XVII. "Nikt już dziś nie wierzy w bazę i nadbudowę, ale scjentystyczna tradycja sprzed półtora wieku wciąż kształtuje popularne schematy pojęciowe. Na gruncie tej tradycji kultura duchowa ujmowana jest jako zjawisko wtórne wobec realiów życia gospodarczego i społecznego. Tymczasem chrzest nowych ludów nie był pochodną, lecz początkiem ustrojowej przemiany. Chrzest miał wymiar przewrotu społecznego: godził w podstawy tradycyjnego ustroju europejskich plemion, burzył go i torował drogę stanowieniu nowego porządku".
"Gdy nieprzyjaciel demonstracyjnie zniszczył ten filar kosmicznego ładu, barbarzyńscy Sasi czy Wolinianie mieli powody do obaw, że niebo zawali im się na głowy.
I wcale tu nie chodzi o zabobonny strach ciemnych ludzi. Nic bardziej nie zagradza drogi do rozumienia archaicznych kultur niż prostacka pogarda cywilizowanego człowieka wobec odmienności barbarzyńców"
(Karol Modzelewski, "Barbarzyńska Europa")
Wysłuchując chrześcijańskich modernizatorów, barbarzyńcy mówili: "Z powodu takich ludzi ziemia nasza nie wyda plonów, drzewa nie będą owocować, nowe zwierzęta przestaną się rodzić, stare zginą. Wychodźcie, wychodźcie z naszych granic!" (Brunon z Kwerfurtu, cytat za "Barbarzyńską Europą")
Sam chrzest nie przerażał. Przerażało towarzyszące przyjęciu nowej wiary radykalne, demonstracyjne zniszczenie starego kultu, dzięki któremu istniał świat" ("Barbarzyńska Europa")
Polityka "szokowej terapii" Leszka Balcerowicza - przerażała. To było trzęsienie nieba - nie tylko dla Karola Modzelewskiego; także dla nas wszystkich - ludzi "Solidarności". Jednak różne były nasze reakcje.
Jacek Kuroń - nie bez krytycznego dystansu - popierał tę politykę; także i ja tę politykę popierałem. Modzelewski był jej konsekwentnym krytykiem od samego początku. Widział w niej drogę do katastrofy - gospodarczej i społecznej; widział w niej także źródło potencjalnego autorytaryzmu.
Mówił, że rezultatem uwolnienia cen jest drastyczne ograniczenie spożycia mleka i skupu, że grozi to wybiciem stada podstawowego, że to samo dzieje się w skupie i przetwórstwie mięsnym, że jest to klęska i rezultat doktryny nieinterwencji państwa w gospodarkę zmonopolizowaną. Pisał o "niebywałej eksplozji drożyzny", o "bezprzykładnym spadku produkcji i stopy życiowej", o "zamieraniu gospodarki", o "zdrowotnej i cywilizacyjnej degradacji polskiego społeczeństwa", o "księżycowej ekonomii" etc. Zapowiadał (w 1993 r.) "łańcuchowy upadek przedsiębiorstw", który doprowadzi do "społeczno-politycznego szoku". Nazywał tę politykę "drogą do Boliwii" lub "na wstecznym biegu do Albanii".
Nie podzielałem tych czarnych wizji Karola, choć w wielu kwestiach szczegółowych przyznawałem mu rację (np. w sprawie reprywatyzacji). Natomiast zupełnie nie podzielałem jego poparcia dla dzikich strajków, choć popierał go w tej materii - od pewnego momentu - Jacek Kuroń.
Różniliśmy się jednak w tym, co było najważniejsze: Modzelewski był zdania, że trzeba porzucić politykę "wielkiego skoku" Balcerowicza i powrócić na drogę stopniowych przekształceń, które muszą trwać wiele lat. Natomiast ja należałem do obrońców polityki Balcerowicza, choć także byłem zdania, że należy ją korygować.
Oczywiście - tak jak Karola - raziły mnie, wciąż rażą ogromne nierówności, korupcja, klientelizm, populizm i demagogia obecne w polskim życiu politycznym. Wiem jednak, że usuwać te skazy można tylko stopniowo i ze świadomością, że żadnej z nich nie usunie się ostatecznie. Powiadał Pascal, że człowiek nie jest ani aniołem, ani bydlęciem, gdy jednak próbuje być aniołem, staje się bydlęciem.
