Mały człowiek - ma może pół roku - leży na barłogu pod moskitierą i ciężko oddycha.
- To dziecko pewnie jeszcze można byłoby uratować - mówi Carlos. - Ale myślę, że wkrótce umrze.
Carlos wie, co mówi: jest lekarzem i pół życia spędził w Afryce (drugie pół - lecząc pacjentów w rodzinnej Hiszpanii). Kiedyś, kiedy był rezydentem Lekarzy bez Granic w małej osadzie koczowników na pustyni w północnej Kenii, klan z sąsiedniej wioski ostrzelał jego chatkę z kałasznikowów - z zazdrości, że kuzyni mają własnego lekarza.
Grupka białych ludzi tłoczy się w ciasnym domku z wypalanej domowym sposobem cegły. Zamiast podłogi - klepisko. Przenoszące malarię moskity mogą dostać się do środka bez trudu, okna nie mają szyb. Na ścianie jakieś resztki zużytych ubrań i stare
radio na baterie. Stoimy - dziesięcioro europejskich dziennikarzy i działaczy organizacji pozarządowych - za Carlosem i patrzymy w milczeniu na umierające dziecko. Do małej wioski Namukubembe nieopodal źródeł Nilu w Jinja w Ugandzie przywiozła nas koalicja europejskich organizacji pozarządowych, które - w znacznej mierze za pieniądze Unii Europejskiej - prowadzą kampanię "Stop Malaria Now!" (www.stopmalarianow.org).
Na zewnątrz czeka matka dziecka. Ma na imię Robina, jest trzydziestoletnią wieśniaczką, matką siedmiorga dzieci. Jej mąż umarł na AIDS parę miesięcy temu, kiedy była w ciąży z najmłodszym. Robina ma HIV. Dziecko być może też, nikt go nie testował. Za domkiem skromne poletko kukurydzy i grób męża niechlujnie odlany z cementu.
Robina nie mówi po angielsku, ale nasz przewodnik z lokalnej organizacji pozarządowej tłumaczy: - Jak widzicie, warunki do spania są złe. Ma tylko jedną moskitierę, pod którą śpi ona i najmłodsze dziecko. Kiedy mały (pokazuje może trzyletniego chłopca) poparzył się gorącą zupą, pojechała z nim do szpitala i nie mogła doglądać pola. Dlatego teraz nie mają co jeść.
Carlos: - To, że malaria zabija co roku prawie 800 tys. ludzi, w tym aż 90 proc. w Afryce, wynika z nędzy. Nie ma szpitali, personelu medycznego, lekarstw, nie ma jak dojechać. To świadectwo porażki całego systemu opieki zdrowotnej. Teoretycznie to dziecko można byłoby zawieźć do szpitala i dać mu leki. Ale leków może nie być, a droga jest długa i kosztowna. No i za tydzień zachoruje znowu.
Robina mówi, że choroby przychodzą i odchodzą same. Ugandyjska organizacja, która jest naszym przewodnikiem, obiecuje jej pomoc. Kobieta żegna ich na kolanach.
Mamy problemy. Brakuje nam wszystkiego Dziennikarzy zaprasza się na takie wyjazdy, żeby po powrocie napisali alarmujące opinię publiczną artykuły - o tym, że w dalekich krajach dzieje się wielkie zło (głód, AIDS, malaria), z którym trzeba walczyć. Kiedy słucham moich przewodników ze "Stop Malaria Now!", czuję się źle: wiem, że nie napiszę dokładnie tego, czego chcą.
W nowiutkim ugandyjskim gmachu ministerstwa zdrowia w stolicy, Kampali, urzędnicy prezentują niezmącony optymizm.
- Malaria w Ugandzie zabija więcej ludzi niż AIDS. Co roku umiera z jej powodu 70 tys. ludzi, głównie dzieci do lat pięciu i ciężarnych kobiet - informuje dr Peter Okui, zastępca rządowego komisarza ds. kontrolowania malarii i zarazem nadzorca Narodowego Programu Kontrolowania Malarii. - Na ponad 90 proc. powierzchni kraju malaria jest obecna przez cały rok, w porze deszczowej i suchej. Powoduje ogromne straty ekonomiczne. Dorośli nie przychodzą do pracy, dzieci - do szkoły.
Okolice jeziora Kyoga na północy kraju to - jak mówią urzędnicy - najbardziej malaryczne miejsce na świecie. Naukowcy policzyli, że na każdego mieszkańca przypada tam rocznie średnio 1500 ukąszeń komarów przenoszących pierwotniaka plasmodium falciparum wywołującego malarię.
Uganda jest krajem bardzo biednym, a malaria pochłania 40 proc. jego wydatków na ochronę zdrowia. Chociaż pod dwudziestoletnimi rządami prezydenta Museveniego - silnego człowieka wschodniej Afryki -
wzrost gospodarczy rzadko spadał poniżej 8 proc. rocznie, Ugandyjczycy są nadal rozpaczliwie biedni - z
PKB per capita wynoszącym 1200 dol., czyli wielokrotnie mniej niż Polska (18800 dol., obie sumy wg Indexmundi.com, liczone według parytetu siły nabywczej, czyli tego, co realnie można za nie kupić).
Ponieważ Ugandyjczycy są biedni, 40 proc. budżetu na ochronę zdrowia to dwa, może trzy dolary na osobę rocznie. - Mamy problemy - przyznaje dr Okui. - Brakuje nam mikroskopów do badań krwi. Brakuje wyszkolonego personelu. Szwankuje system dystrybucji leków.
Rząd Ugandy, która ma reputację jednego z najlepiej rządzonych krajów afrykańskich, próbuje się ratować, organizując np. Wioskowe Drużyny Zdrowotne (ang. Village Health Teams). W każdej z 60 tys. wiosek w kraju ma być pięcioro przeszkolonych ochotników, którzy będą udzielać porad medycznych.
Budowanie VHT idzie jednak opornie. Ludzie biorą T-shirty, rowery i apteczki. Uczestniczą w szkoleniach. Ale potem nie chcą pracować za darmo.
Światowy Fundusz do Walki z AIDS, Malarią i Gruźlicą - gigantyczna organizacja z wielomiliardowym budżetem, powołana przez rządy bogatych krajów w 2002 r. - pozostaje głównym źródłem pieniędzy na walkę z malarią. Za jego pieniądze rozdano np. 7,2 mln moskitier.
- Według optymistycznych prognoz możemy opanować malarię za 10-15 lat - mówi współpracownica dr. Okui. - Zyskujemy zaufanie ludzi. Zaczynają rozumieć, że prewencja ma sens i że możesz się wyleczyć.