całowałem tak klamkę, sam nie wiem już ile razy. Widząc, że nie dojdę do porozumienia z matką dziecka w 2005 r. - Martynka miała wtedy 4 lata - złożyłem do sądu wniosek o uregulowanie kontaktów. Dostałem widzenia w drugą i czwartą niedzielę miesiąca od godz. 12 do 18.
Sąd tylko prosił Dostałem te widzenia, co i tak jest nędzną namiastką prawdziwej bliskości, bo jak mogę wychowywać córkę, jeśli widuję ją dwa razy na miesiąc? Ale dziecka i tak prawie nie widywałem. Powtarzała się ta sama sytuacja: niedziela, godz. 12, przychodzę do Martynki, a w domu nikogo nie ma albo nikt nie otwiera. Za dwa tygodnie - to samo. Dzwoniłem na policję, pokazywałem im postanowienie sądu z klauzulą wykonalności, a
policja na to, że nie zajmuje się takimi sprawami i że mam zwrócić się do sądu. Uprosiłem tylko, żeby pojechali ze mną i poświadczyli w notatce, że w umówionym terminie matki i dziecka nie było w mieszkaniu. I tak kilka razy. W końcu wystąpiłem do sądu o egzekucję kontaktów z dzieckiem i nakaz wydania dziecka. Ale matka w Polsce jest bezkarna za to, że postępuje wbrew postanowieniom sadu, nie ponosi żadnych konsekwencji. Tylko ona rozdaje karty. Na rozprawie sąd pytał: Wyda pani dziecko? Matka: Wydam. Sąd: No to proszę się trzymać postanowień. I na tym się kończyło, bo gdy znów chciałem spotkać się z Martynką, zazwyczaj matka do tego nie dopuszczała. Najgorzej było w święta. Przez kilka lat ani Bożego Narodzenia, ani Wielkanocy nie mogłem spędzić z córką. Nawet prezenty, które przekazywałem od siebie i od moich rodziców, do rąk dziecka nie trafiały.
Tyle się mówi o tym, jaką traumą jest oderwanie dziecka od matki, ale czy ktoś wspomni o traumie oderwania od ojca? To, że ojciec nie urodzi dziecka, nie znaczy, że go nie kocha, że nie czuje bólu, że nie tęskni. Ja od sześciu lat walczę o prawo do dziecka i tylko dlatego, że jestem świadomy swoich praw, że nie odpuszczam, udało mi się trochę tych kontaktów w końcu wyszarpać. Ale do tego prowadziła droga przez mękę.
Pierwsze wakacje z córką Odkąd wkroczyłem na drogę sądową, relacje z matką mojego dziecka systematycznie się pogarszały. Doszło do tego, że w 2007 i 2008 r. w ogóle nie mogłem widywać córki. Znów nie byłem wpuszczany do domu, a gdy dzwoniłem, żeby chociaż porozmawiać z dzieckiem, matka odkładała słuchawkę. Znów jeździłem na policję, składałem skargi do sądu. Każda sprawa to kolejny wniosek, czyli kolejne 40 zł, do każdej sprawy trzeba wyciągnąć kopie dokumentów - to też kosztuje, a przecież od 2001 r., czyli od kiedy Martynka się urodziła, płacę alimenty. W ciągu jednego roku wnosiłem kilka spraw, do tej pory będzie już kilkadziesiąt. Kończyło się jak zwykle: sąd prosi, matka obiecuje, ja dziecka nie spotykam.
Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości 97 proc. rozwodów w Polsce kończy się przyznaniem opieki nad dzieckiem matce.
W 2007 r. złożyłem wniosek o wspólne wakacje z córką, do tej pory nie mogła zostać ze mną nawet na cały weekend - w niedzielę o godz. 18 musiałem odprowadzić dziecko do matki. Sąd był łaskawy - dostałem dwa tygodnie z córką w wakacje plus tydzień w ferie. Ale to nie znaczy, że faktycznie tak się stało. - Dokąd chcesz zabrać Martynkę? - pytała jej matka.
- Będzie mieszkała u nas - odpowiadałem, bo żyłem już z inną kobietą, podobnie zresztą jak matka Martynki, która związała się z nowym partnerem.
- Tam? Nie zgadzam się! - krzyczała, a na drugi dzień wyjeżdżała z córką, nie informując mnie dokąd i na jak długo. A latem sądy nie pracują, sprawa przeciągała się więc na jesień, a wtedy już było po wakacjach. Dopiero w zeszłym roku, po raz pierwszy odkąd córka się urodziła, mogłem spędzić z nią dwa tygodnie lata.
Muzyk? Pije, ćpa, nieobliczalny Jestem artystą, od lat gram na bębnach w etnorockowym zespole Ikenga Drummers, przez kilka lat pracowałem jako wolontariusz w Pomorskim Centrum Integracji Kultur i Sztuk "Jeden Świat" w Sopocie. Kasa wpływała nieregularnie - jak był koncert albo warsztaty bębniarskie. Dlatego alimenty też na początku płaciłem nie zawsze na czas. Sąd więc jednoznacznie dawał mi do zrozumienia: nie płacisz albo spóźniasz się z alimentami? Nie licz na to, że zobaczysz dziecko.
