''Nigdy samotniej i inne wiersze'' Gottfried Benn, przeł. Jacek St. Buras, Zdzisław Jaskuła, Andrzej Kopacki, Sława Lisiecka, Tomasz Ososiński, Biuro Literackie, Wrocław ''Mózgi i inne nowele'' Gottfried Benn, przeł. Sława Lisiecka, PIW, Warszawa Po pierwsze, wielu peszy i zniechęca drastyczność jego wyobraźni - dosadniejszej niż wszystko, co akceptuje się w naszej kulturze. O kobiecie w ciąży ("przy nadziei" mówiło się u nas, gdy poniższy tekst powstawał): "rozłożyste, ciężkie ciało, ociekające sokami z piersi i podbrzusza; wychudła, zabiedzona twarz nad ( ) obrzmieniami zwierzęcych tkanek, wywołanymi przez niewątpliwe zetknięcie". O zwłokach topielicy: "Kiedy otwarto pierś, przełyk był taki dziurawy./ W końcu pod łukiem przepony/ odkryto gniazdo młodych szczurów". Doprawdy, nawet prowokacje Grochowiaka to na tym tle zaledwie przekora ministranta.
Po drugie, co niewątpliwie bardziej odstręczające, Benn zaliczył okres fascynacji nazizmem. Wprawdzie polityczny obłęd dotknął go zaledwie na kilka miesięcy roku 1933; już w 1934 kwituje życie publiczne w Niemczech, pisząc (w prywatnym liście), że "plugawo dzisiaj wygląda"; niebawem obejmie go zakaz druku. Ale zdążył opublikować kilka artykułów popierających Hitlera, a ponadto zostać "kimś w rodzaju komisarycznego zarządcy" sekcji literackiej Pruskiej Akademii Sztuk Pięknych, zaś dezaprobata dla reżimu skłoni go do szukania "wewnętrznej emigracji" w dość szczególnym miejscu, a mianowicie w Wehrmachcie, w którym objął stanowisko lekarza. Choć, wciąż próbując szukać okoliczności łagodzących, dodać wypada, że po wojnie nie objęła go jednak denazyfikacja (można przyjąć, że nie bez powodu), a jego wiersz o rodzinnej okolicy, przejętej na mocy układów poczdamskich przez Polskę, przenika melancholia, a nie zaciekłość.
Jak w Polsce Różewicz Nie jest to postać dla naszych oczu jednoznaczna. Mimo to od
lektury jego wstrząsającego wiersza "Mężczyzna i kobieta przechodzą przez barak chorych na raka" (w jednym z numerów "Literatury na Świecie" z 1983 r.) Benn mnie intryguje - i z entuzjazmem przyjąłem dwie książki, które właśnie się ukazały ("Mózgi i inne nowele" w przekładzie Sławy Lisieckiej oraz "Nigdy samotniej i inne wiersze" w wyborze Zdzisława Jaskuły). Choć istnieje opracowany dawno przez Jerzego Karaska tomik w serii Biblioteka Poetów, jest to pierwsza w Polsce tak obszerna prezentacja twórcy, o którego pozycji w Niemczech świadczy kwaśna uwaga krytyka z 1958 roku: "Dzisiaj większość wierszy to utwory Benna". Narzucił on bowiem rodakom - co prawda swoją powojenną twórczością, odmienną od naturalistycznych początków - wyobrażenie o tym, jak ma wyglądać nowoczesna liryka, czyli odegrał w swoim kraju taką mniej więcej rolę jak u nas Tadeusz Różewicz. Skądinąd niektóre poszukiwania tych twórców wydają się zbieżne, o czym świadczy np. wiersz Benna "Radio" (przypomina się "Ballada o naszych sprawozdawcach sportowych" Różewicza):
"'- nauka jako taka' -/ Gdy słyszę coś takiego w
radiu,/ Zawsze mnie to wytrąca z równowagi. ( )/ '- gdyby stare zasoby kultury całkowicie zniknęły -'/ (no, gdyby)/ '- dźwięcząca przeszłość -'/ (co mi tam)/ '- w osadach Nowego Meksyku/ farmerzy błogosławią swe zwierzęta i pola/ tymi oto pieśniami '-/ (to miłe/ ale jeśli o mnie chodzi, to nie ruszam się prawie z Brandenburgii)".
Niemiecki ketman Benn urodził się w 1886 roku, dzieciństwo spędził na Pojezierzu Myśliborskim. Został lekarzem, a po debiucie poetyckim w 1912 roku - również jednym z luminarzy ruchu ekspresjonistycznego. "Schodzi pod kopułę swego szpitala i rozcina trupy - pisała o nim z fascynacją inna poetka tej szkoły, Else Lasker-Schüler, przez jakiś czas kochanka pisarza. - Nienasyceniec, gdy idzie o bogacenie się w tajemnicę. ( ) Kiedy pomylę się w tańcu i nie wiem, co zrobić, wtedy chciałabym być szarym aksamitnym kretem, rozkopać mu pachę i ukryć się w niej".