Karol Modzelewski nigdy - co jest godne najwyższego podziwu - nie angelizował samego siebie; zachowywał zdrowy dystans i autokrytycyzm. W 2008 r. powiedział w wywiadzie Katarzynie Janowskiej i Piotrowi Mucharskiemu:
"W Senacie głosowałem przeciw kluczowym ustawom planu Balcerowicza. Dziś jednak powiedziałbym tak: prawdopodobnie istniały możliwości przeprowadzenia polskiej transformacji mniejszym kosztem. Balcerowicz musiał to jednak zrobić bardzo szybko, przy braku realnej alternatywy. (...) W 1989 r. gmach dyktatury komunistycznej zawalił się całkowicie. By wraz z nim nie zawaliła się gospodarka, należało przeprowadzić zmiany natychmiastowe, a nie ewolucyjne. Ewolucyjne zmiany przeprowadzono w Chinach. Stało się to z o wiele mniejszym kosztem gospodarczym, ale jaki był koszt społeczny, lepiej zmilczmy... Pamiętajmy tylko, że chińska ewolucja systemu ma u swoich początków plac Tiananmen, a potem bezwzględną dyktaturę, która trzymała ludzi za krtań. W demokratycznej już Polsce było to oczywiście niemożliwe...".
Iluż ludzi ma tyle uczciwości i odwagi, by zdobyć się na taką deklarację?
XVIII. Każdy sposób myślenia o przeszłości wiąże się z jakimś sposobem wartościowania i rozumienia współczesnego świata. Rozbieżność sądów wartościujących, choćby w postaci odmiennych ocen ważności, jest zawsze obecna w sporach o interpretację procesów historycznych. Dlatego spory te nie są do końca rozstrzygalne ("Barbarzyńska Europa")
Inaczej mówiąc - historyk i polityk mają jednak ze sobą coś wspólnego, choć zgodzić się wypada z prof. Modzelewskim, że "historiografia nie odkrywa domniemanych praw społecznego rozwoju" i nie dostarcza recept dla politycznej praktyki. Historyka łączy z politykiem świadomość, że rozumienie świata jest uzależnione od ich systemu wartości.
Komentując reformę mieszkalnictwa, Modzelewski formułował istotę sporu aksjologią: czy w Polsce XXI w. posiadanie dachu nad głową ma być socjalnym prawem, które Rzeczpospolita gwarantuje obywatelom "bodaj w minimalnym zakresie, czy też o mieszkaniu lub bezdomności mają decydować wyłącznie pieniądze i wolny rynek?". "Różnica zdań - precyzował - dotyczy wartości". Chodzi o sprzeczne wizje ładu społecznego, a nie sposób wykorzystywania ograniczonych zasobów; "spieramy się nie tyle o najwłaściwszą drogę do celu, ile o to, do jakich celów chcemy zmierzać".
W latach PRL-u Karol Modzelewski postrzegał istotę struktury społecznej jako fundamentalny konflikt centralnej politycznej biurokracji, zwanej później nomenklaturą, z klasą robotniczą czy też później - z całym niemal społeczeństwem zorganizowanym w "Solidarność". Ten obraz zmienił się oczywiście po 1989 r. Powiadał wtedy, że "ludzie zwycięskiej walki traktują Polskę jak swoje trofeum", że tworzą "rzeczpospolitą kolesiów", "święcie przekonanych o własnej wyższości nad przeciętnymi zjadaczami chleba". Był zdania, że "zerwana zostaje kotwica powstrzymująca elity polityczne przed porzuceniem własnej bazy społecznej czy wręcz działaniem na jej szkodę". Przestrzegał: "Podatność zawiedzionych i zrezygnowanych ludzi na ksenofobię jest następstwem polityki, która ich degraduje, pozbawia elementarnego poczucia bezpieczeństwa oraz nadziei na przyszłość i nie ma im nic do zaoferowania".
Zatem konflikt naczelny w Polsce po 1989 r. to konflikt nowych elit z "ludźmi wyrzuconymi przez reformy za burtę", ludźmi bez pracy, bez zasiłku, bez widoków na przyszłość.