Dziś mam skończone
studia prawnicze i stałą pracę - jestem kierownikiem w Domu Kultury na gdańskiej Morenie. Ale od kiedy popsuły się nasze stosunki, matka wmawiała dziecku: na tatę nie można liczyć, to nieodpowiedzialny muzyk, a w zespole tylko picie i ćpanie. Najbardziej było mi przykro, gdy mój zespół grał na imprezach dla dzieci, a ja wśród nich nie widziałem twarzy mojego dziecka - jego matka się absolutnie nie zgadzała, by Martynka przychodziła na koncerty. Doprowadziła do tego, że córka nie chciała się ze mną spotykać, obawiała się mnie - przecież to małe dziecko, któremu wszystko można wmówić.
Przy ustalaniu zakresu kontaktów z dzieckiem, sąd kieruje rodziców na badania więzi do Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego. W pokoju siedzi trójka psychologów, najpierw rozmawiają ze mną: co robię, co czuję do matki dziecka, co do dziecka, jakie mam plany z nim związane. Potem wywiad z dzieckiem: czy lubisz przychodzić do taty, w co się bawicie, czy lubisz dziadków itp. I córka mówi, że lubi tatę, że trochę chce się z nim widywać, a trochę nie, że jest też drugi tata. Po rozmowie biegli stwierdzili, że istnieje więź ojca z dzieckiem, ale osłabiona i że ich wspólne kontakty są niezbędne dla prawidłowego rozwoju dziecka. Co więcej, w swojej opinii napisali, że Martynka ma świadomość konfliktu między rodzicami, że potrafi wymienić osoby z otoczenia matki, które ojca nie lubią i źle o nim mówią, zaznaczyli też, że dziecko czuje się winne, gdy musi wybierać między tatą a mamą. O matce napisali, że jest nadmiernie opiekuńcza, że izoluje dziecko od ojca i zbyt silnie je od siebie uzależnia.
Czułem się jak przestępca Polskie prawo rodzinne mówi, że dopóki władza rodzicielska nie jest ograniczona albo odebrana, rodzice we dwoje decydują o losach dziecka. Ja mając taką samą władzę jak matka, nie mogłem mieć wpływu na szkołę, zajęcia pozalekcyjne, religię, nie mówiąc o codziennym wychowaniu. Moja władza rodzicielska sprowadzała się tylko do płacenia na dziecko. O szkole córki dowiedziałem się od córki. Poszedłem do dyrektora, pedagoga szkolnego i wychowawczyni, przedstawiłem się, że jestem ojcem Martynki, powiedziałem, że będę przychodzić na wywiadówki, zakończenia roku, święta. Patrzyli na mnie jak na przestępcę, lesera, podłego człowieka, który porzuca rodzinę. - Nie wiem, czy to jest dobry pomysł - skomentowała pani pedagog. - A jeśli na spotkanie przyjdzie też matka i państwo się pokłócicie?
Oczywiście nie odpuściłem i chodzę na zebrania rodziców. I na święta, jak np. Dzień Matki i Ojca. W tym roku dzieci narysowały swoich rodziców: obok siebie uśmiechnięci mama i tata. Martynka też nas narysowała - ale na osobnych kartkach; mama tu, tata tu.
Co robię z Martynką? Dwa weekendy, które mamy teraz dla siebie w miesiącu, to nie jest dużo, ale staramy się ten czas dobrze wykorzystać. Robimy razem obiady, chodzimy do kina, gramy na komputerze. Uczę ją zasad bezpieczeństwa w internecie i samodzielności - jak zrobić zakupy, kanapki do szkoły albo jak spakować się na wakacje, żeby nie targać potem ogromnego plecaka. Martynka lubi tańczyć - chodzi na hip-hop, street dance. Myślę o założeniu rodzinnego zespołu: ona na klawiszach, ja na bębnach, mój tata na gitarze.
Imię dziewczynki zmieniłam
Skontaktowałam się - nie bez przeszkód - również z mamą Martynki. Od razu zaznaczyła, że nie chce na łamach prasy dzielić się swoją prywatną historią, stopniowo jednak nieco opowiedziała. Zakończyła stwierdzeniem, że oboje z mężem mogli zachować się inaczej, jednak rozpędzone emocje, żal i niespełnione oczekiwania utrudniały porozumienie. Ostatecznie - autoryzując swoją wersję historii - mama dziewczynki odmówiła mi zgody na publikację swoich wypowiedzi. Porwanie Piotrusia
5 lipca Krzysztof J., neuropsycholog, profesor UG, w asyście trzech kuratorów i policji przyszedł do mieszkania swojej byłej żony Barbary Leszniewskiej, również psychologa, i odebrał 5-letniego syna matce. Postanowienie Sądu Rejonowego w Gdańsku, na mocy którego działał, to efekt kilkuletniego konfliktu między rozwiedzionymi rodzicami. Mocno związany z matką Piotruś unikał spotkań z ojcem, na jego widok płakał i krzyczał. Ojciec tłumaczył to nadopiekuńczością matki i jej symbiotyczną więzią z synkiem, oskarżał ją też o utrudnianie kontaktów z synem. Zapewniał sąd, że odebranie dziecka będzie dla Piotrusia lepsze - wtedy on, ojciec, będzie mógł w końcu nawiązać z chłopcem prawidłowe relacje.
Od dnia odebrania Piotrusia matce Barbara Leszniewska nie widziała się z synem, ojciec nie pozwala nawet na rozmowy telefoniczne. We wtorek 19 lipca Sąd Okręgowy odrzucił jej skargę na wcześniejszą decyzję rejonu. Potwierdził - chłopiec ma zostać u ojca aż do momentu zapadnięcia wyroku w sprawie dalszego podziału opieki.