Liczne romanse i trzy małżeństwa pisarza umożliwiła chyba jego osobowość, a nie prezencja, o której (a dokładniej: o prezencji swego porte-parole, dr. Rönne) pisał ironicznie: "ogólne wrażenie, jakie sprawiał, nie budziło szczególnych doznań". Po debiutanckim tomiku "Morgue" przychodzą kolejne publikacje - zbiór opowiadań "Mózgi" (1916) oraz książki poetyckie: "Synowie" (1913), "Ciało" (1917) oraz "Gruzy" (1924) - w których Benn stopniowo uklasycznia formę swoich tekstów. Z dzisiejszej i polskiej perspektywy ponownie intrygujące zaczynają być jego publikacje, począwszy od "Wierszy statycznych" z 1948 roku. Po wojnie publikuje także autobiografię, prozę fabularną i eseje, gdzie próbuje wytłumaczyć swój - i rodaków - stosunek do nazizmu, opisując go w sposób, który nasuwa porównania z Miłoszowską koncepcją ketmana: "Żyliśmy czym innym niż to, czym byliśmy, pisaliśmy co innego niż to, co myśleliśmy ". Ogłasza ważny tekst teoretyczny "Problemy liryki", redaguje antologię "Dekada liryki ekspresjonistycznej". Nagradzany i odznaczany umiera na raka kości w lipcu 1956 roku, jakby stosując się do puenty swojego wiersza "Co jest złe":
"Najgorzej:
nie umrzeć latem,
kiedy wszystko jest jasne,
a ziemia lekka dla łopaty".
Jak atakuje totalitarna infekcja Broniąc wielu znakomitych polskich pisarzy przed sprowadzaniem całego ich dorobku do stalinowskiego epizodu w młodości, nabraliśmy chyba zwyczaju lekceważenia faktu, że wybitnych twórców XX wieku przyciągały nieraz ideologie totalitarne: ot, przydarzyło im się, ale potem przecież zmądrzeli (przy czym niewątpliwie komunizm łatwiej nam odpuścić niż hitleryzm). Skądinąd wydaje się, że niezmożeni lustratorzy naszych, jak je nazywają, "łże-elit" także banalizują to doświadczenie, sprowadzając je do mechanizmów koniunkturalizmu i strachu. W rezultacie nie widzą, że sami - zgoda, że w wersji złagodzonej - mają skłonność do autorytaryzmu i kwestionowania zasad liberalnej demokracji. Twórczość Benna, jeśli uważnie ją czytać, jest moim zdaniem odtrutką na tę postawę. Pokazuje mianowicie, w którym miejscu światopoglądu znajduje się słaby punkt, przez który może go zaatakować totalitarna infekcja.
Benn bowiem zapisuje doświadczenie mdłości, jakie wzbudza jałowość demokratycznej kultury. "Wszystko to powszechna nędzota, Faust stał się wielkim nic, Don Juan fabrykantem kondomów, Ahaswer nauczył się latać nad górami Rhön, mit człowieka aż woła o egzekucję" - pisze w roku 1924. "W 1950 liczący się szlagier znaczy więcej/ niż pięćset stron kryzysu kultury" - wtóruje samemu sobie po wojnie. Stało się tak, gdyż "ludzkość chciała zaprowadzić ład w czymś, co powinno było pozostać grą". Ten pseudoład ma charakter pozoru utrzymywanego za cenę odcięcia się od metafizyki, choć samo jej pojęcie nie zniknęło, lecz zaczęło się kojarzyć z równie jałowym jak wszystko inne konstruowaniem nikogo nieobchodzących twierdzeń złożonych z abstraktów.
Pozostaną nam "dziesięciofenigówki na tramwaj, z przesiadką" Tymczasem klucz do tego, co jest metafizyką naprawdę, leży w egzystencji, namacalnej i strasznej, przekrwionej. „Groby ryczą:/ Ciało jest płynne; lej nim wokół siebie,/ Jak chcesz;/ Szczeliną pełną krzyku nasze usta”. To stąd biorą się sadystyczne wizje rozkładu i umierania w „Morgue”, to dlatego miłość pokazywana jest przez Benna jako doznanie fizjologiczne. On chce ludzi „obudzić, nauczyć mieć w pogardzie to stulecie zatęchłych kategorii, chce być wzburzoną falą, która ich poniesie na odległe tragiczne brzegi”. Do tego, co istnieje naprawdę - niejednoznaczne, dionizyjskie (Nietzsche to oczywisty patron jego myślenia), godne człowieka - dochodzi się dzięki porzuceniu kunktatorskiego rozsądku i mieszczańskich przyzwyczajeń, poprzez sny i wielkie mity ludzkości. Inaczej pozostaną nam „dziesięciofenigówki na tramwaj,/ z przesiadką” i pytanie: „cóż to za nonsens te strzępki rozmów,/ czy było w nich coś z ciebie?”.
Totalitaryzm był fałszywą odpowiedzią na tę tęsknotę. Pociągał pozorną wzniosłością, za którą skrywała się prostacka brutalność i podłość. Tak: za to, co wzniosłe, ludzie potrafią umierać - ale nie znaczy to jeszcze, że jeśli ludzie masową umierają, stajemy się bliscy wzniosłości. Arystokrata ducha dał się wciągnąć w - zupełnie niearystokratyczne - pogardę i nienawiść. Opamiętał się szybko, ale i tak zbyt późno - i nie ma co się czarować, pozostał zbrukany. Alternatywą dla "fatalnego pędu do bezpieczeństwa" jest pęd do niebezpieczeństwa - i za ten właśnie pęd zostali skarceni ludzie duszący się w atmosferze banału (oraz, znacznie okrutniej, ich przeciwnicy, jak owe "małpy", o których pisał Miłosz - wywożone do łagrów czy kacetów). Etyka została bowiem przez artystów - tak mi się zdaje - niesłusznie przypisana temu, co społeczne i historycznie zmienne, nie zaś temu, co absolutne.
I dlatego staremu poecie pozostało napisać pod koniec życia takie oto świadectwo:
"Często siebie pytałem, ale nie znajdowałem odpowiedzi,
skąd bierze się ta łagodność i dobroć,
nie wiem tego i dzisiaj, a muszę już odejść".